Ciężkie czasy

Lata 30. to był trudny czas dla ludzi w Ameryce. Wielki kryzys ekonomiczny doprowadzał do wielkich samobójstw, spektakularnych plajt i ogromnego bezrobocia. I to właśnie w tych czasach przyszło żyć niejakiemu Chaneyowi. Mężczyzna po przejściach i z tajemniczą przeszłością przypadkowo obserwuje nielegalne walki pięściarskie. Tam poznaje Szybkiego – hazardzistę, obstawiającego walki i organizującego potyczki. Chaney proponuje mu organizację walki i postawienie na niego swoich pieniędzy. Po wygranej, Szybki proponuje spółkę oraz podział zysków, wyruszając do Nowego Orleanu.

cikie_czasy1

Sama historia nie należy do specjalnie skomplikowanych i toczy się swoim rytmem. Debiutujący na stołku reżyserskim Walter Hill nie dysponuje dużym budżetem, ale ogrywa to wszystko klimatem oraz surową realizacją. Trudno odmówić „Ciężkim czasom” stylu – w końcu są to lata 30. Samochody wzięte z epoki, podejrzane speluny, gdzie gra się w bilard i załatwia różnego rodzaju interesy, dom publiczny, obskurne, tanie pokoje. Z drugiej strony eleganccy gangsterzy kontrolujące i obstawiające walki, piękne kobiety i dużo forsy. Same walki toczą się też w brudnych i nieprzyjemnych miejscach, co tylko potęguje brudny klimat. Opuszczone fabryki, puste hale, klatki (środkowa potyczka Chaneya z łysym koksiarzem) – czuć tutaj, że nie jest to tylko i wyłącznie walka dla zabawy, lecz starcie na śmierć i życie. Kto wygra może się obłowić, ustawić się, spłacić długi czy zaplanować życie z kobietą. Nie brakuje ciętych ripost i dowcipu, nie przeszkadza nawet dość szczątkowa, drobna fabuła.

cikie_czasy2

Same potyczki i walki nie imponują świetną choreografią, ale prostotą oraz surowością. Walczą nie zawodowi pięściarze, ale ludzie ulicy. Owszem, są tez doświadczeni zawodnicy, jednak nigdy nie można być pewnym swojej pozycji. Tutaj panuje tylko jedna zasada – nie bijemy leżącego. Dlatego ręce i pięści idą w ruch żwawo, a dynamiczny montaż i płynna praca kamery pozwala zobaczyć każdy cios, uderzenie. Perełkami są dwie potyczki – ta w klatce oraz finałowa z Chicagowskim zawodnikiem Streetem (Nick Dimitri). Poezja.

cikie_czasy3

Hillowi, mimo braku doświadczenia reżyserskiego, udało się zebrać dwie gwiazdy. W Chaneya wciela się Charles Bronson i jest małomównym twardzielem, sprawnie posługującym się pięściami. Jego partnerem, Szybkim jest czarujący James Coburn, mający płynną Gatkę, błysk w oku oraz czarujący uśmiech. Jednak to nałogowy gracz, stale balansujący na granicy ryzyka. Czuć między panami chemię oraz coś na kształt przyjaźni, chociaż żaden z nich się do tego nie przyznaje.

W Polsce jest to kompletnie nieznany i nieoczywisty film, w którym Hill w pełni wykorzystał swój talent. Klimatyczne, męskie kino ze świetnie zrealizowanymi scenami bijatyk, broniące się mimo czterdziestu lat na karku. Może i historia jest ograna, jednak wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

8/10

Radosław Ostrowski

Garść dynamitu

Początek XX wieku. W Meksyku trwa rewolucja, zaś jedną z tych osób, które się nia nie interesują jest Juan Miranda – złodziej i rzezimieszek. Kiedy na swojej drodze spotyka irlandzkiego terrorystę Johna Mallory’ego (speca od materiałów wybuchowych), wpada na prosty i genialny plan swojego życia – okraść bank w Mesa Verde. Ale na miejscu okazuje się, że zamiast pieniędzy i złota w środku są… skazani rewolucjoniści, zaś obaj panowie zostają bohaterami.

dynamit1

Sergio Leone – każdy fan westernu zna to nazwisko. Ale nawet i największy reżyser musi się potknąć. Niby film jest westernem, zaś początek przypomina wcześnie produkcje włoskiego mistrza. Jednak z pojawieniem się motocyklu, nagle coś się zaczęło zmieniać. Zamiast westernu wyszedł bardziej film wojenny (wiadomo, rewolucja Pancho Villi), gdzie mamy dużo trupów i dużo strzałów. Istnym słowem, niezły Meksyk. No właśnie, niezły tylko. Owszem, widać i czuć rękę reżysera (charakterystyczne zbliżenia na twarze, długie ujęcia pozbawione dialogów, piękna muzyka Ennio Morricone), ale trochę to zbyt współczesne – i nie chodzi tylko o obecność ciężarówek, samochodów, motocykli i zastąpienie rewolwerów pistoletami czy karabinami maszynowymi, ale o sposób opowiadania historii. W dodatku fabuła jest bardzo nierówna, gdzie naprawdę świetne sceny (napad na bank czy strzelanina na moście) przeplatają się z momentami nużącymi i spowalniającymi przebieg wydarzeń (bardzo romantyczne i lekko sentymentalne retrospekcje Johna czy wszelkie sceny batalistyczne). Brakuje tej magii i czegoś, co przykuwało uwagę, pozwalając zatracić się w filmie, co udało się osiągnąć w „Dobrym, złym i brzydkim” czy „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Tutaj tego zabrakło.

dynamit2

Także od strony aktorskiej film nie powala, choć jest zagrany na przynajmniej przyzwoitym poziomie. Najlepiej prezentuje się tu Rod Steiger w roli Mirandy. Brudny, nieogolony, okazuje się całkiem pomysłowym cwaniakiem, który jest lojalny wobec swojej bandy (wiadomo, rodzina) i przypadkowo zostaje bohaterem. Ale cena jaką za to ponosi jest dość wysoka, zaś jego refleksja na temat rewolucji jest mocno aktualna. Partneruje mu James Coburn – aktor ze sporym doświadczeniem w westernach (m.in. „Siedmiu wspaniałych”), tutaj wypada całkiem nieźle w roli cynicznego Irlandczyka, który dawno stracił wiarę w sprawę czy rewolucję. Dołącza do niej, bo nic innego nie potrafi (z dynamitem robi cuda). Obaj panowie całkiem zgrabnie się uzupełniają, trzymając w zainteresowaniu prawie do końca. Reszta aktorów gra całkiem nieźle (wyróżnia się Romolo Valli w roli doktora Villegi). I tyle można powiedzieć.

Niestety, „Garść dynamitu” nie ma tej siły ognia co „Garść dolarów”,jednak pozostaje zaledwie niezłym filmem w dorobku Leone. Jednak jego następny film pokazał, że wrócił do mistrzowskiej formy.

6/10

Radosław Ostrowski