Jeff Lynne’s ELO – Alone in the Universe

Alone_in_the_Universe

Jeffa Lynne’a znałem jako solistę oraz producenta muzycznego. Sławę przyniósł mu też działający przez niego w latach 70. i 80. zespół Electric Light Orchestra. Ale w 1986 roku doszło do rozłamu i Jeff Lynne zaczął działać solo. A w tym roku postanowił reaktywować swoją formację (poza nim gra tylko gitarzysta Steve Jay) i nagrać pierwszy od 14 lat album pod szyldem ELO. A żeby nie było wątpliwości, że to jego grupa dodał do nazwy swoje nazwisko.

Przyznam się bez bicia, że znam dorobku ELO i na pewno będzie to miało wpływ na ocenę. Zaczyna się od nostalgicznego i ładnego singla „When I Was a Boy”, przypominającego troszkę przeboje Bitelsów. Dalej jest bluesowy „Love & Rain” z ładnymi gitarami. Same kompozycje są po prostu ładnie zagrane i pełne ciepła jak w „Dirty To The Bone”, perkusja brzmi tak jak we wszystkim, w czym palce macza Lynne, czasem przewiną się w tle smyczki (szkoda, że elektroniczne). Nie brakuje zarówno bardziej rozmarzonych utworów („The Sun Will Shine on You”), jak i tych bardziej dynamicznych (rock’n’rollowy „Ain’t a Drug”). Dla mnie chyba problemem jest to, że już to wszystko gdzieś słyszałem. Wybijają się najbardziej dwa pierwsze utwory oraz przepełniony kosmiczną elektroniką „Alone in the Universe”. Nawet dwa dodatkowe utwory (same w sobie niezłe) nie powalają.

Wokal Lynne’a jest niezły, a i samej płyty słucha się z dużą przyjemnością. Nie jest to jakiś wielki powrót czy odkrywcza rewolucja, ale porządna produkcja. Tylko i aż.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Get Up!

Get_Up_2015

Sympatyczny Kanadyjczyk w zeszłym roku przypomniał o sobie nagrywając składający się z coverów „Tracks of My Life”. Jednak fani cały czas czekali na płytę z nowym materiałem, autorskim. Wreszcie po upływie roku pojawia się nowy materiał Adamsa, za którego produkcję odpowiada Jeff Lynne – frontman legendarnego zespołu Electric Light Orchestra.

Brzmienie Lynne’a jest bardzo łatwe do rozpoznania, dzięki charakterystycznym uderzeniom perkusji oraz delikatnej, choć nie pozbawionej przebojowości gitarze, przypominającej czasy świetności rock’n’rolla (lata 50. i 60.). Słychać to już w szybkim, singlowym „You Belong To Me”. Nie brakuje jednak bardziej garażowej gitary („Go Down Rockin'” czy spokojniejszy „We Did It All”), klaskania („That’s Rock And Roll”), delikatnego smęcenia („Don’t Even Try”), a nawet pojawia się sitar („Do What You Gotta Do”). Co najważniejsze, mimo spójne stylistyki, nie czuć znudzenia, a było o to bardzo łatwo. Jest nostalgicznie, bardzo radiowo (nie jest to wada) i zdecydowania dla fanek Adamsa.

Głos Kanadyjczyka idealnie sprawdza się w tej estetyce. Chociaż słychać wiek, to nadal zachował wigor i energię, która go nie zawodziła. Na sam koniec dostajemy jeszcze 4 utwory w wersja akustycznych, gdzie jest tylko Adams i gitara. Nowych fanów Bryan raczej nie zdobędzie, chyba ze lubią takie nostalgiczne granie. Cała reszta powinna wyjść zachwycona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Traveling Wilburys – Vol. 3

Vol._3

O tej supergrupie już opowiadałem wam. Minęły dwa lata od wydania debiutu i pojawił się drugi album tego składu, finezyjnie nazwany Vol. 3.

Panowie Harrison, Lynne, Dylan i Petty znów postanowili razem zagrać. Niestety, po nagraniu pierwsze płyty zespołu zmarł piąty członek zespołu – Roy Orbison (jemu dedykowany jest ten album). Poza tym nadal zespół wspierał perkusista Jim Keltner i Ray Cooper oraz saksofonista Jim Horn. I nadal jest to bezpretensjonalne, rockowe granie w starym dobrym stylu, choć otwierającym album „She’s My Baby” z mocnymi riffami Gary’ego Moore’a może być zaskoczeniem. Ale potem ruszamy właściwym torem – panowie nadal świetnie śpiewają, robiąc też za chórki, nadal czuć ten luz i bezpretensjonalność, choć nie brakuje tutaj urozmaiceń jak sitar („The Devil’s Been Busy”), utrzymane w stylistyce początków rock’n’rolla „7 Deadly Sins”, idące w country „Poor House”, fortepian w „Cool Dry Place” czy twist w nomen omen „Willbury Twist”. Oprócz tego są jeszcze dwa bonusy i obie piosenki są coverami: „Nobody’s Child” (country) i „Runaway” (rock’n’roll).

Teksty nadal są pełne humoru i lekkości, dopełniając tego luzackiego stylu znanego z poprzedniczki. Jedyne czego żałuję to fakt, że panowie już nigdy więcej się nie spotkali. Ale pozostawili po sobie naprawdę przyjemną muzykę.

8/10

Radosław Ostrowski

The Traveling Wilburys – Vol. 1

Vol._1

Supergrupy to raczej jest już przeszłość minionych lat, ale nadal się zdarza, że kilku wybitnych muzyków mających już spore doświadczenie i działający w różnych zespołach, łączą siły i zakładają własny zespół. Opowiem wam teraz o jednej takiej grupie, która nagrała tylko dwie płyty, ale zrobiła spore zamieszanie.

Ich pierwsza płyta pojawiła się w 1988 roku, zaś członkami Traveling Wilburys byli nie byle goście. Jeff Lynne (Electric Light Orchestra), George Harrison (The Beatles), Roy Orbison, Bob Dylan i Tom Petty (Tom Petty and the Heartbreakers) – to nie byle kto, to wręcz legendy rocka i folku. Za produkcję ich debiutu odpowiada Lynne i Harrison (założyciel grupy), a muzykom towarzyszył perkusista Jim Keltner. Jak brzmi ten album po tylu latach? Czuć luz i bezpretensjonalność, a także sięganie po folkowo-rockowe brzmienia z lat 60. Czasem pojawią się jakieś dęciaki („Last Night”) czy syntezator („Not Alone Anymore”), ale jednak najważniejsze są gitary i wokaliści. Słychać, że panowie się świetnie bawili, gitary brzmią lekko, zaś wokale panów się świetnie uzupełniają i tworzą zgrabną całość – podniszczony Dylan, elvisowski Orbison, delikatny Lynne, lekko „kałbojski” Petty i mocny Harrison to koktajl Mołotowa, który mimo lat nadal działa, zaś każdy z panów ma swój utwór przy albumie i żaden nie dominuje nad resztą, która zazwyczaj dośpiewuje w chórkach.

Należy bardzo pochwalić teksty, które choć opowiadają o miłości nie są pozbawione ironicznego humoru („Congratulations”) oraz lekkości. Brzmi to bardzo interesująco i nie ma tu miejsca na nudę.

Mógłbym się tutaj rozpisać o całej płycie, tylko po co. Jeśli wam się podobały solowe dokonania przynajmniej jednego z członków zespołu, powinniście nabyć ten lekki i świetny album.

8/10

Radosław Ostrowski

Jeff Lynne – Long Wave

Long_Wave

O tym człowieku już wspominałem przy jego solowej płycie „Armchair Theatre”. W zeszłym roku Jeff Lynne powrócił z drugim solowym materiałem, przy okazji wydając kompilację największych przebojów Electric Light Orchestra w trochę innych aranżacjach.

„Long Wave” to płyta z coverami – takie albumy zawsze wywołują przerażenie, bo z jednej strony wydaje się to pójściem na łatwiznę i skokiem na kasę, z drugiej wszystko też zależy od wyboru piosenek. Lynne brzmi tak jak on zarówno stylistycznie, jak i wokalnie. Czyli mamy prosty, chwytliwy rock okraszony odrobiną elektroniki („Bewitched, Bothered and Bewildered”). Zróżnicowane jest tempo, choć dominują spokojniejsze utwory („She”, „If I Loved You”), ale nie brakuje też lekko rock’n’rollowego ognia („Let It Rock” czy „Beyond the Sea”). czasem pojawią się smyczki („Running Scared”), fortepian („At Last”), a sekcja rytmiczna podrywa tworząc lekko nostalgiczny klimat, co bardzo mi odpowiada, zaś całość stosunkowo krótka (niecałe pół godziny) łatwo się przyswaja i nie przynudza.

Sam wokal Lynne’a jest ciekawy i bardzo charakterystyczny, pasujący do całość. Trudno jest mi tu wskazać jakąś wybijającą się piosenkę z całości, bo wszystko jest tu utrzymane na równym, dobrym poziomie. Słucha się tego z przyjemnością i pozwala cofnąć się w czasie. Ta wyprawa powinna być satysfakcjonująca.

7/10

Radosław Ostrowski


Jeff Lynne – Armchair Theatre

Armchair_Theatre

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłem w planach, a moi rodzice zwyczajnie się nie znali, działał zespół Electric Light Orchestra, który mieszał rocka z muzyką lekko symfoniczną pod wodzą Jeffa Lynne’a, który już od 1986 roku działał na własny rachunek. I wtedy po założeniu krótko działające supergrupy Traveling Wilburys (skład Lynne, Tom Petty, Roy Orbison i Bob Dylan), z która nagrano dwie płyty w 1990 roku ukazuje się solowy debiut Lynne’a.

„Armchair Theatre” zebrał dość ciepłe recenzje, a wspominam o tej płycie, ponieważ w tym roku płyta została zremasterowana. Album ten zawiera 11 piosenek plus dwie dodatkowe, które nie były dostępne w wydaniu z 1990 roku, a wszystko lekko okraszone rock’n’rollem. Pierwsze, co mnie uderza to pełna oldskulowość oraz luz zmieszany z naprawdę bogatą i pomysłową aranżacją. Mamy tu czystego rock’n’rolla, odrobinę country („Don’t let Go”, „Nobody Home”), pójścia w pop („Don’t Say Goodbye”) i okraszone to wszystko obecnością chórków i smyczków („Every Little Thing” i „Stormy Weather”). Wokalistę wspierają Richard Tandy (klawiszowiec Electric Light Orchestra) i George Harrison (gitara i sporadycznie chórek), a także m.in. Michael Kamen (aranżacje smyczków), perkusista Mette Mathiesen czy saksofonista Jim Horn („Don’t Say Go”). To m.in. dzięki nim ten album jest taki lekki, przebojowy i pełen energii, bardzo ciepły.

Swoje musiał dać sam Jeff Lynne, którego głos jest naprawdę delikatny, bardzo leciutki, przypominający trochę oldskulowych rockmanów z lat 60. Zaś teksty są tak jak całość – lekka, bezpretensjonalna i mówiąca o relacjach z innymi ludźmi.

Nie jest to album, który może odmienił oblicze muzyki, doprowadził do odnalezienia lekarstwa na HIV czy innej niebezpiecznej zarazy, ale czas spędzony przy nim nie będzie w żadnym wypadku stracony. Bo to uczciwie mówiąc: dobry album. Niby niewiele, ale w obecnych czasach to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski