Biffy Clyro – Similarities

Similarities

Szkockie trio Biffy Clyro przykuło moja uwagę w zeszłym roku wydając udany, dwupłytowy album „Opposites”. Teraz pojawia się płyta z utworami, które jakimś cudem nie zmieściły się na poprzedniku.

Tych szesnaście piosenek jest bardzo różnorodnych. Otwierające całość „The Rain” wydawało się tak spokojne, że można było mieć wątpliwości co do wykonawcy, gdyby nie wokal Simona Neila. Bas z perkusją mocniej się odzywają w „Thundermonster” oraz lekko kowbojskim – przynajmniej na początku – „Milky” (ta gitarka), nabierając ostrości oraz mocy. Krótkie, melodyjne, gitarowe granie. Jednak jest parę tutaj wybijających się kompozycji jak „Euphoria” z delikatnym elektronicznym wstępem, zniekształconym wokalem oraz brudnym entouragem czy pędzące dość gwałtownie „City of Dreadful Night” (jedynie między zwrotkami spowalniało tempo). Środek jest mocno energetyczny, mieszający spokój i elektronikę jak w „A Tragic World Record” czy punkowym „Wooden Souvenir”. W zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić i słychać, ze to robota zawodowców.

Bywa ostro, mocno i energicznie, choć wydaje się to zbijaniem kuponów. Ale to też trzeba umieć. I Biffy Clyro to potrafi. Naprawdę solidna, nie pozbawiona pazura robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Pustki – Safari

Safari

To jeden z najbardziej znanych zespołów polskich grających muzykę indie. Ostatnio doszło do małego rozłamu (grupę opuścił basista Szymon Tarkowski) i teraz działa jako trio. Jak sobie tym razem poradzili? Odpowiedzią jest nowy album „Safari”.

Tym razem jednak zamiast smęcenia, mamy bardzo delikatne, ciepłe i melodyjne piosenki. To już słychać w otwierającym całość „Się wydawało” – lekka gitara, chwytliwe klawisze i perkusja. Więcej robi tutaj elektronika („Wyjeżdżam!”, gdzie dźwięki klawiszy współpracują z pianinem oraz „etniczną”perkusją czy początek „Tyle z życia” – wręcz minimalistyczny), poza tym mamy tutaj różnorodność: od folku („Rudy Łysek” – świetny bas i zabawa formą) przez zapach nowej fali („Pokój” z ładnie brzmiącą gitarą) po r’n’b (minimalistyczne „Nie tu”, gdzie pod koniec dochodzi do kumulacji dźwięków). Takiej zmiany się nie spodziewałem i słucha się tego z naprawdę dużą frajdą.

Jeśli chodzi o wokal, nie powiem złego słowa o Barbarze Wrońskiej, bo nie ma się tu do czego przyczepić. W każdej piosence wypada świetnie – poza „Po omacku”, gdzie popisuje się Radek Łukaszewicz – nawet jeśli pojęczy („Wyjeżdżam!”), zaś teksty to bardzo inteligentne frazy, które dają wiele do myślenia.

„Safari” okazało się naprawdę dużą niespodzianką. Jest ona bardzo ciepła, bogato aranżowana (mimo użycia tylko trzech instrumentów) i energetyczna. Naprawdę dobra robota.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ryan Star – Angels + Animals

Angels__Animals

Rzuciła mi się w oczy okładka tej płyty, kompletnie nie znając dorobku wykonawcy (to zresztą nie pierwszy raz). Potem okazało się, ze to 4 płyta 36-letniego Amerykanina, który jest przedstawicielem nurtu indie rocka. Więc zobaczmy jak wyglądają anioły i zwierzęta.

Star nie tylko śpiewa, ale też wyprodukował ten album. I w zasadzie tu jest dość sporo rzeczy – od delikatnego fortepianu (początek „Sailing On”) przez „ubrudzenie” wszystkiego mocniejszymi brzmieniami gitary („Spaceman Fugitive”) oraz elektroniką wszelkiej maści, czasami nadając mocno popowego brzmienia („World I Used to Know” – strasznie nieprzyjemne). I to jest największy problem – jest zbyt popowo i zbyt plastikowo. Owszem, są pewne próby eksperymentowania czy udziwnienia (wyciszone i elektroniczne „Fuck’n Up” czy bardziej rozbudowane „Angels”), a nawet bardziej melodyjne piosenki jak „I Will Survive”, ale to troszeczkę za mało, by przykuć uwagę na dłużej.

Nieźle radzi sobie za to wokalista, która ma taki typowo rockowy głos. Czasami potrafi się wydrzeć i pokazać pazur albo ukazać swoją delikatniejszą stronę, zaś teksty są solidne i tyle.

Posłuchać można, ale „Angels + Animals” wpada jednym uchem, a drugim wychodzi.

5/10

Radosław Ostrowski


The Jezabels – The Brink

The_Brink

Kiedyś myślałem, ze muzyka indie pochodzi z Indii. Głupi ja ;). Na ten album zwróciłem uwagę, dzięki mocno rzucającej się w oczy okładce. Potem poszperałem w internecie i dowiedziałem się, ze zespół pochodzi z Australli, nagrał do tej pory 3 Ep-ki i jednego longplaya „Prisoners”, który zebrał świetne recenzje w ojczyźnie. Teraz w końcu wychodzi longplay numer 2 „The Brink”.

Za produkcje odpowiada stale współpracujący z zespołem Lachlan Mitchell, zaś brzmienie bazuje na dźwiękach perkusji, gitary i klawiszy/fortepianu. I jest to naprawdę ciekawa oraz bardzo melodyjna muzyka, a jednocześnie jest ona bardzo delikatna, wręcz wyciszająca („Time to Dance” z naprawdę ładnym fortepianem), czasem jednak wtrąci się gitara łamiąc ten spokój. Ale też jednocześnie potrafi być bardzo „imprezowa” i nadająca się do radia („Look for Love” z „falowymi” smyczkami czy mocno elektroniczny „Beat to Beat”), jednocześnie serwując spora dawkę energii. Czasem pojawi się retro elektronika (dyskotekowa w „Angels of Fire” czy „Psychoteraphy” z pianistycznym wstępem), zaś każdy z utworów trwa minimum 4 minuty. I jest w tym coś naprawdę ładnego, przestrzennego, ale też bardzo łatwego w odbiorze i nie wypadającego z pamięci jak pierwszy lepszy album.

Do tego naprawdę solidne teksty oraz bardzo delikatny, choć nie pozbawiony silniejszych emocji wokal Harley Mary, który komponuje się z całą resztą płyty. Bardzo udanej zresztą, co tu ukrywać.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Arcade Fire – Reflektor

EnjoY_In_Music

Kanadyjczycy z Arcade Fire są naprawdę konsekwentni. I tak jak zawsze po 3 latach objawił się nowy album – tym razem podwójny, który zbiera świetne recenzje i ma bardzo nietypową okładkę. Co tym razem z tego wyszło?

I pierwsze co rzuca się w oczy, to długość poszczególnych nagrań (spora część to ponad 4 minutowe kawałki), a także coraz większy wpływ elektroniki (tytułowy kawałek, gdzie jeszcze wpleciono saksofony i Davida Bowie), choć gitara (tutaj bardziej w tle), sekcja rytmiczna i smyczkowa też ma coś do powiedzenia, ale każdy utwór jest przełamywany, bardziej wyrafinowany i mniej monotonny. Ale jest to bardzo specyficzna muzyka (co słychać m.in. we „Flashbulb Eyes”), mocno czerpiąca z czegoś, co mainstream już dawno wypluł. A jednocześnie jest naprawdę lekko i bardzo przyjemnie. Różnorodność tempa (szybki początek i koniec „Here Comes the Right Time”, a w środku spokój i wyciszenie), skręty w popowe granie („You Already Know”), które tylko pozornie wydaje się proste („Joan of Arc”), ale siła rażenia jest naprawdę mocna i miejscami mroczna (zwłaszcza drugi album), w czym pasuje wokal duetu Butler/Chassgne.

Także warstwa tekstowa zasługuje na uznanie, choć tematyka może mało zaskakująca, to sposób opowiadania o niej jest daleki od słodzenia dla nastolatków. Tutaj miłość ma mroczniejsze odbicie, co pokazują najbardziej „Reflektor”, „Porno” czy utwory o Orfeuszu i Eurydyce („Awful Sound” i „It’s Never Over”).

„Reflektor” jest najspójniejsza płytą w dorobku Arcade Fire, która dorównuje ich debiutowi i pokazuje, ze zespół ciągle się rozwija i szuka nowych dźwięków i form ekspresji. Znakomite wydawnictwo, które nie przynudza.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Arcade Fire – The Suburbs

The_Suburbs

I zgodnie z tradycją, na kolejny album zespołu Arcade Fire, który zyskiwał coraz większą rzesze fanów, trzeba było poczekać trzy lata. A że poprzednie płyty utrzymywały wysoki poziom, to wiele liczono po „The Suburbs”.

Album zawierał aż 16 utworów, za których produkcje odpowiadał zespół oraz Markus Draws, który współpracował m.in. z Coldplay, Mumford & Sons i The Maccabees. Samo brzmienie stało się prostsze, bardziej chwytliwe, ale jednocześnie mam wrażenie, ze jest to concept-album opowiadający o życiu na przedmieściach. Instrumentarium w zasadzie się nie zmieniło – gitara, elektronika, perkusja. A także obowiązkowo pojawiają się smyczki (szybkie i ostre „Empty Room”), klaskanie („City with No Children”), saksofon („Suburbian War”) i róg francuski („We Used to Wait”). „Przedmieścia” są znacznie spokojniejsze i bardziej stonowane od poprzedników, co pod koniec robi się coraz bardziej nużące, choć zdarzają się próby ubarwienia (punkowe „Month of May”). Niemniej jest to dość spójny materiał z niegłupimi tekstami oraz dobrymi wokalami.

Dla mnie „The Suburbs” jest lekkim krokiem w tył, choć trzyma solidny poziom. Ale liczyłem na coś lepszego i ciekawszego.

7/10

Radosław Ostrowski


Arcade Fire – Neon Bible

Frontal

Po wielkim sukcesie debiutanckiej płyty, kanadyjski Arcade Fire postanowił kuc żelazo póki gorące i nagrał drugi album. Tym razem trzeba było czekać tylko 3 lata. Już sam tytuł wydawał się intrygujący („Neonowa biblia”).

Sam początek zapowiada mroczniejszą atmosferę niż na debiucie. Tak jak w poprzedniku album to mieszanka gitar, elektroniki, smyczków i paru innych rzeczy. Mrok jest tutaj potęgowany przez elektronikę przypominająca trochę nowofalowe brzmienia z lat 80-tych, dające poczucie przestrzeni, a jednocześnie bardzo melodyjne i chwytliwe. Taka jest otwierająca całość „Black Mirror” (dziwaczne dźwięki na początku), wybrane na singla „No Cars Go” (pulsujący bas, a także grają smyczki, dęciaki i flety, zakończone delikatna elektronika, chórem i marszową perkusją), zaś kończące całość „My Body Is a Cage” nie powstydziłby się sam Nick Cave (mocne organy, w połowie muzyka staje się silniejsza, dzięki gitarze elektrycznej). A po drodze są jeszcze krótki, lekko folkowy, ale pulsujący utwór tytułowy, „Intervention” z potężnymi organami czy w dwóch łamańcach, które zaczynają się i kończą inaczej: „Black Wave/Bad Vibrations” (początek nowofalowy z wokalem Reginy, by w połowie pójść w cięższe brzmienie perkusji i gitary) oraz „The Well and the Lighthouse”. Nadal zespół czaruje, uwodzi i tworzy zaskakujące koronkowe kompozycje.

Tak samo tutaj nadal poraża wokal duetu Win Butler i Regine Chassgne (ona jednak się mniej udziela), a i warstwa tekstowa tutaj jest równie mniej banalna jak w debiucie, tutaj tematem jest ucieczka, odpowiedzialność czy bunt. Za to należy pochwalić ekipę kanadyjską.

„Neonowa Biblia” utrzymuje poziom poprzednika, w paru miejscach przewyższając go. Już nie mogę się doczekać następnych płyt od Arcade Fire.

8/10

Radosław Ostrowski

Sorry Boys – Vulcano

Vulcano

Ciągle jesteśmy zapatrzeni w ten zachodni rynek muzyczny, że nawet nie jesteśmy w stanie dostrzec naszych muzyków, którzy nawijają płynną angielszczyzną. Na pewno zasługującym na uwagę jest warszawski kwartet Sorry Boys, który wydal właśnie swój drugi album.

Za produkcję „Vulcano” odpowiada Marek Dziedzic, zaś ekipa w składzie: Izabela Komoszyńska (wokal, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitary), Piotr Blak – (gitara, klawisze) i Marcin Ziętek (bas) serwują nam mieszankę rocka z elektroniką. I są to bardzo chwytliwe kompozycje (singlowe „The Sun” i „Phoenix”), gdzie czasem pojawi się fortepian („Back to Piano”), tamburyn („Dagny”), marszowa perkusja („Dagny”), gitara czasem pokaże swoje mocniejsze wcielenie („Miss Homeless”), także akustycznie zagra („Zimna wojna”), zaś elektronika nie drażni i nie idzie w stronę tandety, ale brzmi bardzo „ciepło” („Warsaw Leaving”, „Vulcano”), na co jestem bardzo wyczulony, zaś angielszczyzna brzmi bardzo naturalnie.

Wokal Izy Komoszyńskiej przykuwa uwagę, brzmi bardzo naturalnie, a jednocześnie poraża swoja siłą. Także teksty nie głupie potrafią zaskoczyć. Tego wybuchu wulkanu nie można przegapić.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Arcade Fire – Funeral

Funeral

Kanada muzycznie kojarzy się z Leonardem Cohenem, Alanis Morrisette czy zespołem Nickelback. Ale od dziesięciu lat działa zespół, który już pod debiucie zostali uznani za klasyków. Mowa o zespole Arcade Fire, który do tej pory wydał cztery płyty. Reputacje i ostatnie single („Ready to Start”, „Reflektor”) spowodowały, ze grupa stała się obiektem mojego zainteresowania. Ekipę tworzy szóstka multiinstrumentalistów pod wodzą wokalistów – małżeństwa Win Butler i Regine Chassgne. Poza nimi są jeszcze Richard Reed Perry, William Butler, Tim Kingsbury i Jeremy Gara. Poznali się w 2003 roku, a rok później wyszedł ich debiutancki album – „Funeral”. Jak już zacząć, to najlepiej od pogrzebu.

Jest to melodyjne, gitarowe granie, a jednocześnie pełne przestrzeni i „brudu”, co pokazują otwierające całość dwie części „Neighborhood”, gdzie poza brudnymi gitarami i sekcja rytmiczna słyszymy m.in. akordeon i szybkie smyczki. Szybko, dynamicznie i na bogato, tak samo następne części, gdzie jeszcze pojawia się ksylofon (część III, gdzie jeszcze jest mocniejsze uderzenie) czy melancholijne brzmienie elektroniki (część IV). Poza tym pojawia się pianino („Crown of Love”, gdzie przez cały czas dominuje spokój, a pod koniec przyśpiesza w rytmie tanecznym), harfa („Wake Up”) i ekipa bawi się dźwiękami serwują co najmniej bardzo dobre numery jak „Haiti” (jedyny śpiewany po francusku) będąca wypadkową gitary akustycznej, fletów, sekcji rytmicznej i elektroniki. I tak mija te 11 piosenek, których słucha się z WIELKĄ frajdą.

Zaś wokal Butlera jest mocny i świetny, idealnie dopasowany z delikatnie śpiewającą po francusku żoną. I to się nazywa idealna para. Zaś teksty są mnie banalne i mniej oczywiste niż typowe I Love You czy tak prostego tematu jak miłość, chyba że miłość do kraju („Haiti”).

Debiut pokazał, że Arcade Fire będzie jedną z ciekawszych kapel grających muzykę indie. A następne albumy pokażą czy nie jest to opinia przesadzona.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Bardzo podoba mi się okładka.


The Best of Keane

The_Best_of_Keane

Ze składankami to zawsze jest tak, że one powstają w jednym celu i tylko jednym celu: wysępić kasę od grona swoich fanów. Kojarzycie taki zespół Keane? Spece od melodyjnego, popowego grania po 18 latach grania, postanowił zakończyć działalność. Muzycy w składzie: Tom Chaplin (wokal), Tim Rice-Oxley (fortepian), Richard Hughes (perkusja) i Jesse Quin (bas, a wcześniej Dominic Scott) postanowili się rozstać i pójść własną muzyczną drogę. Na pożegnanie postanowili wydać kompilację swoich największych przebojów.

A w ciągu tych lat (i przez 5 płyt) się tego nazbierało, zaś piosenki wybrali sami fani. Plusem jest też to, że są one ułożone w kolejności chronologicznej – od pierwszej do ostatniej płyty. Są to piosenki, gdzie zamiast gitary elektrycznej dominuje tutaj fortepian. Melodie są bardzo chwytliwe, nie brakuje dynamiki („Bend and Break”), choć umówmy się, to nie są zadymiarze czy drzyj mordy, ale jednak dominują tutaj ballady. Czasami odezwą się syntezatory (balladowe „Bedshaped”), ale to tyle jeśli chodzi o urozmaicenia (choć jest imitacja gitary elektrycznej w „Is It Any Wonder?” i smyczki w „A Bad Dream” czy dyskotekowe „Spiralling”), jednak jest to głównie spokojniejsze, popowe granie. Piosenek jest raptem 18 plus jeszcze dwie premierowe kawałki, które trzymają fason. Jeśli jeszcze dostajemy ciepły wokal Toma Chaplina, któremu nie brakuje ekspresji oraz dość proste, ale ciekawe teksty, powinniśmy być usatysfakcjonowani.

Ten album jest godnym pożegnaniem zespołu z fanami, za co powinni być wdzięczni. A jeśli chcecie bliżej zapoznać się z dorobkiem zespołu, to od tej kompilacji warto zacząć.

Radosław Ostrowski