Nie patrz w dół

Ile było już takich filmów, które pokazywały skuteczność prostych pomysłów. Pod warunkiem, że są one dobrze wykonane. Najbliżej nowemu dziełu Scotta Manna bliżej jest do „127 godzin”, gdyż jest to thriller survivalowy. Czyli ograniczona przestrzeń i walka o przetrwanie w sytuacji coraz bardziej się pogarszająca.

Bohaterką filmu jest Becky – młoda dziewczyna, która razem z mężem i kumpelą Hunter kochają wspinaczkę. Podczas jednej z takich eskapad jej mąż ginie, spadając w dół. To bardzo mocno odbija się na niej i zmienia ją we wrak człowieka. Niemal rok później widzimy ją ostro pijącą, ciągle w żałobie i odcinającą się od wszystkich. A wtedy pojawia się znikąd Hunter i chce ją wyciągnąć na wspinaczkę. Celem jest mocno zardzewiała wieża telewizyjna o wyskości 2 tysięcy stóp gdzieś na pustyni w USA, a na jej szczycie rozsypią prochy zmarłego męża. To ostatnie staje się decydującym czynnikiem, by Becky zgodziła się na tą wyprawę. Nie bez problemów udaje się wejść na sam szczyt i nawet zrobić parę postów. Ale podczas schodzenia drabina rozpada się i odrywa od wieży, pozostawiając dziewczyny na samym szczycie. Bez zasięgu w telefonie, bez kontaktu ze światem, w samym środku niczego.

Jak widać „Nie patrz w dół” ma prosty pomysł i Mann robi wszystko, by utrzymać tą historię w napięciu. Pięknie sfilmowane krajobrazy kontrastują z poczuciem izolacji i klaustrofobii, co jest zasługą fantastycznych zdjęć (nie tylko z drona). Niektóre kadry pokazujące skalę czy pokazujące z bliska wspinaczkę we mnie – osobie z lękiem wysokości – wywoływały o wiele większe poczucie strachu niż pewnie przewidzieli twórcy. Nasze panie są zbudowane na wyrazistym kontraście: przerażona i osamotniona Becky, zaś Hunter jest bardziej przebojowa, zaradna i zachowująca zimną krew. Jak się jeszcze okaże panie mają pewną tajemnicę, która może podważyć ich przyjaźń.

Co mnie bardzo zaskoczyło (na plus) to fakt, że mamy do czynienia z bohaterkami budzącymi sympatię, zaradnymi i bardzo sensownie podchodzącymi do szukania rozwiązań. Nie są one mistrzyniami survivalu, ale ich tok myślenia jest bardzo sensowny i racjonalny. Rzadko pozwalają sobie na panikę, bo nic ona nie daje. Do tego jeszcze problemem są okoliczne sępy, pazerne na złamaną i powoli gnijącą nogę Becky, zmęczenie oraz brak snu, co odbija się na psychice. Bardzo efektywnie zbudowane oraz działające do bardzo mocnego finału. I żadna sytuacja nie wydawała mi się naciągana, absurdalna czy idiotyczna, ale bardzo prawdopodobna. Również z bardzo mocnym twistem, którego się nie spodziewałem.

Jeszcze bardziej w tym wszystkim pomagają aktorzy. Całość na swoich barkach trzymają Grace Caroline Currey (Becky) i Virginia Gardner (Hunter), które wypadają bardzo przekonująco w swoich rolach. Ich strach, zaradność i zmęczenie jest bardzo namacalne, tak jak chemia między nimi. Bardzo zaangażowane role, szczególnie w przypadku Currey, której postać mierzy się z traumą oraz własnymi demonami. Bardzo łatwo można było przeszarżować lub popaść w nadekspresyjność albo zrobić z nie kompletne idiotki, jednak scenarzystom udaje się uniknąć tych pułapek. Na szczęście.

„Nie patrz w dół” to przykład prostego konceptu, który jest dobrze i cały czas konsekwentnie prowadzony do samego końca. Świetnie zagrany, sfilmowany i trzymający w napięciu. Do tego stopnia udany film, że już jest w planach kontynuacja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wybawiciel

Dania kojarzy się przede wszystkim z Duńczykami, baśniami Andersena i gangiem Olsena. Kristian Levring chce, by Dania kojarzyła się także… z westernem. Dzisiaj opowieści o kowbojach nie są tak popularne jak kiedyś, ale nie znaczy to, że nie przestano ich kręcić.

wybawiciel1

Akcja toczy się w 1871 roku, kiedy po przerwanej wojnie z Prusami, Duńczycy zaczęli przybywać do USA, by znaleźć swój kawałek ziemi. Jednym z nich jest Jon, który po siedmiu latach sprowadza do kraju żonę i syna. Jednak podczas jazdy dyliżansem, współtowarzysze wyrzucają Jona z powozu, zabijają syna oraz gwałcą jego żonę. Na szczęście to ostatnia rzecz, jaka zrobili w tym życiu, gdyż Jon dopada i zabija sprawców. Na jego nieszczęście, jeden z napastników jest bratem terroryzującego okolicę, Delarue. To można rozstrzygnąć tylko w jeden sposób.

wybawiciel2

Już po tym opisie można stwierdzić, że to będzie klasyczny western, gdzie wiadomo kim są ci dobrzy, kim źli i jak całość się skończy. Z jednej strony zachwyca strona plastyczna (nocna jazda dyliżansem) oraz oświetlenie, z drugiej drażni przewidywalność i brak oryginalności. Napięcie czuć dopiero w finałowej konfrontacji, gdzie w ruch idą karabiny, rewolwery oraz noże. Intryga jest prosta, a stawka jest bardzo jasna od początku (chodzi o wykupienie ziemi, pod którą jest ropa) i początek zwyczajnie przynudza. Levring czerpie garściami z klasyki gatunku, dodając od siebie piach, krew i brud. Ale to już widziałem setki razy.

wybawiciel3

Poza zakończeniem wybija się dobre aktorstwo. Dla wielu to może być jedyna szansa zobaczenia Madsa Mikkelsena w kowbojskim wdzianku (on jest tym dobrym i gra go w typowy dla siebie, minimalistyczny sposób). Wspiera go wyrazisty Jeffrey Dean Morgan (brutalny i bezwzględny Delarue, czyli typowy szwarccharakter z wąsem oraz czarnym stroju) oraz nietypowo obsadzona Eva Green („księżniczka”, niemowa i szwagierka Delarue). I tylko dla tej trójki warto zobaczyć ten duński western.

6/10

Radosław Ostrowski

Kronika opętania

Clyde i Stephanie Brenekowie dawno się rozwiedli, bo on trochę nie sprawdzał się jako ojciec, jednak ma prawo odwiedzać swoje córki w weekend. Podczas drogi do jego domu, dziewczyny zauważają wyprzedaż i wśród przedmiotów trafia do ich rąk pewna skrzynia. Emily po jej otwarciu zaczyna mieć obsesję na jej punkcie. Matka podejrzewa, że córka jest chora psychicznie, ale ojciec przyczynę widzi gdzie indziej. Zwłaszcza, że w skrzynce znajdował się dybuk. A to oznacza, że najgorsze dopiero przed nimi.

opetanie_300x300

Na pierwszy rzut oka, fabuła filmu Ole Bornedala kojarzy się z klasyką horroru – „Egzorcystą”. Bo temat opętania jest bardzo klasycznym motywem wykorzystywanym przez horrory odkąd one istnieją. Jednak reżyser nie stawia na straszenie za wszelką cenę, choć trzeba przyznać, że sceny mające wywołać strach i przerażenie naprawdę jej wywołują. Jednak dla mnie film jest bardziej dramatem obyczajowym z elementami grozy i co najciekawsze, nie gryzie się to ze sobą. I pokazuje też, że gdy nie skupiasz dużej uwagi na dziecku, może się to skończyć źle. Także technicznie jest to solidna robota (zwłaszcza finał w szpitalu, gdzie odprawiany jest rytuał – jest świetna).

opetanie2_300x300

Jeśli coś wyróżnia ten film od innych horrorów to naprawdę dobre aktorstwo. Najlepiej prezentuje się Jeffrey Dean Morgan w roli Clyde’a – czyli ojca, który zawsze był nieobecny i stawiał własną karierę trenerską wyżej nad rodzinę. Jednak w sytuacji nawiedzenia, podejmuje się wielkiego wysiłku, by ratować swoją córkę. Także Natasha Calis jako nawiedzona Emily jest świetna, ją się kupuje. Z drugiego planu zapada w pamięć Kyra Sedgwick (Stephanie, równie nieporadna matka) oraz raper Matisyahu (rabin Tzadok).

Wreszcie coś świeżego w Hollywood. „Kronika opętania” to nie jest może najlepszy horror jaki ostatnio widziałem, ale ogląda się go naprawdę nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski