Kings of Leon – Mechanical Bull

Mechanical_Bull

Zespół tworzy trzech braci i kuzyn. Do tej pory nagrali 5 płyt, które rozeszły się w milionach egzemplarzy, działają od 10 lat stając się jednym z najciekawszych młodych zespołów rockowych. Teraz Kings of Leon pojawiają się z nowym albumem. Jak się jeździ na „Mechanicznym Byku”?

Za produkcję odpowiada Angelo Petraglia, który współpracuje z zespołem od 2007 roku. Album jest taki jak poprzedni, czyli bezpretensjonalne, rockowe granie. Czasem szybkie (singlowy „Supersoaker” czy „Coming Back Again”), czasem dużo spokojniejsze („Beautiful War” czy „Wait for Me”), ale zawsze gitarowe, przyjemne, melodyjne i oldskulowe. Wyciszenie pojawia się gdzieś tak w połowie, jednak nie wywołuje ono w żaden sposób usypiająco czy zniechęcająco. Wtedy do gitar dołącza fortepian („Tonight”) czy bardziej wybija się bas („Work on Me”). Jest prosto, przebojowo i dynamicznie, więc chyba o to chodziło. W dodatku dobrze zaśpiewane – Caleb Followill jak typowy amerykański cowboy, okraszone przyzwoitymi tekstami.

Jeśli ktoś nie lubił wcześniej tego zespołu, raczej też się nie spodoba. To proste, ale nie prostackie, bezpretensjonalne rockowe granie.

7/10

Radosław Ostrowski

Arctic Monkeys – AM

AM

Zespołem Arctic Monkeys nigdy się specjalnie nie interesowałem. Kwartet z High Green pod wodzą Alexa Turnera do tej pory nagrał 4 płyty i jest (obok Franza Ferdinanda) jedną z najważniejszych kapel indie rocka. A już teraz powoli pojawia się album nr 5 pod bardzo prostym tytułem „AM”.

Za produkcję odpowiadają James Ford, który współpracował przy poprzednich płytach zespołu oraz Ross Orton, znany z produkcji bardziej popowych wykonawców jak M.I.A., Duffy czy Kelis. Z tej mieszanki wyszedł dość ciekawy album. Najważniejsza nie jest gitara elektryczna, lecz bas i perkusja. Zaś gitarka czasem coś tak zagra i pobrudzi (singlowe „Do I Wanna Know?”). Nie brakuje silnej energii („R U Mine?” ze świetną perkusją czy „I Want It All”), zgrabnych chórków („One for the Road”), lekkiej inspiracji Led Zeppelin (refren „Arabelli”) czy nostalgicznego fortepianu („No. 1 Party Anthem”). Nie ma tutaj zbyt dużego rozrzutu, zespół gra dość równo i nie ma tu jakiegoś niewypału. Zaś wokal Turnera brzmi lekko i przyjemnie. Więc miłośnicy brytyjskiego grania znajdą tu wiele dla siebie. I nie tylko oni.

7/10

Radosław Ostrowski

Scanners – Love Is Symmetry

Love_Is_Symmetry

Kolejna rzecz z Anglii, która może przykuć uwagę na dłużej. działający od prawie 10 lat zespół Scanners założony przez Matthew Mole’a (wokal, gitara) i Sarę Daly (wokal). Poza nim jeszcze skład uzupełniają: Amina Bates (gitara), Ben Grillon (Bas) i Harry Lane (perkusja). Do tej pory wydali dwie płyty, a że jeden + dwa = trzy, więc musiała się ukazać trzecia płyta.

Na tym albumie zespół przez 12 piosenek balansuje między delikatnym rockiem a bardzo eteryczną elektroniką, która wydaje się bardziej dominująca jak w „Control”, gdzie pulsuje, wręcz tańczy. Choć zdarzy się jej robi za tło, ustępując akustycznej gitarze i perkusji jak w „Charmed Life” czy singlowym „State of Wonder” z fortepianem, dzwonkami i gitarą akustyczną. Kapela potrafi tworzyć melodyjne melodie, lekko ocierająca się o nowofalowe brzmienia lat 80-tych („My Streets Are Always in the Shade”, gdzie pod koniec klawisze brzmią niemal żywcem jak z gry komputerowej czy lekko psychodeliczne „When They Put Me Back Together They Forgot to Turn Me On”). Taka mieszanka mogła być wywołać zdziwienie, ale nie przekraczają granicy tandety czy kiczu, a całość dopełnia intrygujący głos Daly.

Można się przyczepić, że pod koniec jest trochę na jedno kopyto robione i jest bardziej spokojnie, ale mimo to jest to bardzo interesujący album. Odrobina świeżości i wiosny w zbliżającej się jesieni.

7,5/10

Radosław Ostrowski


White Lies – Big TV

Big_TV

To trio działa od 2007 roku i do tej pory nagrało dwie płyty. Inspirują się zarówno Joy Division jak i zespołami Editors, Arcade Fire czy Interpol, a więc jest to mieszanka rocka i elektroniki. Mają jeden hit w dorobku – „Farewell to the Fairground”, ale panowie chyba mają ambicje być czymś więcej niż tylko zespołem jednego przeboju. Trio White Lies właśnie wydało swój trzeci album. Czy warto sięgnąć?

Za „Big TV” od strony produkcji odpowiada Ed Buller, z którym zespół nagrał swój debiutancki album, a także współpracował m.in. z Suede czy Pulp. I mamy to, z czego White Lies jest znane i jak zawsze inspirując się muzyką z lat 80-tych. Jest chwytliwie, dynamicznie, choć w połowie następuje wyciszenie i pójście w stronę elektronicznego popu (początek „Mother Tongue” z ostrą gitarą w środku). Najważniejsze są tu syntezatory i perkusja, bez której tej zespół w zasadzie nie istnieje (balladowe „Change” czy „Tricky to Love”), a i gitara też ma coś do powiedzenia, tak samo jak sekcja rytmiczna („Be Yout Man”). Ale prawda jest taka, że instrumenty zgrane są ze sobą i razem dopiero tworzą mocną mieszankę, która bardziej mi się podobała niż ostatnia płyta Editors. Może i pod koniec robi się za spokojnie, ale wtedy pojawia się „Goldmine” z mocną perkusją i gitarą. Ta płyta mogła by wyjść 30 lat temu i byłaby wielkim hitem.

Drugim znakiem rozpoznawczym zespołu jest trochę nadekspresyjny wokal Harry’ego McVeigha. Jednych może drażnić przesadną ekspresją w refrenach, ale mnie w zasadzie nie przeszkadzał. Drugą wadą (dla mnie pierwszą) są dwa instrumentalne kawałki „Space I” i „Space II”, które sprawiają wrażenie niepotrzebnych. Teksty może tematyką nie zaskakują (miłość, rozstanie, zaufanie itp.), to brzmią całkiem nieźle.

Niby zespół nie robi niczego, co nie było do tej pory, ale są w tym konsekwentni i jeszcze potrafią tworzyć chwytliwe melodie, które wpadają w ucho. Mam nadzieję, że jeszcze zrobią kilka płyt.

8/10

Radosław Ostrowski

Superchunk – I Hate Music

I_Hate_Music

Przyznaję się, że nie słyszałem o zespole Superchunk. To amerykańska grupa grająca indie rocka działa od 1989 roku, a tworzą ją: wokalista i gitarzysta Mac McCaughan, gitarzysta Jim Wilbur, basistka Laura Ballance oraz perkusista Jon Wurster, do tej pory nagrali 9 albumów, a tytuł 10 mnie zaintrygował. Więc jak bardzo kapela nienawidzi muzyki?

Nie aż tak bardzo, jak zapowiada tytuł, choć ociera się to o punk rocka energetyczne granie z lekko „brudną” gitarą elektryczną, trochę nafaszerowane elektroniką i mocnymi uderzeniami sekcji rytmicznej. Nawet jak się pojawia spokojniejszy utwór, to nie brzmi zbyt spokojnie („Out of the Sun” czy kończące „What Can We Do”). Same melodie nie są zbyt skomplikowane, a opierają się głównie na szybkości instrumentów oraz lekko podniszczonym wokalu McCaughana. Całość trzyma przyzwoity poziom, choć słyszałem wiele podobnych kapel jak The Vaccines, Kowalski czy Tomahawk. Niby nie jest to album ani oryginalny czy zaskakujący. Miło spędza się przy nim czas i tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

byron – 30 Seconds of Fame

30_Seconds_of_Fame

Ciągle jest coś, co mnie zaskakuje. Tym razem przypadkowo trafiłem za zespół grający alternatywnego  i progresywnego rocka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kapela pochodzi z… Rumunii – ojczyzny Drakuli i miejsca, gdzie Amerykanie kręcą filmy klasy B. Zaś jak podaje niezawodne źródło (ciotka Wikipedia) działają od 2006 r., nagrali już 3 płyty, a obecnie zespół tworzą: Dan Byron (wokal, gitara, flet), 6fingers (klawisze), Laszlo Demeter (bas) i Dan Georgescu (perkusja). A mówię o tym, bo mam ich nową, 4 płytę.

„30 Seconds of Fame” (ciekawy tytuł odnoszący się do wypowiedzi Andy’ego Warhola o 15 minutach sławy) to istny dźwiękowy kolaż gatunkowy, w którym jest wszystko. Panowie eksperymentują, ale jednocześnie pamiętają, że nagrywają piosenki i całość jest zaskakująco przystępna. Klawisze i elektronika („A Crazy Ballet” i mroczny „Tummo” łagodzony trochę przez flet) idą w parze z bluesem („It Ain’t Gonna Happen Today”), jazzem (piękny „Chalk Line” z eleganckim fortepianem i basem czy akustyczny „Surrealistic Collage” z ładnymi chórkami i trąbką) i rockiem (surowe grane na żywo „The Game”). Więc stylistyczny rozrzut jest spory, jednak nie powinno to dziwić, a każdy utwór ma coś ciekawego do zaprezentowania jak żeńska wokaliza w „Sleepwalkers” czy skrzypce w „Finale”.

Poza naprawdę imponującą muzyką warto zwrócić uwagę na świetny wokal Dana Byrona – w większości głównie delikatny i stonowany, ale jednocześnie pełen emocji oraz na niebanalne teksty.

Tutaj wszystko jest zgrane, pomysłowe i dopracowane do najdrobniejszego detalu. A jednocześnie jest to muzyka intrygująca, zaskakująca i świetna w odsłuchu. Mam wrażenie, że ich sława będzie dłuższa niż 30 sekund.

8,5/10

Radosław Ostrowski


The National – High Violet

High_Violet

Famous angels never come through England
England gets the ones you never need
I’m in a Los Angeles cathedral
Minor singing airheads sing for me

Na następny studyjny album Amerykanów trzeba było czekać trzy lata. To najdłuższa przerwa w historii tego zespołu. I w 2010 roku ukazał się album uznawany za opus magnum – „High Violet”.

Tym razem utworów jest 11, zaś za produkcję odpowiada zespół. Fanów uprzedzam, nic się nie zmieniło, a nawet jest jeszcze lepiej. Znów gitara zaczyna się coraz bardziej wysuwać na przód razem z sekcją rytmiczną, zaś klimat melancholijny pozostał zachowany, m.in. dzięki wokalowi, czasem spokojnemu („Bloodbuzz Ohio”). Zespół konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez pierwsze płyty, udoskonalając to, co w „Alligatorze” było najlepsze. Jednak poza pewnym przyśpieszeniem i większą dynamiką. Nawet te spokojniejsze utwory mają dość szybkie tempo („Lemonworld”) albo są urozmaicone przez dęciaki („Runaway”), smyczki („Conversation 16”), także fortepian („England”), chórki w refrenach („Terrible Love”, „Vanderlyle Crybaby Geeks”). Nie ma tu nudy, wręcz przeciwnie. A jak już się ma wersję deluxe, to jest jeszcze lepiej. Wersja ta zawiera jeszcze dodatkowe 8 piosenek: jedną w wersji alternatywnej („Terrible Love”), trzy w wersjach koncertowych i cztery premierowe, choć dużo spokojniejsze kawałki: „Wake Up the Saints” (ten jest wyjątkiem), najbardziej melancholijne „You Were a Kindness”, „Walk Off” i „Sin-Eaters”.

Znowu mamy bardzo ciekawe i niebanalne teksty, zaś wokal nadal przykuwa uwagę. Tu się utrzymał poziom, co akurat jest dużym plusem.

Tu jest wszystko, za co świat pokochał ten zespół, a jednocześnie odpowiednio zbalansowane, utrzymane na równym poziomie (bardzo wysokim w tym przypadku). Ten album powinni mieć wszyscy, którzy interesują się muzyką w ogóle.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


The National – The Virginia

The_Virginia_EP

Nie zawsze można nagrywać znakomite płyty, ale The National poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Po „Boxerze”, który u mnie spotkał się z lekko chłodniejszym przyjęciem, pojawiła się kolejna EP-ka zespołu.

„The Virginia” zawiera 12 piosenek i jest kompletną mieszanką premierowych utworów, wersji demo i koncertowych piosenek. Taka mieszanka może wydawać się chaotyczna, ale wyszło dość ciekawie. Zaczyna się znów pokazywać delikatnie gitara elektryczna („Tail Saint”), zastępowana przez akustyczną, znowu jest melodyjnie, zaś wszystko okraszone smyczkami, fletami, dęciakami i klawiszami, nadal stawiając na klimat. Niby nic nowego, część utworów już znamy („Slow Slow” tutaj w wersji demo, a „Lucky You” z sesji w Daytrotter), ale brzmi to lepiej. Czasem surowo („Rest of Years” z mocną gitarą), czasem następuje zmiana tempa (koncertowa wersja „Mansion on the Hill” Bruce’a Springsteena z ładną gitarą i coraz bardziej nakręcającą się perkusją), a wersje koncertowe są ciekawe i nawet zaskakujące (ponad 8-minutowe „About Today” czy „Fame Empire” z gitarowym riffem pod koniec), czasem skręci się w stronę folku („You’ve Done It Again, Virginia”). Innymi słowy to jest nadal The National – ładny, przyjemny, choć nadal trochę mało urozmaicony.

Może się po prostu czepiam na siłę, jednak te niby mało zaskakujące utwory są pełne emocji, tak jak wokal. Brzmi to dobrze, w paru utworach nawet bardzo. Fanów zachęcać nie muszę.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The National – Boxer

Boxer

Wydawałoby się, że już nic lepszego po „Alligatorze” nie da się nagrać zespołowi The National. Jednak dwa lata później postanowili spróbować. I tak powstał „Boxer”.

Album ten zawiera 12 piosenek, które wyprodukował zespół do spółki z Peterem Katisem. I w zasadzie jest tak jak poprzednio, czyli melodyjnie, melancholijnie i o miłości. Nadal jest gitara, chórek, smyczki, sekcja rytmiczna i wracające po przerwie dęciaki („Faken Empire”). W zasadzie mamy tutaj kontynuację tego, co zespół zaczął na poprzedniej płycie – melancholia zmieszana z melodyjnością i dynamiką, jednak w porównaniu z „Alligatorem” ten album jest spokojniejszy. Jeśli pojawia się gitara, to głównie akustyczna („Racing Like a Pro”, „Green Gloves”), zaś bardziej dynamiczne kawałki są tutaj w ilościach śladowych („Mistaken for Strangers”, „Briany”), co dla mnie jest pewną wadą, bo wcześniej było to bardziej zróżnicowane i przebojowe. Owszem, nadal brzmi to ładne, ale ja już miałem tutaj poczucie zmęczenia materiału i wtórności. Jednak całość brzmi po prostu dobrze, chociaż liczyłem na więcej. Czasem zdarza się pewne przełamanie (perkusja w „Apartment Story”), ale to są bardo rzadkie przypadki.

Nadal przyjemnie się słucha Berningera, zaś teksty trzymają dobry poziom,konsekwentnie trzymając się z góry znanego tematu (miłość niespełniona i nieszczęśliwa).

Jeśli ktoś polubił poprzednie płyty The National, śmiało niech bierze i tą. Mnie trochę znudziła (od połowy), ale to nadal dobra muzyka.

7/10

Radosław Ostrowski


The National – Alligator

Alligator

Po wydaniu dwóch płyt i jednej EP-ki zespół The National jeszcze nie był zbyt popularny ani powszechnie znany. Na przełom trzeba było czekać następne dwa lata od premiery ostatniego longplaya. Wtedy to ukazał się „Alligator”.

Tym razem piosenek było 13 (w zasadzie 12, bo jeden był już na EP-ce), zaś produkcją zajął się stary znajomy zespołu Peter Katis razem z Paulem Mahajanem, który współpracowal m.in. z Yeah Yeah Yeahs. Zespól już wyrobil sobie, który już tylko szlifuje i udoskonala, zaś pojawiają się żeńskie chórki (Carin Besser i Nathalie Dessner), które przewijają się praktycznie przez cały czas (głownie w refrenach). Druga istotna rzecz to czas trwania piosenek, bo najdłuższa ma niecałe 5 minut. Poza tym po staremu – gitara, klawisze i sekcja rytmiczna. Ale w porównaniu do poprzedników ta płyta jest bardziej przebojowa, nawet jeśli piosenki są bardzo spokojne, to nie pozbawione są chwytliwych melodii jak w „Daughters of the SoHo Riots”, gdzie gitarze akustycznej towarzyszy bas, fortepian i perkusja. Swoje czasem dodaje elektronika (początek „Baby, We’ll Be Fine” z gitarą imitującą banjo i wplecionymi smyczkami pod koniec), czasem gitara elektryczna podgrywa do tańca („Friend of Mine” ze świetną perkusją i klawiszami), robi tylko za tło dla innych instrumentów (smutne solo skrzypiec i perkusja w „Val Jester”), czasem odezwie się trochę mocniej („All the Wine” czy trochę przypominający Editors „Abel” z szybszą perkusją i wokalem Petera Katisa). Nadal jest ten melancholijny klimat („The Geese of Beverly Hills” z klarnetem i smyczkami na początku), co jest zdecydowanie plusem.

Wokal nadal bardziej opanowany, ale jednak pełen emocji, zaś teksty są coraz lepsze i opowieści o smutnej miłości i rozstaniach są coraz ciekawsze i nie pozbawione chwytliwych fraz.

Ten album nie zawiera słabych momentów, a piosenki zawarte są tu przynajmniej bardzo dobre. Całość jest po prostu znakomita, tworząc jedną z najlepszych płyt w ogóle, a tego zespołu na pewno.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski