Alita: Battle Angel

Przyszłość jest dla nas nieodgadniona. Jest XXVI wiek, kiedy to doszło do Upadku, zaś na świecie przetrwało tylko jedno latające miasto – Zalem. Wszyscy inni znajdujący się na dole przebywają z Żelaznym Mieście, gdzie pracują najbiedniejsi. Jednym z takich ludzi jest doktor Ido: lekarz zajmujący się leczeniem cyborgów oraz ludzi z mechanicznymi wszczepami. Podczas szukania kolejnych części znajduje dziewczynę, której mózg ocalał. Naukowiec przytwierdza ją do mechanicznego ciała nastolatki i tak rodzi się Alita: szczera dziewczyna z wymazaną przeszłością.

alita1

Adaptacja mangi „Gunnm” była planowana już w latach 90. przez Jamesa Camerona. Jednak ówczesna technologia jeszcze nie pozwalała na pokazanie wizji, jakiej chciał filmowiec. Ostatecznie reżyser „Terminatora” skupił się na tworzeniu „Avatara”, zaś „Alitę” zrealizował Robert Rodriguez. Filmowiec ten specjalizował się w kinie klasy B, ale teraz przyszła pora na blockbuster. Muszę przyznać, że czuć rękę Rodrigueza. Sama historia to niemal klasyczne kino młodzieżowe w otoczce SF. Czego tu nie ma: miłość od pierwszego spojrzenia (niejaki Hugo), poznawanie samej siebie i próba odzyskania wspomnień. W tle mamy niebezpieczny sport zwany Motorballem, który może zapewnić wejście do Zalemu. Ale intryga coraz bardziej zaczyna się gmatwać, pojawia się parę wolt, zaś świat klimatem przypomina cyberpunkowy świat.

alita2

Samo tło jest tylko liźnięte i stanowi pretekst do bezpretensjonalnej rozwałki. Dół to dzielnica nędzy, gdzie ludzie szukają sposobu wejścia na górę. Samej góry nie widzimy, ale podejrzewamy, iż może być tam raj dla najbardziej bogatych i wpływowych. W tle jeszcze mamy zawodników Motorballa, pełniący rolę policjantów Łowcy-Wojownicy, mordercy. Może i jest to mocno uproszczone, ale intryguje. Gdy dochodzi do scen akcji, całość zaczyna nabierać rumieńców oraz kopa. Bijatyki i naparzanki wyglądają wręcz obłędnie – pierwsza bójka Ality, scena w barze czy „eliminacje” Motorballa. Wygląda i brzmi to znakomicie, czując rękę Rodrigueza oraz pracę kamery legendarnego Billa Pope’a („Matrix”, trylogia „Spider-Man” Raimiego).

alita3

Żeby jednak nie było słodko, „Alita” ma parę wad. Po pierwsze, czuć pewne poczucie deja vu. Cyberpunkowy klimat budzi automatyczne skojarzenia z klasyką, choć zaskakujący jest fakt, że większość akcji toczy się za dnia. Po drugie, obecność wątków young adult, zwłaszcza wątek romansowy jest delikatnie słaby. Dialogi podczas tych scen potrafią mocno sprawić ból uszu, co może być spowodowane nijakością wybranka serca. Po trzecie, sam świat nie jest zbyt wyraziście zarysowany, bo wiele rzeczy zostaje zaledwie liźnięty. Za to mogą się podobać fantastyczne efekty specjalne, gdzie wyglądy robotą są niesamowite.

alita4

Aktorsko jest dość nierówny, ale jest jeden mocny atut. Debiutująca na ekranie Rosa Salazar jest cudna w tej roli. Budzi nie tylko sympatię, ma zadziorny charakter oraz twarde pięści. Jest troszkę naiwna, ale powoli zaczyna odkrywać w sobie brutalną, ostrą siłę. Chce się coraz lepiej poznać tą postać oraz jej przeszłość. Z drugiego planu najbardziej wybija się Christoph Waltz jako dr Ido. Tutaj aktor zamiast bycia typowym złolem, staje się mentorem oraz niejako ojcem dla naszej protagonistki. Reszta obsady (zwłaszcza pomocnicy głównego złola, grani tutaj przez Jennifer Connelly oraz Mahershalę Ali) sprawiają wrażenie niewykorzystanych. Są niezbyt wyraziście zarysowani, zaś motywacje pozostają niezbyt wyraźnie zarysowane.

„Alita: Battle Angel” jest udaną adaptacją mangi dokonanej przez Amerykanów. Ze wszystkimi wadami i zaletami, gdzie nie brakuje przegięcia (postać Waltza ze zmutowaną wersją Mjolnura), absurdu oraz obiecującą wizją świata. Naprawdę chciałbym zobaczyć sequel, lecz wyniki box office nie daje szans.

7/10

Radosław Ostrowski

Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski