Jowita

Kraków, miasto tak znane i znajome, że już bardziej się nie da. To tutaj żyje niejaki Marek Arens – bardzo młody i zdolny chłopak. Studiuje architekturę i jest bardzo dobrym biegaczem. Jest oczytany, ma wiele uroku, co sprawia, że kobiety do niego lgną niczym ćma do światła. Ale on sam nie potrafi się odnaleźć w tym całym świecie. Wszystko się jednak zmienia podczas balu przebierańców, gdzie pojawia się tajemnicza piękność w woalce. Przedstawia się jako Jowita i chce, żeby zaczekać po balu. Tylko, że ona nie pojawia się, a zamiast niej jest równie intrygująca Agnieszka.

jowita1

Dla wielu kinomanów Janusz Morgenstern zawsze pozostanie twórcą kojarzonym z produkcjami wojennymi, głównie robionymi dla telewizji („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”, „Polskie drogi”). Dlatego seanse jego filmów dziejących się w czasach współczesnych realizacji mogą wprawić w sporą konsternację. „Jowita” oparta jest na bardzo popularnej w tym czasie powieści Stanisława Dygata „Disneyland” i jest to opowieść skupiona na psychice młodego bohatera. Z jednej strony jest to człowiek odnoszący sukcesy, ale nie czuje się szczęśliwy, spełniony. Wydaje się bardzo apatyczny, wręcz dryfujący po życiu, sterowany przez innych: trenera Księżaka, poprzedniego trenera Szymaniaka (bokser), który popełnia samobójstwo, wreszcie przez kobiety. Całość płynie dość powoli skupiając się na kolejnych rozmowach (niektórzy mogą się czepić, że za bardzo literackie) – zazwyczaj prowadzonych między Arensem i Agnieszką – gdzie zaczynamy odkrywać kolejne maski, twarze oraz marzenia. Nie ma tutaj tej naiwności znanej z „Do widzenia, do jutra”, pojawia się więcej cynizmu (ale nie aż tyle, co w „Trzeba zabić tę miłość”), wyrachowania oraz coraz bardziej złożonych obrazów tego, co można nazwać miłością.

jowita2

Formalnie reżyser też zaskakuje, bo całość wydaje się dwiema dużymi retrospekcjami, zaś wszystko toczy się podczas koncertu symfonicznego. Na początku to może wywołać konsternację oraz poczuciem dezorientacji, jednak to odczucie mija bardzo szybko, zaś kilka formalnych pomysłów (scena balu okraszona dźwiękowo tylko za pomocą muzyki, gra oświetleniem w scenach nocnych, krótkie zbitki montażowe) nadal robi imponujące wrażenie. Tak samo jak przepiękna, liryczna muzyka Jerzego Matuszkiewicza (temat przewodni chwyta za serducho) oraz mocny finał.

jowita3

Ten film nadal zachwyca także tym, jak jest fantastycznie zagrany. Nadal wrażenie robi Daniel Olbrychski w roli Arensa – bardzo czarującego, inteligentnego, ale jednocześnie bardzo płytkiego emocjonalnie. Widać, że czegoś szuka, tylko czego? Idealnej kobiety, o ile ona w ogóle istnieje? Stabilizacji, sensu? Wszystkie te deklaracje mogą się wydawać pretensjonalne, choć kilka zdań (m.in. kłótnia z Księżakiem czy odwiezienie przez milicję) potrafi chwycić i poruszyć. Jeszcze bardziej pociągającą była Barbara Kwiatkowska jako Agnieszka – urocza, niegłupia z pięknymi oczami. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, co podnosi wartość filmu. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan ze Zbigniewem Cybulskim (trener Księżak) i Kaliną Jędrusik (Księżakowa) na czele.

Mimo prawie 50 lat na karku, „Jowita” ma w sobie nadal masę uroku, klimatu tamtych lat i trafnie opisuje zagubienie młodego człowieka, który może osiągnąć dużo. Tylko, czy będzie mu się chciało, czy będzie mógł się zmienić i stworzyć siebie od początku? Pierwszy krok chyba zrobił, a zakończenie nie daje odpowiedzi. Coraz bardziej mnie zaskakuje ten Morgenstern.

8/10

Radosław Ostrowski

Pieczone gołąbki

Gruba Kaśka – nie, nie chodzi o kobietę – jest stacją pomp wodociągowych w Warszawie. I właśnie tam pracuje poeta, Leopold Górski. Jest poetą, czyli jak każdy pisze wiersze, które śpiewa w fabryce, motywując swoich kolegów do pracy. Problem w tym, że jak w każdym miejscu pracy, nie każdemu pracować się chce. Dlatego sekretarz w wodociągach, daje poecie zadanie: ma trafić do najgorszej ekipy kierowanej przez majstra Wierzchowskiego. A w zamian za to ma dostać mieszkanie, na które od dawna zasługuje.

pieczone_goabki1

Tym filmem, to Chmielewski postanowił pójść dalej i zaszaleć (jak na rok 1966). Postanowił połączyć mocno archaiczną formę, czyli produkcyjniaka (czyli jak się żyje we fabryce czy innym zakładzie) z komedią śpiewaną (musicalem znaczy się), ale bez układów tanecznych. Już sam pomysł wtedy wydawał się karkołomny, a dziś (z powodu minionego ustroju) wydaje się mocno archaiczny. Kontrast wywołany miedzy naszym kulturalnym (wręcz do bólu) Poldkiem a brygadą wyglądającą jak ostatnie łachmyty, ma w sobie groteskowy posmak i wydaje się przez chwilę rozbrajająca. Ale już ta cała nowomowa użyta tutaj, pełna propagandowych haseł, doprowadza do bólu zębów największych twardzieli. To nie miało prawa wytrzymać (choć przeprosiny z powodu awarii są bardzo fajne) tylu lat, a kilka montażowych jazd (ucieczka Górskiego przed nowymi kolegami w przyspieszeniu) to troszkę za mało.

pieczone_gobki2

Chmielewski próbuje jeszcze dać troszkę luzu w piosenkach i to jest najmocniejszy atut. Zgrabnie, lekkie, dowcipne oraz przyjemne kompozycje kompozytorsko-tekstowego duetu Jerzy Matuszkiewicz/Wojciech Młynarski wpadają w ucho (a już finałowa „Gdy Kasię kochać da się” – perełeczka). W nich jest humor, który zestarzeć się nie chce. Także drobne przekomarzanki czy desperacka próba zdobycia mieszkania z wykorzystaniem dziecka ogląda się nieźle.

pieczone_gobki3

Także dzięki próbującej się (udanie) wejść w tą konwencję. Trudno nie odmówić uroku Krzysztofowi Litwinowi (Leopold), który jest tak poczciwy („dobry chłop”) i szczery, że słodziutki. Nawet, gdy próbuje wejść w otoczenie (te zdarte ciuchy!!!), jest wiarygodny. Podobnie nie można oderwać oczu od Magdaleny Zawadzkiej (Kasia), będącej tutaj jedynie tłem do stworzenia romansu (całkiem niezłego). Jednak i tak scenę kradnie trio Adam Mularczyk/Wacław Kowalski/Jerzy Karaszkiewicz (załoga majstra Wierzchowskiego) swoim łobuzerskim stylem życia i niezbyt silnym zaangażowaniem (na początku).

pieczone_gobki4

Innymi słowy „Pieczone gołąbki” to słabsza, ale ciągle przyjemna rozrywka. Chmielewski nie daje w pełni plamy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu niespełnienia. Obejrzeć nie zaszkodzi, jednak przyzwyczaiłem się do innego poziomu, jaki tworzył reżyser. Na szczęście dalej było tylko lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Wśród nocnej ciszy

Przedwojenne miasteczko nadmorskie. To tutaj dochodzi do coraz gwałtowniejszych ataków seryjnego mordercy dzieci. Przy ich ciałach zostawia zabawkę z namalowanym kotkiem. Są już dwie ofiary, a prowadzący śledztwo komisarz Teofil Herman może tylko czekać na błąd zabójcy. Co i tak nie poprawia jego napiętych relacji z synem, Wiktorem. Śledztwo zaczyna się wymykać, aż w końcu pojawia się podejrzany.

wrd_nocnej_ciszy1

W Polsce kryminał (i w ogóle kino gatunkowe) uważany jest za coś gorszego i niepoważnego. Ale to nie zrażało naszych filmowców do mierzenia się z kinem gatunkowym. Tak też w 1978 roku zrobił Tadeusz Chmielewski – uznawany za specjalistę od komedii, postanowił się zmierzyć z powieścią Ladislava Fuksa i zrealizował dziwaczną mieszankę kryminału z dramatem psychologicznym. Bo tak naprawdę liczą się dwa wątki, których spoiwem jest komisarz Teofil Herman. Samo śledztwo poprowadzone jest w klasyczny sposób: analiza dowodów i ciągłe rozmowy ze świadkami, czasami nie da się uniknąć szantażu (mocna rozmowa z żoną podejrzanego), a poszlaki są bardzo wątłe. Za to imponuje wręcz detaliczne wykorzystanie paru technik jak portret rysownika czy – największa niespodzianka – rozmowa z głuchoniemym wywiadowcą. Powoli zaczyna być budowany klimat grozy i niepokoju, a zimowa aura tylko potęguje atmosferę psychozy strachu (próba linczu na gazowniku). Nie ma tutaj popisywania się dynamiczną akcją, a fatalizm losu wydaje się być gwoździem do trumny dla naszego bohatera.

wrd_nocnej_ciszy2

Drugi wątek (kto wie, czy nie ważniejszy) to relacja ojca z synem – młodym, nadwrażliwym chłopcem, pragnącym wyrwać się z miasteczka. Wiktor dla ojca jest wspomnieniem po zmarłej żonie, a bardzo surowe wychowanie w pruskim stylu (dyscyplina, ślepe posłuszeństwo, oschłość i kary) coraz bardziej zaczyna ich od siebie oddalać. Chłopiec chce akceptacji i miłości ojca, ale jednocześnie czuje do niego nienawiść, doprowadzając do całkowitej zmiany dochodzenia. Więcej wam nie zdradzę, ale zakończenie wywraca wszystko do góry nogami.

wrd_nocnej_ciszy3

Reżyser mocno odtwarza realia przedwojennej Polski i nie mam na myśli tylko umundurowania policjantów. Imponuje przede wszystkim praca scenografów (nie da się zapomnieć mieszkania preparatora zwłok, które budzi prawdziwe przerażenie) oraz skupienie na drobnych detalach w postaci pudełek zabawek dla dzieci czy dawnych aparatów fotograficznych. Wszystko to oddano z pietyzmem, skupieniem na szczegół, budując bardzo wiarygodny świat. A jednocześnie twórcy unikają pokazywania makabrycznych szczegółów (samych morderstw nie widzimy).

wrd_nocnej_ciszy4

Do tego całość jest znakomicie zagrana. Wybija się przede wszystkim Tomasz Zaliwski w roli zdeterminowanego komisarza Hermana. Surowy i bezwzględny wobec wszystkich, ceni sobie przede wszystkim lojalność i posłuszeństwo, stawiając prawo na pierwszym miejscu. Syna zaś wychowuje w starym, pruskim modelu, przez co staje się oschłym, pozbawionym wrażliwości człowiekiem. Po drugiej stronie jest Piotr Łysak (Wiktor) – młody, nadwrażliwy chłopak, pragnący zostać marynarzem i pragnący akceptacji rodzica. Ten duet dynamizuje ten film, przez co nawet te spokojniejsze fragmenty mają podskórne napięcie. Trudno też nie docenić niezawodnego Henryka Bistę (śledczy Stefan Waniek), Bolesława Smelę (preparator zwłok Rastor) oraz Jerzego Bończaka (morderca Stopek), którzy wnoszą do filmu tajemnicę i autentyczność.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Chmielewski zrobi kiedyś świetny kryminał, wyśmiałbym go w twarz. Jednak „Wśród nocnej ciszy” nie tylko zaskakuje swoim precyzyjnym wykonaniem, ale także bardzo mroczną atmosferą i skupioną na detalach intrygą. Wielu może zniechęcić tempo, ale warto dać szansę temu zapomnianemu i niedocenionemu dziełu Chmielewskiego.

8/10

Radosław Ostrowski