Cherry: Niewinność utracona

Zawsze interesujący jest moment, kiedy filmowcy wychodzą ze swojej strefy komfortu i chcą zaryzykować z czymś nowym. Tak postanowili zrobić braci Russo – obecnie chyba najlepsi reżyserzy pracujący dla Marvela. Ale czy przejście z blockbustera na o wiele bardziej kameralne „Cherry” zaskoczyło i pokazało inne oblicze filmowców?

Adaptacja autobiograficznej powieści Nico Walkera skupia się na młodym chłopaku oraz jego bardzo wyboistej drodze. Zaczęło się od poznania dziewczyny, miłosnych perturbacjach zakończonych złamanym sercem i pójściem do wojska. Stamtąd walczy w Iraku, gdzie nabawia się PTSD, z którym nie może sobie poradzić, co kończy się jednym z gorszych scenariuszy: narkomanią. Wciąga w to swoją żonę, lecz kończy się szybko kasa, a za coś trzeba zapłacić za koks. Co robi chłopaczek? Napada na banki.

cherry1

Sam opis „Cherry” nie brzmi jak coś, co mogłoby powalić kogokolwiek na kolana. Bracia Russo wydają się być tego świadomi i starają się zwrócić uwagę realizacją. Tu się zaczynają schody, bo historia jest opowiedziana w sposób co najmniej chaotyczny. Bohater grany przez Toma Hollanda pełni rolę narratora, co niby ma pomóc w połapaniu się tej historii. Nawet łamie też czwartą ścianę, lecz to nie pomaga. Russo rozbijają całość na rozdziały, zaś styl narracji próbuje naśladować „Forresta Gumpa”. Tylko, że tutaj wszystko zostaje wrzucone do jednego worka, na siłę rozciągnięte, z postaciami pojawiającymi się i znikającymi, że kompletnie mnie nie obchodziły. Brak perspektyw, trauma i okrucieństwo wojny, wykluczenie przez społeczeństwo, uzależnienie od narkotyków – Jezu, czego tutaj nie ma.

cherry2

Nawet nie chodzi tutaj o przesyt, ale bardzo przerażające marnotrawstwo: czasu (film ma ponad dwie i pół godziny), ekipy, tematu, aktorów. Bracia wielokrotnie wykorzystują wiele czasu na sceny zwyczajnie zbędne i wywołujące pewien zgrzyt w kwestii tonu. Mamy parę minut na temat pierwszej partnerki naszego bohatera (nawet jest taniec na imprezie) czy jakimś dalekim znajomym, by potem do tego nie wrócić. Albo wrócić nagle i niespodziewanie, nie wiadomo po co. Są też sceny co najmniej tak dziwaczne, że aż ohydne (badanie odbytu – tego nie da się odzobaczyć).

cherry3

Jeśli coś na mnie zadziałało, to segment poświęcony wojsku oraz wojnie. Nie chodzi tylko o zmianę formatu obrazu, lecz pokazanie tej brutalności, bezsilności i traumy. Krew się leje, świszczą kule, wybuchy oraz wiele trupów. Te sceny dają to, czego przez większość filmu nie ma – emocje, zaangażowanie, grozę. Bo zarówno momenty narkotycznego uzależnienia, napadów na banki za bardzo są efekciarskie, za bardzo bawią się formą, zaś treść jest w zasadzie miałka. I jeszcze te nazwy przewijające się – Bank Rucha Amerykę, Jakiś Bank. Jak mam to traktować poważnie?

cherry4

Prawda jest taka, że gdyby nie Tom Holland, który daje z siebie wszystko, „Cherry” byłoby nieoglądalną, pretensjonalnym, przestylizowanym badziewiem. Tym właśnie jest film braci Russo i absolutnie odradzam ten seans komukolwiek. Choć technicznie trudno się do czegoś przyczepić (zdjęcia są świetne), kompletnie nie angażuje i za bardzo na tej realizacji się skupia. A chyba nie taki był cel.

4/10

Radosław Ostrowski

Free Fire

Gdzieś w Ameryce ma dojść do prostej transakcji: kasa za spluwy. Kasę mają Irlandczycy ze słynnej IRA, spluwy załatwia handlarz z RPA, a pośrednikami w interesie są Justine oraz Orb. Wszystko miało pójść łatwo, gładko i bez zbędnych komplikacji. Co może pójść nie tak? A co dwóch z członków grupy pomocników poznało się wcześniej i wyszła z tego duża awantura? To niezbyt dobrze wróży interesom, a zwykła transakcja zaczyna się zmieniać w pole bitwy.

free_fire1

Ben Whitley to jeden z bardziej intrygujących brytyjskich filmowców, chociaż moje dwa poprzednie spotkania („Pole w Anglii” oraz „High-Rise”) nie do końca mnie przekonały. „Free Fire” to prosta, nieskomplikowana historia kryminalna a’la Tarantino. Emocje zaczynają się coraz bardziej rozkręcać, a karuzela przemocy wydaje się nie mieć końca. Wszyscy chowają się gdzieś za każdą osłoną, każdy do każdego strzela, rzucając się wyzwiskami, sprawdzając stan zdrowia i próbując się jakoś z tego wykaraskać. Do tego dochodzi zdrada z zewnątrz, poczucie urażonej dumy, próby zastosowania różnych podstępów, a broń czasem lubi się zacinać. Wszystko wygląda jak jakiś film z lat 70., gdzie mamy kolesi w kurtkach, kolesi w wypasionych garniakach, kolesi z wąsami oraz jedną lalunię, a w tle gra John Denver. Reżyser niby gra znaczonymi kartami, ale wie jak podkręcić napięcie, bardzo dynamicznie montując i dodając parę roszad, niespodzianek oraz krwawej jatki.

free_fire2

Do samego końca nie można być pewnym jak to się wszystko skończy i kto przetrwa, a wszystko zależy od zwykłego farta. Kto celniej strzeli, kto szybciej się przemieści, kto będzie bardziej wytrzymały oraz odporny. Whitley podrzuca to także swoim poczuciem humoru, dostarczając bardzo przyjemnej rozrywki.

Tak samo znakomicie odnajdują się aktorzy w tym całym bajzlu. Najbardziej błyszczy tutaj rzucający ciętymi ripostami Orb w wykonaniu Armiego Hammera oraz wręcz przerysowany, mający wielkie ego na swój temat Vernon, brawurowo zaprezentowany przez Sharlto Copleya. Swoje robi też honorowy oraz nieufny Chris (świetny Cillian Murphy), a także porządny Frank (Michael Slovis) czy naćpany Stevo (zaskakujący Sam Riley). Oczywiście, jest tych postaci więcej i nawet drobne kreacje Patricka Bergina, Noah Taylora czy Brie Larson zapadają w pamięć.

free_fire3

Kolejny przykład jak wiele zależy od przypadku. „Free Fire” to bezpretensjonalna kanonada strzelanin, przekleństw oraz przewrotek w klimacie lat 70. Takiego pieprznika oraz bałaganu (kontrolowanego) nie widziałem od dawna, a wszystko tak bezpretensjonalnie jak się da.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młodzi przebojowi

Dublin, rok 1985. Jest bieda, nędza, a co sprytniejsi obywatele tego narodu wyruszają za chlebem do Anglii. Wśród tych, co ostali znajduje się Conor. Mieszka z bratem, siostrą i rodzicami, ale kryzys patrzy im mocno w oczy. Ojciec stracił pracę i by znaleźć oszczędności, chłopak zostaje przeniesiony do katolickiej szkoły. Nie do końca udaje mu się zaklimatyzować. I wtedy w tym szarym jak chmura życiu pojawia się Ona – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Tylko jak do Niej podejść i bajerować? Cosmo improwizuje i mówi tak: jestem wokalistą takiej kapeli i mamy taką piosenkę, no i chciałbym, żebyś zagrała w teledysku do tej piosenki. Ona (a imię jej Raphina – prawda, że śliczne?) się zgadza, tylko trzeba zorganizować kapelę i nagrać kawałek.

sing_street1

Jeśli film reżyseruje John Carney, to na pewno pojawią się dwie rzeczy: miłość i muzyka. Lub też miłość do muzyki, która jest napędzana pierwszą miłością. Sama historia wydaje się jedną z wielu, jakie widziałem/słyszałem/czytałem. Miłość, świat nieprzyjazny, gdzie każdy człowiek jest podporządkowany i uszeregowany oraz Ta, dla której jesteś w stanie przenieść góry i zdecydować się na rzeczy, których nawet nie podejrzewałeś. Wszystko to przedstawione tak naturalnie, że nie czuć w tym wszystkim grama fałszu. I to zarówno jeśli chodzi o zbieranie zespołu, bardzo subtelny portret powoli tworzącego się związku dwojga ludzi. Jest to tak urocze, że chciałem zanurzyć się całkowicie w tym świecie i nigdy z niego nie wyjść. Reżyser bardzo wiernie odtwarza realia lat 80. – kostiumy, scenografia, charakteryzacja. Tu wszystkie klocki pasują do siebie, a jak dodamy jeszcze muzykę, która zgrabnie przygrywa w tle (z jednej strony Motorhead i The Clash, z drugiej The Cure, Spandau Ballet i Duran Duran), stając się inspiracją dla naszych bohaterów.

sing_street2

Ja najbardziej zapamiętam z tego filmu trzy sceny. Pierwszą jest pierwsze spojrzenie na Raphinę, która trochę wygląda jak laska z wytapirowaną fryzurą i te jej oczy – cudowne. Druga jest stworzony w głowie teledysk do jednej z piosenek w realiach potańcówki  lat 50. – tak pełnego kolorów oraz prostej, lecz ślicznej choreografii (te stroje z epoki to smaczek). Jest nawet motor i obowiązkowa bójka z nożem. No i trzecia, czyli szkolna impreza z ostrym numerem o księdzu dyrektorze. Piosenki napisane do filmu brzmią po prostu wspaniale i dla osób szukających czegoś w stylu lat 80., będą wielką przyjemnością.

sing_street3

Do tego wszystko jest znakomicie zagrane, co jest zasługą kompletnie mało znanych aktorów (z wyjątkiem Aidena Gillena, czyli lorda Baelisha z „Gry o tron”). Trudno było mi oderwać oczy od Lucy Boynton (Raphina), która była dla mnie zjawiskowa niczym nadlatująca kometa. Podobnie cudowny był Ferdia Walsh-Peelo jako próbujący się odnaleźć Conor, dla którego muzyka stanie się szansą na lepsze życie. Oboje razem wyglądali po prostu ślicznie. Trudno nie docenić też świetnego Marka McKenny (wszechstronnie uzdolniony muzycznie Eamon) oraz Jacka Reynora (brat Conora, Brendan).

sing_street4

John Carney dał znowu z siebie wiele serca i energii, którą widać w „Młodych przebojowych” – to szlachetne, poruszające i zrobione z głową kino. Małe i skromne, ale kipiące od emocji i dobrej muzyki. Szkoda, że nie trafiła do naszych kin ta produkcja, bo byłaby tego warta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski