Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wolny dzień Ferrisa Buellera

Kino inicjacyjne czy młodzieżowe zazwyczaj wydaje się płytkie, nudne oraz opowiadające o pierdołach. Nie oznacza to jednak, że wszystkie tego typu filmy muszą być głupie. Takie robił w latach 80. John Hughes zarówno jako scenarzysta, jak i reżyser. Jego bohaterowie – choć wydawali się stereotypowi na początku – z czasem zyskiwali barwy, stając się osobami z krwi i kości. Nie inaczej jest w przypadku „Wolnego dnia Ferrisa Buellera” z 1986 roku.

ferris bueller1

Tytułowy bohater (Matthew Broderick w swojej najlepszej roli) to złotousty cwaniak, którego poznajemy w domu. Leży w łóżku i symuluje chorobę, by nie być w szkole. To już dziewiąty dzień jego wagarowania, ale ma być też ostatnim. Na wyrwanie się do miasta zabiera swoje najlepszego kumpla – Camerona (Alan Ruck, znany obecnie z „Sukcesji”) oraz o rok młodszą dziewczynę, Sloanę (śliczna Mia Sara). Wszystko po to, by koledze pomóc wyrwać kijek nerwowy z tyłka, by nabrał pewności siebie. Może i rodzice dadzą się nabrać na chorobę (jak też cała szkoła), to zarówno starsza siostra (Jennifer Grey), jak także próbujący go dorwać dyrektor szkoły (Jeffrey Jones) nie ufają mu. Ten ostatni postanawia go załatwić i uziemić.

ferris bueller2

Reżyser skupia się na postaci Buellera i jego paczki, by pokazać prawdopodobni ostatnie chwile beztroski przed wejściem w dorosłość. Tutaj dorośli nie rozumieją świata młodych i tu nawet nie chodzi o szkołę. W tych rzadkich momentach nauczyciele mówią niczym roboty pozbawione pasji, zaangażowania i motywacji do przekazania wiedzy. Nic dziwnego, ze uczniowie zachowują się podczas zajęć niczym tępe zombiaki, przyglądające się wszystkiemu z obojętnością. Jak tacy ludzie mają się odnaleźć w dorosłym życiu? Bueller przy nich sprawia wrażenie buntownika, idącego pod prąd („Po co mam się uczyć europejskiego socjalizmu? Nie jestem Europejczykiem, a to nie da mi samochodu”) i działającego w wariacki sposób. Czasem można odnieść wrażenie, że kombinuje, kluczy i bajeruje, łamiąc niemal non stop czwartą ścianę. Humor leci z prędkością karabinu maszynowego mieszając kreatywność w oszukiwaniu rodziców (oraz tego jak bardzo blisko jest zdemaskowania) z odrobiną slapsticku – wszystkie sceny z dyrektorem, a także ciągle zaskakując niektórymi sytuacjami (scena zamawiania stolika w restauracji czy Bueller śpiewający podczas parady).

ferris bueller3

Jednak pod tą komediową otoczką skrywa się o wiele poważniejszy problem, czyli zagubienie młodych ludzi i pytanie co dalej. Bo z jednej strony jest Cameron, którego rodzice się nienawidzą, a dla jego ojca ważniejsze jest zabytkowe Ferrari niż on sam. Troszkę miękki jest i nagle potrafi spanikować, co daje przeciwwagę dla komediowych strzałów. Alan Ruck gra tutaj fantastycznie i pokazuje jego wycofanie, chwile załamania oraz – najistotniejsze – mentalnej przemiany, bez cienia fałszu. Bueller pozornie wydaje się wygadanym cwaniakiem, a Broderick ma w sobie tyle uroku, że nie można oderwać od niego oczu. Wszystko to jednak fasada, skrywająca kogoś o wiele wrażliwszego i równie niepewnego, co pozostali. Jak wszyscy klauni oraz tacy, co wszystko uchodzi płazem. Nie czuć w tym fałszu, a nie jest to łatwa sztuka.

ferris bueller4

Jest parę niezapomnianych momentów jak wspomniana parada czy wizyta w muzeum sztuki. To wszystko składa się na inteligentną, pełną świetnych dialogów komedię, z wyrazistymi postaciami. Wszystko bez nachalnego dydaktyzmu czy moralizatorstwa, ale z energią oraz odrobinką luzu. Czyli pierwszorzędna robota Hughesa. Ale pamiętajcie: życie idzie szybko i możecie tego nie zauważyć, jeśli się nie zatrzymacie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski