… gdziekolwiek jesteś, Panie Prezydencie…

Zmiany w narracji na temat II Rzeczpospolitej przez władze naszego kraju zmieniały się w zależności od ustroju. Za tzw. komuny II RP była określana jako siedlisko zła oraz totalnej degrengolady, z kolei po 1989 mówi się o okresie przedwojennym w niemal superlatywach. Tylko historycy wydają się zachowywać dystans, choć PRL-owska cenzura potrafiła założyć knebel. Czemu o tym mówię? To pozwala zrozumieć wiele polskich filmów historycznych z okresu PRL.

panie prezydencie1

„gdziekolwiek jesteś…” skupia się na postaci komisarza (a od 1939 roku prezydenta) miasta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Głównie pod koniec jego urzędowania podczas kampanii wrześniowej. Miasto znajdowało się pod ostrzałem niemal od samego początku, walka trwa do ostatków sił, zaś rząd wydaje rozkaz ewakuacji miasta oraz najważniejszych urzędów. Jednak Starzyński nie wykonuje rozkazu i pozostaje w mieście, niejako pełniąc rolę przywódcy.

panie prezydencie2

Fabuły jako takiej ta produkcja nie posiada i bardziej przypomina dokument, wręcz reportaż. Nakręcony na czarno-białej taśmie film miesza sceny fabularne z archiwaliami w taki sposób, że rozróżnienie bywa czasami wręcz niemożliwe. To tylko pokazuje niesamowite umiejętności Zygmunta Samosiuka, odpowiedzialnego za zdjęcia. Kadry pokazujące skalę zniszczeń, ofiary oraz coraz bardziej przebijające się oddziały niemieckie mówią wszystko. Z każdą minuta nasila się poczucie bezsilności wobec nieuniknionego. Kolejne scenki, narady, rozmowy, miejsca. Wszystko nagle się urywa i przechodzi dalej, przez co ciężko się w tym odnaleźć. Chaos na ekranie i chaos na zewnątrz, a finał jest łatwy do przewidzenia.

panie prezydencie3

A jednak reżyser bardzo przekonująco pokazuje całą mentalność tego brutalnego okresu, mimo wpleceniu elementów fikcyjnych. Klejem scalającym film jest Tadeusz Łomnicki w roli Starzyńskiego. Nie jest to kreacja pokazująca heroicznego, odważnego człowieka, lecz pełnego sprzeczności i bardzo wycofanego. Człowiek niejako zmuszony do wspierania mieszkańców oraz walki do ostatek sił, pozostający na stanowisku, a jednocześnie mężczyzna w żałobie, nie do końca zdecydowany, poruszający się dość ospale. Dziwaczna dychotonia, zarysowana bardzo delikatnie oraz w drobnych spojrzeniach i gestach, która fascynuje.

To nie jest łatwy film, bardziej eksperymentalne dzieło, zachwycające głównie technicznie. Poza tym trafnie przedstawia atmosferę coraz bardziej gasnącej nadziei, zaś rola Łomnickiego jest jak magnes.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojna światów – następne stulecie

Grudzień roku 2000. Od 12 dni na Ziemi przebywają Marsjanie, którzy chcą podzielić się swoją wiedzą oraz technologią, jednocześnie podziwiając naszą kulturę. Tak przynajmniej twierdzi telewizja, której twarzą jest prowadzący niezależne wiadomości Iron Idem. Problem w tym, że jednak jego niezależność to fikcja, bo tuż przed wejściem na antenę dostaje nowy tekst do przeczytania. To zdarzenie zaczyna uruchamiać kolejne jak choćby porwanie żony i wszczepienie numerka, symbolizującego przyjaźń z Marsjanami. I to doprowadza do buntu bohatera.

Na hasło polskie kino SF wielu powie o „Seksmisji” czy niedawnym „Człowieku z magicznym pudełkiem”. Jednak na przełomie lat 70. i 80. swoje dzieła SF realizował Piotr Szulkin, dla którego ten gatunek był tylko kamuflażem. Bo reżyser wykorzystuje ten gatunek do skomentowania politycznej rzeczywistości. Niby film inspirowany jest – na co wskazywałby tytuł – powieścią Herberta George’a Wellsa, jednak klimatem jest tu bliżej do antyutopii George’a Orwella oraz późniejszych filmów Terry’ego Gilliama. Wszystko obserwujemy oczami Irona Idema, będącego pozornie ważną personą świata rozrywki. Społeczeństwo jest praktycznie ogłupiałe, ślepo posłuszne i pozbawione czegoś, co można nazwać wolną wolą, telewizory są praktycznie obecne wszędzie, zaś sami Marsjanie to kurduple żądne miłości… i krwi. Wręcz do ostatnie kropli ludzkiego organizmu. Groteskowe oraz przerażające jednocześnie – taki jest świat Szulkina.

Reżyser nie skupia się na widowiskowości czy efektach specjalnych, tylko podporządkowuje całość wizji świata. Nadzieja zrobiła sobie tam wolne, ustępując miejsca manipulacji i kłamstwu. Te ostatnie pomagają wykreować rzeczywistość pokazaną w mediach. Tam można pokazać wydarzenia, które nie miały miejsca, zostały wcześniej wyreżyserowane (scena procesu Idema czy niby lamentujące kobiety) albo mają inny kontekst. Kwestia stosowania mediów jako propagandowej tuby spowodowało, że „Wojna światów” zyskała bardziej uniwersalny charakter. To, jak łatwo zniewolić człowieka oraz uzależnić od mediów pokazują zarówno ostre słowa Starego – jedynego buntownika, jak i scena snu, kiedy Idem wyżala się w konfesjonale, ale otwierając go widzi… telewizor. Już tutaj widać jak silne jest uzależnienie od tego małego ekraniku, gdzie wszystko, co jest powiedziane jest jedyną prawdą. I jeszcze ci wmawia, że możesz tam zadzwonić i powiedzieć, co myślisz. A system tutaj wygrywa z każdym, jakakolwiek próba buntu jest skazana na klęskę. Wszystko to podkreślają mocne, wręcz czasami brutalne dialogi, mocno stonowane, pełne błękitnych filtrów zdjęcia oraz wręcz agresywna muzyka elektroniczna. Jedyne, co mocno frapuje to zakończenie nie dające jednoznacznej odpowiedzi i wywołujące zamęt – to oznaka buntu czy uległości? Nie wiem.

No i jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane. Kompletnie zaskoczył mnie Roman Wilhelmi w roli Idema. Wydawałoby się, że z taką aparycją będzie to śliski typ, karierowicz i oportunista. Tak naprawdę to człowiek bierny, świadomy sterowania oraz tego, jaki wpływ ma na innych (mocna mowa w trakcie koncertu), ale w trakcie swojej podróży dojrzewa do buntu. Bardziej wewnętrznego niż powiedzmy fizycznej walki, jednak trzeba od czegoś zacząć. Śliskim karierowiczem jest tutaj szef w wykonaniu wybornego Mariusza Dmochowskiego, który wie więcej niż mówi i nie zamierza się zwierzać. Tutaj nawet drobne epizody są bardzo wyraziste: od adwokata (Jerzy Stuhr) przez pracownika wodociągów (Janusz Gajos) i prostytutkę (Krystyna Janda) aż po policjanta (Zbigniew Buczkowski).

Wydawałoby się, że ta wizja przyszłości proponowana przez Szulkina zostanie reliktem skostniałej przeszłości, a jej zakorzenienie w PRL-u będzie niezbyt strawnym przeżyciem. Jednak czas nadał „Wojnie światów” nowych znaczeń i sprawił, że jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Mocne doświadczenie oraz przykład, że nie trzeba wiele do realizacji ambitnego SF.

8/10

Radosław Ostrowski