Rok 1940, wojna trwa. Poznajcie Bruno – 8-letniego chłopca, który nie jest świadomy tego, co się dzieje dookoła. Pewnego dnia z Berlina trafia wraz z całą rodziną na wieś, gdzie jego ojciec – oficer – obejmuje nową posadę. Wbrew zakazowi, chłopak opuszcza dom i poznaje ubranego w „pasiastą piżamę” chłopaka – Szmula, którego dzieli drut kolczasty. Między chłopcami zawiązuje się przyjaźń.

Wydawało się, ze o Holocauście już powiedziano wszystko i niczego nowego wymyślić się nie da. Mark Herman poszedł w równie popularny sposób opowieści – przyjęcie perspektywy dziecka. Ale to jest dziecko, które jak większość narodu niemieckiego, nie było świadome otaczającej rzeczywistości. Przy okazji reżyser podpatruje jego rodzinę, dzięki czemu poznajemy indoktrynację całego społeczeństwa (siostra ślepo „wchłania” całą ideologię nazistowską, serwowana przez nauczyciela), co najbardziej widać w postawie mężczyzn – niemal wszystkich. My orientujemy się, co znajduje się za płotem i czemu wszyscy noszą pasiaste piżamy”, bo 8-latek nie zna słowa obóz koncentracyjny. Nawet matka wydaje się odwracać wzrok na samo to słowo i reaguje histerią. Problem w tym, że mnie ta historia pozostawiała przez spora część filmu obojętną – może poza rozmowami dzieci (bardzo wiarygodnie zagranych przez Asę Butterfielda oraz Jacka Scanlona). I jeszcze jedną rzeczą – finałem, który mnie naprawdę zmiażdżył.

Poza dzieciakami, grającymi główne role, reszta obsady tak naprawdę robi za tło (choć zdecydowanie należy wyróżnić grających rodziców Davida Thewlisa i Verę Farmigę) – solidnie zbudowane i nie odwracające uwagi od głównych bohaterów, gdyż to na nich spoczywa cały ciężar tego przedsięwzięcia.

Markowi Hermanowi wyszedł całkiem niezły film, który jest solidnie zrealizowany, ale najmocniejszym i najlepszym momentem pozostaje zakończenie. Choćby dla niego, warto obejrzeć to smutne kino.
6/10
Radosław Ostrowski
