Faraon

Czy jest coś bardziej apetycznego i problematycznego niż władza? To jak łatwo ją zdobyć, ale utrzymać jeszcze trudniej, bo nie wiadomo kto jest twoim sojusznikiem, kto zdrajcą i komu można wierzyć. Przed takimi problemami będzie musiał się zmierzyć następca tronu egipskiego, Ramzes – bohater powieści Bolesława Prusa oraz filmu Jerzego Kawalerowicza „Faraon”.

faraon1

Akcja osadzona jest w Egipcie bez jakiegoś określonego czasu. Bohaterem jest Ramzes, syn faraona Ramzesa XII i następca tronu, który bardziej wolałby spędzać czas na wojnie niż na tronie. Jednak jego ojciec coraz bardziej słabnie, a większe wpływy zaczynają mieć kapłani, szczególnie pełniący funkcję ministra wojny Herhor. Dochodzi do konfliktu oraz wewnętrznej wojny o władzę, wpływy i pieniądze. Czyli śpiewka stara jak świat, a początek spięcia jest podczas manewrów wojskowych i zamieszania z powodu… dwóch skarabeuszy, rozkopania kanału oraz śmierci kopacza. Tu sytuacja zaczyna się zaogniać, zwłaszcza z powodu niewielkiego skarbca władcy. By spłacić obiecane nagrody dla armii, zapożycza się u fenickiego kupca Dagona. I tu zaczynają się tworzyć nitka do uzyskania wpływów u władcy.

faraon4

Reżyser robi film pełen paradoksów, bo jest to produkcja z dużym budżetem, tysiącami statystów oraz imponującą scenografią. Ale z drugiej strony „Faraon” bywa kameralny, z niewielką ilością mówiących aktorów (jak w spektaklu teatralnym) oraz bardzo wieloma, świetnymi dialogami. A wszystko to skupia się wokół konfrontacji dwóch osobowości. Po jednej stronie mamy młodego Ramzesa XIII (debiutujący Jerzy Zelnik) – ambitny, opierający siłę w armii, niedoświadczony w politycznych grach chłopak. Zamiast działać w cieniu idzie na otwartą konfrontację i co gorsza, jest przekonany, że z racji swojego pochodzenia może narzucić swoją wolę każdemu. Skoro jest kimś, kogo w średniowiecznej Europie nazywano by pomazańcem Bożym, jego słowo jest ostateczne i ma Moc. Po drugiej strony totalne przeciwieństwo, czyli minister wojny, kapłan Herhor (fantastyczny Piotr Pawłowski) – bardzo opanowany, wyciszony, z kamienną twarzą i zawsze przewidujący.

faraon3

Wynik tej konfrontacji wydaje się chyba oczywisty, ale nie do końca o to tu chodzi. Reżysera bardziej interesują wszelkie sztuczki, manipulacje oraz intrygi otaczające niedoświadczonego młodzieńca. Jak bardzo jego własna ambicja i nienawiść oślepiają go, czyniąc z niego marny materiał na władcę. Niemal tutaj każdy nim manipuluje lub próbuje to czynić: od kapłanów przez kobiety po kupców fenickich. Sytuacja jak w ruletce i jak się w tym odnaleźć? Odpowiedź wydaje się prosta, ale nie zdradzę jej. Trudno się przyczepić realizacyjnie do tego monumentu: od armii statystów w scenach batalistycznych (nawet jeśli są krótkie) przez monochromatyczne zdjęcia Jerzego Wójcika z wieloma ujęciami z oczu (do dziś wyglądają imponująco) po scenografię i kostiumy. Nie oszczędzano na tym filmie i to widać. Może z dzisiejszej perspektywy aktorstwo wydaje się teatralne, ale to bardzo pasuje do tego filmu.

faraon2

Kawalerowicz jednak bardzo pewnie prowadzi narrację, mimo wielu postaci i wątków, z zaskakującą precyzją. A to jest sztuka jaką posiadają jedynie wielcy filmowcy, który jeszcze reżyser pokazał w „Śmierci prezydenta”. Ciągle imponujące dzieło w historii polskiego kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Andrzeja Wajdę przedstawiać nie trzeba, tak samo jak jego filmów. Zrobionych na wielki temat, z rozmachem oraz aktorami, którzy błyszczeli. Ale w 1968 roku reżyser zrobił coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Po pierwsze, nakręcił krótki film dla telewizji. Po drugie, była to adaptacja opowiadania Stanisława Lema. Po trzecie, była to komedia w oparach groteski, co było dość ryzykowne i nietypowe dla reżysera „Popiołów”.

Sama historia wydaje się prosta, dzieje się w roku 2000 i skupiona na Ryszardzie Foxie. Mężczyzna jest kierowcą rajdowym, jeżdżącym ze swoim bratem jako pilotem. Niestety, podczas ostatniego wyścigu zginął brat, a część jego organów przeszła na Ryszarda. I z tego powodu firma ubezpieczeniowa nie chce wypłacić całego odszkodowania, tylko jego część. Sprawę dostaje adwokat i trafia na wiele problemów., bo nasz rajdowiec przechodzi kolejne wypadki. Przez to dostaje narządy innych ludzi i jest go coraz mniej.

Całość jest bardzo krótka i ograniczona do kilku miejsc (szpital, biuro adwokata, siedziba firmy ubezpieczeniowej oraz gabinet psychoanalityka), zaś skromny budżet nie pozwalał na szaleństwo czy fajerwerki. Wszystko skupia się na dialogach, gdzie prawnik zostaje zderzony z absurdalną sytuacją przekraczającą granice logiki oraz zdrowego rozsądku. Wszystko przez przeszczepy, które komplikują sprawy prawne, a nawet tożsamościowe. Bo Fox z kolejnymi operacjami coraz mniej jest obecny, a ciało niejako „przejmuje” zachowania i pamięć osób, których organy zostały wszczepione. Innymi słowy, ciało może i jest Foxa, ale wnętrze to mieszanka narządów innych osób (i nie tylko osób) robiona w zasadzie z tego, co jest pod ręką. To doprowadza do wielu absurdalnych sytuacji jak choćby pojawienie się duchownego z głosem… kobiety czy opowieści o wypadku autobusowym gdzie przed operacją było 18 osób, a po operacji… 19.  Na pierwszy rzut oka brzmi to śmiesznie, ale jednocześnie Wajda (razem z Lemem) stawia pytanie: co w takim razie określa naszą tożsamość? I czy ze zmianą wnętrza nadal pozostajemy sobą? Czy stajemy się tytułowym przekładańcem, hybrydą sklejoną z różnych części, gdzie nas jest już coraz mniej i mniej? I to pytanie sprawia, że „Przekładaniec” może frapować.

Choć budżet był niewielki, reżyserowi udało się zebrać na tyle pewną ekipę, że wyciągnięto z tego więcej. Wrażenie robi scenografia (szczególnie sterylny szpital czy przeładowany przedmiotami gabinet psychoanalityka), jazzowa muzyka Andrzeja Markowskiego oraz lekko futurystyczne kostiumy. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Bogumił Kobiela w roli Foxa, który z każda wizytą jest kimś innym, choć ciało pozostaje takie samo. i ta metamorfoza robi nadal piorunujące wrażenie, serwując wiele zabawnych sytuacji. Równie wyrazistą kreację tworzy Ryszard Filipski jako coraz bardziej zagubiony w całej sytuacji adwokat oraz kilka drobnych epizodów, z których najbardziej zaskakujący należy do Jerzego Zelnika wcielającego się w doktora Burtona.

Im bardziej myślę o „Przekładańcu”, tym bardziej jestem zaskoczony filmem Wajdy. Krótki czas działa tutaj na korzyść, tak jak polany groteską humor oraz sprawna realizacja. Zapomniana perła polskiego kina SF.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatni prom

Grudzień 1981 roku dla naszego kraju był momentem zaiste przełomowym. Wprowadzenie stanu wojennego wywróciło życie wielu osób do góry nogami. O tym też powstało wiele filmów, ale dopiero pod koniec lat 80. Z tego grona chyba najbardziej znany jest „Ostatni prom”.

Drugi film w dorobku Waldemara Krzystka nie skupia się na ludziach przebywających w kraju podczas tego zamieszania, lecz na statku płynącym do Hamburga. Pasażerowie chcą dotrzeć tam, by zacząć po prostu nowe życie, zostawić kraj pozbawiony perspektyw i duszący wolność. Poczucie bezsilności, opresyjności, brak jakichkolwiek towarów w sklepie – jak tu żyć? Jednym z pasażerów statku jest Marek Ziarno, nauczyciel języka polskiego. Jednak nie wyjeżdża z kraju z powodów ekonomicznych, lecz ma zadanie: działa w opozycji i musi przekazać pewną ważną przesyłkę. Ale nie tylko on płynie, bo wśród pasażerów jest staruszka z nielegalnie obecnym psem, stare małżeństwo, była żona Marka, była uczennica, młodzi małżonkowie spodziewający się dziecka (mąż działa w Solidarności), mężczyzna z żoną i dzieckiem porzucający swoją kochankę itd. Dopiero w trakcie rejsu kapitan dostaje informację radiową o wprowadzeniu stanu wojennego i rozkazie powrotu do kraju. Wieść nie może przejść do pasażerów, co może skończyć się paniką oraz ucieczką.

ostatni prom3

Dla Krzystka ta historia mogąca iść w stronę thrillera jest tak naprawdę pretekstem do pokazania zwykłych ludzi w ekstremalnej sytuacji. Podróż promem miała być szansą na początek nowego życia w lepszym świecie. Lepszym, czyli niekomunistycznym. Ale wszystko wisi w powietrzu i nie wiadomo jak uda się ta cała maskarada. To dodaje iskier, choć sama historia toczy się bardzo spokojnie, ze świetnymi dialogami w tle oraz powoli odkrywając losy kolejnych pasażerów. Co zaskakujące nawet drobne epizody (m.in. pijaka) są bardzo wyraziste, a to wcale nie jest takie proste. No i trudno wymazać z pamięci ostatnie sceny, dodające coś więcej do tego dramatu z zabarwieniem politycznym.

ostatni prom1

Wszystko to jeszcze z fantastyczną obsadą, gdzie każdy ma swoją szansę na wykazanie się. Są tutaj już bardzo znane twarze (Leon Niemczyk jako kapitan, mocny epizod Jana Tesarza czy Mirosław Konarowski w roli oficera rozrywkowego), osoby dopiero mające się przebić (Dorota Segda, Artur Barciś, Andrzej Mastalerz), a nad wszystkim przewodzi Krzysztof Kolberger (nauczyciel Ziarno) oraz kradnąca każdą scenę Agnieszka Kowalska (była żona Marka). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, co pokazuje zarówno umiejętności aktorów, jak i potrafiącego ich prowadzić reżysera.

ostatni prom2

Sam film pozostaje kroniką pokazującą reakcje ludzi pragnących wyrwać się z kraju na stan wojenny. Krzystek nie boi się pokazać poczucia paranoi oraz tego, co ludzie mogliby zrobić dla szeroko pojętej wolności. Zaskakująco trafne i z kilkoma zapadającymi w pamięć, cholernie aktualnymi dialogami.

8/10

Radosław Ostrowski

Medium

Wiele osób na hasło polski film grozy reaguje śmiechem, ale w 1985 roku pewien młody reżyser zdecydował się zaryzykować. Połączył kryminalną intrygę z wątkiem okultystycznym, osadził akcję w przedwojennym Sopocie i powstało bardzo niepokojące „Medium”. I jak broni się cała ta mieszanka? Ku mojemu zdumieniu więcej niż dobrze.

Jesteśmy w Sopocie października 1933, tuż po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera, a historia skupia się na grupce postaci. Jest rodzeństwo Wagner, zajmujące się sprawami nadnaturalnymi (on stawia horoskopy, ona jest medium), stary komisarz policji Selin oraz jego asystent aspirant Krank, co sympatyzuje z nazistami, przybyły z Warszawy Andrzej, nauczycielka Luiza, a także pewien garbaty urzędnik Netz. Ich losy zostają połączone przez jedno wydarzenie: Greta Wagner nawiązuje kontakt z potężnym medium, które steruje losem trzech postaci – komisarza, Andrzeja i Luizy. Ten pierwszy budzi się w koszu na plaży, drugi przyjeżdża pociągiem do miasta i dopiero na dworcu odzyskuje świadomość, z kolei kobieta zabiera suknię z muzeum. Ten ostatni incydent prowadzi policjantów do bardzo poważnej sprawy. Tutaj przeciwnik wydaje się nie do pokonania, zaś zbrodnia z przeszłości ma się powtórzyć.

Jacek Koprowicz – jak wspomniałem wcześniej – miesza tutaj nastrój grozy z kryminalną intrygą, bardzo powoli odkrywając kolejne elementy układanki. Ale od samego początku czułem, że coś wisi w powietrzu. I potrzeba tu zbyt wiele – gwałtowna burza nad morzem, duże okna w dużym domostwie czy moment zaćmienia księżyca (wtedy nałożony jest taki błękitny filtr). Groza tutaj nie wynika z obecności osób nadnaturalnych, lecz działania potężnej mocy, czyniącej z człowieka istotą pozbawioną wolnej woli. Kim jest tytułowe medium, do czego mu są potrzebni sterowani ludzie – to tajemnica nakręca film Koprowicza, a łączenie kolejnych elementów układanki trzyma w napięciu. Najbardziej przerażający jest fakt, że los bohaterów jest z góry przesądzony. Do tego jeszcze obecność nazistów – równie zaślepionych i pozbawionych woli jak nasi bohaterowie – nadaje jeszcze bardziej złowrogiego tonu. Ale ostatnie pół godziny podkręca grozę, pokazując bardzo brutalną i bezwzględną siłę tytułowego medium – niby są to proste, ale efektywne środki. Zaś finał wali w łeb obuchem, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Całość jest fantastycznie zagrana i trudno się do kogokolwiek przyczepić (a w ekipie są m.in. Władysław Kowalski, Michał Bajor, Jerzy Stuhr czy Ewa Dałkowska), zaś reżyser dokonuje rzeczy wydawało się niemożliwej. Kręci bardzo udany film w gatunku pozornie obcym naszej kinematografii, mogąc konkurować z horrorami spoza naszego kraju bez kompleksu, bez wstydu czy żenady. To bardzo rzadka sztuka jest.

7,5/10

Radosław Ostrowski