Amerykańska fikcja

Ileż to było filmów, gdzie głównym bohaterem był pisarz. Ale samego środowiska literacko-wydawniczego rzadko pokazywane jest na ekranie. Mi do głowy przychodzi „Geniusz” Michaela Grandage’a o relacji pisarz-redaktor czy (bardziej pobocznie) „Przypadek Harolda Cricka”. Do tego grona dołącza satyryczna „Amerykańska fikcja”, czyli reżyserski debiut Corda Jeffersona.

american fiction1

Bohaterem jest Theleonius „Monk” Ellison (Jeffrey Wright) – pisarz i wykładowca akademicki, wywodzący się z rodziny lekarzy miasta Boston. Mieszka we wielkim mieście, pisze wysoko oceniane powieści, lecz niezbyt dochodowe. Do tego czasem ma dość ostre opinie na kilka tematów, co doprowadza do przymusowego urlopu z uczelni. Wraca do Bostonu, gdzie ma odbyć się festiwal literacki, jednak zostaje on zignorowany przez jedno wydarzenie – wysoko ocenianą powieść Sintary Golden (Issa Rae). Monk jest wkurzony i to z dwóch powodów: a) znowu popularna i realna jest powieść pełna stereotypów o życiu czarnoskórych (getto, bieda, gangsterka, dilerka itp.) b) Monk próbuje wydać swoją powieść, ale jest „zbyt mało czarna”. Czy może być gorzej? Jak się okazuje tak, kiedy nasz bohater odwiedza rodzinę, z którą ma dość luźne kontakty. U matki pojawiają się pierwsze objawy Alzheimera, brat-gej pojawia się jeszcze rzadziej, do tego dbająca o matkę siostra… umiera. Ktoś musi zająć się matką, zaś opieka wymaga kasiory. W końcu Monk nie wytrzymuje i dla żartu piszę najbardziej „czarną” powieść jaką tylko może wyciągnąć jego wyobraźnia. Tak powstaje „Moja patola” i przesyła ją agentowi, Arthurowi (John Ortiz). Następne wydarzenia wywołają ogromne zawirowania niczym tornado.

american fiction4

„Amerykańska fikcja” to tak naprawdę dwa filmy sklejone w jeden. Pierwszy to obyczajowa historia, gdzie bohater próbuje ogarnąć swoje rodzinne życie. Zająć się coraz bardziej chorującą matką, naprawić relacje z bratem i zmierzyć się z paroma demonami przeszłości. Przy okazji pojawia się całkiem interesująca sąsiadka Coraline (Erika Alexander) – jak się okazuje fanka jego powieści. Coś tam się powoli kiełkuje i jest między nimi chemia, ale… czy to zakiełkuje w coś poważniejszego? Ten wątek jest w zasadzie solidny, ma kilka mocnych scen (głównie każda scena z matką) oraz uroczych chwil (poboczny wątek służącej oraz zakochanego w niej gliniarza), potrafiący zaangażować.

american fiction3

Ale najciekawsze były dla mnie wątki satyry na środowisko literackie oraz szeroko spotykanej głupoty. Bo cała ta książka napisana „dla jaj” (nawet ksywa Stagge R. Lee to żart) okazuje się „gorącym towarem”. Wydawnictwo proponuje kosmiczne pieniądze (jak dla naszego bohatera), co wywołuje lawinę wydarzeń. A ja nie mogłem uwierzyć w to, jak ci wszyscy ludzie (nie tylko wydawnictwo, ale jurorzy festiwalu literackiego – zgadnijcie, kto się wśród nich znajduje czy… producent filmowy) dostrzegają w tym paździerzu „szczery i prawdziwy portret życia Afro-Amerykanów”. Monk chce powstrzymać całe to szaleństwo, ale nic nie może z tym zrobić. Każde kolejne spotkanie doprowadzały mnie do nagłego ataku śmiechu ze skali głupoty. Wydawca nawet zgadza się na zmianę tytuły z „Moja patola” na… „Kurwa” (SERIO!!!), zaś Monk musi udawać „stereotypowego” czarnucha w rozmowach z innymi. A wszystko kończy się szalonym i mocarnym finałem.

american fiction2

Wszyscy tutaj grają świetnie: od cudownego Sterlinga K. Browna (Cliff, brat-gej) przez poruszającą Leslie Uggams (Agnes, matka) po uroczo-zadziorną Erikę Alexander (Coraline). Ale tak naprawdę „American Fiction” to koncert Jeffreya Wrighta. „Monk” Ellison w jego wykonaniu to tak naprawdę kilka osób w jednej: strasznie poważny pisarz, który chce przełamać stereotypowanie portretowanie czarnoskórych w literaturze; zdystansowany ironista, pierwszy raz od dawna biorący odpowiedzialność za rodzinę, a także osoba o bardzo mocnych, stałych przekonaniach. Aktor potrafi być bardzo powściągliwy, pokazując wiele samym spojrzeniem czy ruchem brwi. Ale nawet udając stereotypowego czarnucha z osiedla (od sposobu mówienia i słownictwa po mowę ciała) jest jednocześnie rozbrajająco zabawny, a także zażenowany cała sytuacją. Fantastyczna kreacja, zasługująca na wszelkie wyróżnienia.

american fiction5

Dawno nie widziałem tak ciętej satyry na ludzką głupotę i polityczną poprawność jak „Amerykańska fikcja”. Debiutujący reżyser bardzo pewnie wyśmiewa promowanie dzieł, w których bardziej liczy się tematyka niż sposób opowiadania. Innymi słowy: zderzenie kultury wysokiej z niską, który można dopasować do każdej dziedziny sztuki.

8/10

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski