The National – Cherry Tree

Cherry_Tree

Po świetnie przyjętej płycie „Sad Songs for Dirty Lovers”, zespół nie próżnował, jednak zamiast pełnowymiarowej płyty postanowił lekko odpocząć i wydał pierwszą w swoim dorobku EP-kę, która wyszła raptem po roku.

Utworów jest raptem siedem, z czego jeden koncertowy. Produkcją zajął się zarówno zespół, Nick Lloyd, Peter Katis i Padma Newsome. Czyli prawie sama stała ekipa, więc rewolucyjnych zmian być nie powinno. Styl zespołu i klimat pozostał w zasadzie niezmienny – mieszanka melancholii z gitarami, czasem mocnymi. Pojawiają się też znane z poprzednika smyczki i fortepian („All Dolled-Up in Straps”, „About Today”), delikatnie grająca gitara („Cherry Tree” z fajną perkusją, spokojnym początkiem i przyśpieszeniem pod koniec czy akustyczne „A Reasonable Man” z gościnnym wokalem Padmy Newsome), trochę mocniejszego uderzenia (koncertowe „Murder Me Rachael” ze świetnymi skrzypcami i perkusją). Rozrzut spory, ale w przypadku tego zespołu jest to absolutnie normalne. Słucha się tego więcej niż dobrze, choć to tylko EP-ka.

Wokal nadal jest bez zarzutu i trzyma fason, teksty też, więc radzę zapoznać się z tym minialbumem.  Więcej tu nie ma się co rozwodzić.

8,5/10


The National – Sad Songs for Dirty Lovers

Sad_Songs_for_Dirty_Lovers

Jak już się nagrało debiut, to pora zrobić następny. Tak postanowili zrobić muzycy z The National i tak też zrobili. Po dwóch latach pojawił się album z intrygującym tytułem „Sad Songs for Dirty Lovers”.

I tak jak poprzednik ma 12 piosenek, zaś poza Nickiem Lloydem, produkcją zajęli się Paul Heck (Red Hot Organisation) i Peterem Katisem, który współpracował m.in. z Interpolem. Nadal pozostajemy przy smutnych klimatach i przy tzw. smętach. W porównaniu do debiutu tu jest bardziej spokojniej i spójniej, gitara gra delikatniej i ładniej, choć potrafi lekko pobrudzić (lekko punkowe „Available”), ale wybijają się tu klawisze („It Never Happened”, gdzie w ostatniej minucie przyśpiesza perkusja czy „Trophy Wife”) a także inne instrumenty (smyczki w „90-Mile Water Wall”, flet w „Thirsty”, róg i melofon w „Sugar Wife”, pianino w „Fashion Coat”). Jednak poza smętami i akustycznymi kawałkami („Patterns of Fairytales”) nie brakuje szybkich kawałków jak „Murder Me Rachael” (świetna i szybka sekcja rytmiczna) czy „Slipping Husband”. Całość jest o dziwo zaskakująco spójna i nie ma tu dziwacznych eksperymentów.

Tematyka tekstów też pozostała w zasadzie bez, bo jest o miłości, głównie nieszczęśliwej i niespełnionej. Trzyma poziom, a nawet jest lepiej niż w debiucie („Lucky You”). Także wokal trzyma dobry poziom, a wokaliście czasem udaje się pokrzyczeć (końcówka „Slipping Husband” czy „Available”) i daję radę w tej kwestii.

„Sad Songs for Dirty Lovers” jest bardziej dopracowanym, dopieszczonym i przyjemniejszym albumem od debiutu. Bardzo udana i świetnie brzmiąca płyta.

8/10

Radosław Ostrowski

The National – The National

The_National

Członkowie tej kapeli poznali się na uniwersytecie. Ostateczny skład ukształtował się w 1999 roku: Matt Berninger (wokal), Aaron Dessner (klawisze, gitara), Bryce Dessner (gitara), Scott Devendorf (gitara basowa) i Bryan Devendorf (perkusja). Tak powstała kapela The National, a w 2001 roku wyszła ich debiutancka płyta.

Album pod prostym tytułem „The National” zawiera 12 piosenek utrzymanej w stylistyce indie rocka, zaś produkcją zajął się sam zespól i Nick Lloyd. Nie brakuje tu piosenek melodyjnych, ale pełne melancholii i smutku, który jest znakiem rozpoznawczym ich twórczości. Gitara czasem zabrzmi surowo i mrocznie („Son”, „Pay for Me” czy „John’s Star”), czasem jest dużo spokojniej (akustyczne „Bitters & Absolut” z fortepianem czy bardzo delikatne „Watching You Well” z lekką perkusją i „kowbojską” gitarą). Pojawiają się pewne urozmaicenia (dźwięk granego patefonu i pulsujące klawisze w „28 Years”), jednak takich zespołów wtedy było wiele, a spokojne fragmenty mogą wielu znudzić.

Grupę od reszty wyróżnia wokal Berningera – trochę szorstki i głęboki, jednak angażujący. Teksty są całkiem niezłe i słucha się tego całkiem nieźle.

Jednak debiutancki album jest trochę nierówny i zdarza się parę słabszych piosenek (początek płyty), niemniej całość wypada całkiem dobrze. Jednak to był dopiero początek ich drogi.

7/10

The National – Trouble Will Find Me

Print

Tym albumem zainteresowałem się dzięki… bardzo intrygującej okładce, nie znając istnienia amerykańskiego zespołu The National. Jak podaje Wikipedia, zespół działa od 1999 roku, tworzy go pięć osób i nagrał do tej pory 5 płyt. Poza tym znani są z tego, że grają smutne piosenki. Mając tą podstawową wiedzę, podjąłem wyzwanie i sięgnąłem po „Trouble Will Find Me”.

Sam nazwa wskazuje, muzyka indie jest z jednej strony melodyjne i ładne, z drugiej brudne i pełne różnych elektronicznych przebitek dźwiękowych. Za  produkcję odpowiadają bracia Aaron i Bryce Dessner (gitary i klawisze) i jest tak jak wspominałem. Melodyjne gitary budują bardzo melancholijny klimat („I Need My Girl”, „Bulletproof”), gdzie jeszcze wspiera ich delikatna elektronika i sporadycznie szybka sekcja rytmiczna („Humiliation”, „Sea of Love”). Jednak muzycy poza gitarami i klawiszami korzystają z różnych instrumentów – fortepianu („Pink Rabbits”, „Heavenfaced”), gitary akustycznej („I Should Liv in Salt”) czy smyczków („Fireproof”, „This Is The Last Time”). Nudy tu nie ma, choć dominują tutaj spokojniejsze kompozycje, które brzmią po prostu ładnie i pozwalają się wyciszyć.

Tak samo wyciszający jest wokal Matta Beringera, który nie popisuje się, a wręcz przeciwnie jest bardzo spokojny, stonowany, wręcz pozbawiony emocji. Brzmi to dość dziwnie, ale tworzy to bardzo intrygująca całość do spółki z niezłymi tekstami.

The National są smutni, ale ich smutek nie brzmi zbyt depresyjnie czy mrocznie. Nie wiem jak poprzednie płyty, ale tej słuchałem z może nie wielką, ale przyjemnością. To udana płyta do słuchania po ciężkim dniu.

8/10

Radosław Ostrowski


Editors – The Weight of Your Love

The_Weight_of_Your_Love

Ten rock dla brytyjskiego zespołu Editors jest istotny. Po odejściu Chrisa Urbanowicza, do zespołu dołączyli Jostin Lockey (gitara prowadząca) i Elliot Williams (klawisze, gitara). W takim właśnie składzie Anglicy wydali swój czwarty album „The Weight of Your Love”.

Nowy album, nowy skład i nowy producent – to ostatnie w przypadku zespołu jest stałą. Tym razem za produkcję odpowiada Jacquire King, który produkował płyty m.in. Kings of Leon, Toma Waitsa czy Nory Jones. I już słychać, że ekipa wraca brzmieniowo do korzeni (wraca gitara elektryczna), choć nie zabrakło miejsca na elektronikę (najbardziej wybija sie w „What Is This Thing Called Love?”). Kapela gra bardzo zróżnicowanie: nie brakuje skrętów w stronę popu („Honesty” czy „Nothing” ze smyczkami), melodyjnego grania gitary (singlowy „A Ton of Love” czy „Hyena”), wybijającego się basu (urwany „Formaldehyde” czy „Hyena”) czy nawet skrętu w stronę country („The Phone Book”). Brakuje mi trochę bardziej dynamicznych utworów jak „Munich”, ale ten album jest bardziej klimatyczny i nadal słucha się go dobrze, częściowo zacierając średnio udanego poprzednika.

Jeśli chodzi o wokal Toma Smitha, to nie zmienił się specjalnie, nie drażni i może jeszcze trochę zalatuje Ianem Curtisem. Nadal słucha się go dobrze, co nie wszystkim się udaje. Także w warstwie tekstowej jest pewien progres, choć tematyka nie jest zbyt zaskakująca.

„The Weight of Your Love” to częściowy powrót zespołu do melodyjnego, lekko rockowego grania. Nie ma tu aż tak elektronicznego cudowania jak w przypadku „In This Light and On This Evening”, ale też nie jest tak ostro brudno jak w przypadku pierwszych płyt. Niemniej widać, że grupa idzie w dobrą stronę.

7/10


Editors – In This Light and on This Evening

in_this_light_and_on_this_evening

Na trzeci album redaktorów trzeba było czekać dwa lata. Ale chyba nawet najwytrwalsi fani nie spodziewali się tego, co wyszło.

Tym razem mamy 9 piosenek, a produkcją zajął się Mark „Flood” Ellis, który współpracował m.in. z New Order, Depeche Mode, a-ha czy U2. Już w tytułowym utworze czujemy, że coś tu jest inaczej. Dlatego, ze wysunięto na pierwszy plan syntezatory (pulsujący bas, podrasowana gitara i pianino), budujące bardzo ponury klimat. Może wprawić w zakłopotanie i konsternację, nigdy nie byłem pewny czy słyszę przesterowaną gitarę czy syntezator jak w singlowym, przebojowym „Papillon”. Zespół tym razem bardzo poważnie eksperymentuje, inspirując się m.in. OMD (początek „Bricks and Mortars”) czy Depeche Mode (zapętlający się „The Boxer”), nie zapominając o melodyjności („You Don’t Know Love”). Jednak po „You Don’t Know Love” robi się zbyt monotonnie i dla mnie za spokojnie, choć pojawiają się pewne ciekawe dźwięki (podrasowana gitara w „The Big Exit”). Za to pewnym bonusem jest dodatkowy utwór, będący koncertową wersją „No Sound But the Wind”, ale nawet to nie jest w stanie uratować tej płyty.

Wokal Toma Smitha jest tak rozpoznawalny, że nie można go pomylić, jednak tutaj udaje się parę razy zaskoczyć (szeptanie w tytułowym utworze, trochę przypominające Nicka Cave’a czy w „The Boxer”), ale teksty są już trochę słabsze niż na poprzednich płytach co nie jest już takie dobre.

Ten album wielu wprawił w konsternację, także i mnie. Na razie jest to najsłabsza płyta tego zespołu, który gdzieś zgubił tą swoją dynamikę, choć klimatu (lekko melancholijnego) nie można odmówić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – An End Has a Start

an_end_has_a_start

Dwa lata po swoim debiucie zespół Editors zdecydował, że nie zwalniają tempa i trzeba nagrać nowy materiał. Jak powiedzieli, tak też zrobili i pojawił się „An End Has a Start”, który kontynuował to, co zaczęli w „The Back Room”.

Tutaj za produkcję odpowiadał Garret „Jacknife” Lee, który współpracował m.in. z U2, Snow Patrol czy R.E.M. Zaczyna się z wysokiego C, czyli z mocnych uderzeń perkusji i szybkiej gitary („Smokers Outside the Hospital Doors” i tytułowy utwór). Potem następuje lekkie zwolnienie tempa i wyciszenie jak w „The Weight of the World”, gdzie sekcja rytmiczna dominuje, gitara w refrenach szaleje i pojawiają się w tle chórki, co daje lekko epickie brzmienie, „When Anger Shows” (spokojne zwrotki z dominacją klawiszy i pianina, zaś w refrenach gitara „brudzi”) czy bardzo zaskakujący początek ” Push Your Head Towards the Air” (akustyczna gitara, fortepian, podrasowana gitara oraz perkusja), ale jednak dominuje tu bardziej szybkie tempo (singlowe „Bones” z szybką perkusją, której nie jest w stanie przegonić gitara czy „The Racing Rats”). Zaskakuje za to bardzo spokojny (jak na nich) koniec płyty, w tym wypadku pianistyczny „Well Worn Hand”, który jest najsłabszym utworem. Widać, że zespół ciągle próbuje tworzyć coś nowego, a nie tylko wykorzystywać sprawdzone patenty.

Smith nadal zalatuje Curtisem, ale potrafi też podnieść głos („The Racing Rats”) i być zadziornym. Tekstowo też jest pewien progres, bo mamy tutaj szerszą tematykę, m.in. wyścigu szczurów, gniewu, rozstania. Czyli na plus.

Widać, że zespół próbuje się rozwijać i szuka ciągle czegoś nowego. Ta płyta bardziej podoba mi się od debiutu, który też jest dynamiczny i przebojowy. Ale chyba tutaj wszystko jest bardziej dopracowane.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – The Back Room

the_back_room

Dawno, dawno temu, Bóg się znudził muzyką, która była grana i wymyślił punk, który podchwycili Brytyjczycy. Najpierw było Sex Pistols, potem Joy Division, z którego wiele zespołów czerpie do dnia dzisiejszego. I właśnie opowiem wam o jednej z kapel-córek Joy Division. Poznali się na uniwesytecie w Birmingham roku 2002 i było ich czterech. Tom Smith (wokal, gitara), Russell Leetch (bas, klawisze), Geraint Owen (perkusja, zastąpiony przez Edwarda Laya) i Chris Urbanowicz (gitara) się zwali. Nazwę zespołu zmieniali aż trzy, by ostatecznie nazwać się Editora, a w 2005 roku zadebiutowali ze swoją płytą.

„The Back Room” zawiera 11 piosenek, za których produkcję odpowiada Jim Abbiss znany ze współpracy z m.in. Arctic Monkeys, Kasabian czy Adele. Całość pachnie punk rockiem polanym elektroniką. Nie brakuje tutaj szybkich gitar („Munich”, „Lights”), mocnej perkusji („All Sparks”), trochę spokojniejszych brzmień („Camera” z rytmicznym basem i klawiszami oraz rozkręcającą się perkusją), melodyjności („Bullets”), ale ogólnie całość jest bardzo róznorodna i słucha się tego z dużą frajdą mimo paru lat po premierze. Nie ma tutaj czegoś, co byłoby nie udane czy mocno odstawało od reszty, co też nie zdarza się zbyt często.

Również wokal Toma Smitha, który wielu kojarzy się z Ianem Curtisem (najbardziej to słychać w kończącym „Distance”), jest delikatny, gdy trzeba zadziorny, ale nie jest ani przez moment sztuczny. Także niezłe teksty mówiące o miłości i samotności trzymają poziom.

Mówiąc najprostszymi słowami: „The Back Room” to udany album, od którego zaczęła się kariera Anglików, którzy mieli być odpowiedzią na amerykański Interpol. Dalej było równie ciekawie, ale to temat na oddzielną historię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

She & Him – Volume 3

volume_3

No i znów duet Ward/Deschanel postanowił nagrać płytę. Po części II i płycie świątecznej, przyszła pora na część III. Wiedziałem czego się mniej więcej spodziewać i chyba nie było zaskoczenia.

Tak jak poprzednio jest to nostalgiczna podróż w czasie, utrzymana w stylistyce lat 60., nadal słucha się tego z frajdą i nadal jest zróżnicowanie między spokojniejszymi a szybszymi numerami („I Cound’t Been Your Girl”), a obie grupy. Znów grają nam smyczki (bardzo szybkie w „Never Wanted Your Love”, spokojniejsze w „Turn to White”), śpiewają chórki, gitara gra bardzo lekko i łagodnie, fortepian nadal czaruje („London”), pojawia się też wibrafon („Something’s Haunting Me”), ukulele („Turn to White”) i dęciaki („Together”, „Snow Queen”). Nudno nie jest, ale bardzo sympatycznie spędza się przy niej czas.

Ciągle zaskakuje mnie wokal Zooey Deschanel, której dziewczęcy głos nadal potrafi oczarować . Jak ona to robi? Nie mam pojęcia, ale nadal to działa. Pan Ward bardziej gra niż śpiewa, ale też wychodzi mu to nieźle („Baby”) Także teksty opowiadające o miłości w takim starym stylu, trzymają poziom i nie zgrzytają.

Wybaczcie, że pisze tak krótko, ale więcej nie trzeba. Taka nostalgiczna podróż w czasie jest bardzo fajna i raz na jakiś czas warto wziąć udział w takiej wycieczce.

7,5/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Volume Two

Volume_Two

Po sukcesie i dobrym przyjęciu debiutu, duet She & Him ruszył za ciosem i po dwóch latach pojawili się z druga płytą, pod prostym tytułem „Volume Two”.

Płyta ta również zawiera 13 piosenek, choć bardziej jest tu wyczuwalna stylistyka country z domieszką indie. Innymi słowy jest podobnie jak w przypadku poprzedniczki. Delikatnie gra gitara (najbardziej w „Lingering Still” z mandoliną), nie mogło zabraknąć fortepianu, perkusja wali jak trzeba, chórki są, pojawiają się za to smyczki, jest jeszcze gitara hawajska („You & Me”). Nadal jest to bardzo melodyjne, ładne, oldskulowe i urocze – to chyba najwłaściwsze określenie.

Jednak tutaj w porównaniu do poprzednika jest tutaj bardziej spokojnie, co jednak mi nie przeszkadza, ale nadal jest pewne zróżnicowanie aranżacyjne (akustyczne „If You Can’t Sleep” czy kończące album „If You Can’t Sleep” a capella). Całość jest delikatniejsza i bardziej stonowana, choć nadal ładna i także działa bardzo odprężająco („Home” czy „Lingering Still”). Głos Zooey jest nadal dziewczęcy i czarujący, Ward przede wszystkim gra, a śpiewa tylko w tle (wyjątkiem jest „Ridin’ In My Car”), czyli bez zmian tutaj. Także teksty są dobrze napisane i słucha się tego z przyjemnością.  Trudno tu wyróżnić jakiś utwór, bo całość jest dość wyrównana i trzyma poziom.

Duet konsekwentnie trzyma się stylistyki wyznaczonej przez debiut i robi to nadal dobrze. na tę porę roku wręcz to idealny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski