Gray Man

Przekonania, że do zrobienia dobrego filmu potrzeba bardzo dużo pieniądzorów, wydaje się bardzo złudne. Chyba, że jako dobry film zrozumiemy produkcję bardzo bezpieczną, pełną znajomych schematów oraz większej skali, godnej superprodukcji. Do tego parę znajomych (czytaj: bardzo drogich) twarzy, kupa efektów specjalnych, popisów pirotechniczno-kaskaderskich i wystarczy. Tak chyba pomyślał Netflix, dając braciom Russo ponad 200 baniek na ich nowy film. Bo czy można nie zaufać reżyserom jednego z najbardziej kasowych filmów wszech czasów?

szary czlowiek1

„Gray Man” (albo jak ja to tłumaczę: „Szary człowiek”) opowiada historię niejakiego Szóstki (Ryan Gosling) – kiedyś skazańca, a obecnie cyngla pracującego dla CIA. Mając do wyboru odsiadkę lub współpracę z tajnymi służbami też bym wybrał pracę killera. I tak działa przez 18 lat, kasując ludzi bez zadawania pytań. Teraz jednak dostaje zadanie pozbycia się delikwenta w Bangkoku, jednak nie decyduje się na strzał. Niemniej udaje się pozbyć celu, przy okazji odkrywa dwie istotne rzeczy. Po pierwsze, cel to… inny członek tajnego oddziału Sierra, do którego należy nasz bohater. Po drugie, Czwórka (bo tak się on zwie) wręcz mu wisiorek, gdzie znajduje się pendrive. Co sprawia, że obecnie Szóstka jest na celowniku swoich przełożonych. Jakie dane zawiera ten dysk? Kto za tym stoi? I czy nasz heros poradzi sobie?

szary czlowiek2

Odpowiedzi na ten pytanie wydają się w zasadzie zbędne, bo nowe dziecko braci Russo jest kalką wszelkich Bondów, Bourne’ów i innych tajnych agentów, których nazwisk oraz pseudonimów nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiadomo, czego należy się spodziewać: wielu lokacji, strzelanin, wybuchów, popisów kaskaderskich oraz… bardzo prostą i tylko pozornie zaskakującą układankę. Wszystko idzie jak po sznurku, przez co sama akcja (choć technicznie wykonana bez zarzutu – zwłaszcza zadyma w Pradze) sprawia wrażenie przeładowanej, przesadnie efekciarskiej (te szybkie loty kamery) oraz zaczyna męczyć. Brakuje jakiegokolwiek emocjonalnego zaangażowania, w czym na pewno nie pomagają skoki po lokacjach, rwane retrospekcje oraz zbytnie skupienie na akcji. Postacie w zasadzie są płaskie, z mało ciekawymi dialogami (może nie na poziomie „Avatara”, lecz blisko), ze śladowymi ilościami humoru.

szary czlowiek3

Aktorzy próbują coś tam ugrać, ale wszystko się skupia na trzech osobach: Ryanie Goslingu, Chrisie Evansie oraz Anie de Armas. Pierwszy jako małomówny Szóstka wypada solidnie, zwłaszcza w scenach wymagających sporego wysiłku fizycznego, drugi jako psychopatyczny tropiciel Hansen ma najwięcej frajdy i bawi się rolą, z kolei ona jako jedyna wydaje się najmniej wyrazista. Drugi plan zazwyczaj się marnuje (szczególnie Billy Bob Thornton i Rege-Jean Paul), choć drobne epizody Alfie Woodard, Dinesha oraz Wagnera Moury wnoszą troszkę życia, lekkości i spuszczają balonik powagi.

„Szary człowiek” jest taki jak kolor go opisujący – nie wyróżnia się mocno z tłumu innych herosów kina akcji pokroju Bonda, Bourne’a czy Ethana Hunta. Efekciarskie, szybkie (za szybkie), może nawet zbyt proste i – nie wiem, czy to dobrze – jest szansa na kontynuację.

6/10

Radosław Ostrowski

Na lodzie

Są tacy reżyserzy, że stworzą jeden tak wyrazisty film, iż swoimi następnymi produkcjami nie są w stanie tego sukcesu wymazać. Taki jest przypadek Sofii Coppoli oraz „Między słowami”, czyli jej drugim filmem w karierze. Po sukcesie tej kameralnej opowieści żaden film nie spotkał się z takim uznaniem zarówno krytyki, jak i widowni. Czy zrealizowana dla Apple Tv+ produkcja „Na lodzie” zmienia ten stan rzeczy?

na lodzie1

W zasadzie punkt wyjścia dzieła studia A24 przypomina skromną historię obyczajową jakich było setki czy tysiące. Bohaterką jest Laura – kobieta z dwójką dzieci oraz czarnoskórym mężem, co prowadzi firmę start-upową. Kobieta kiedyś napisała powieść, jednak praca nad nowym dziełem idzie dość opornie. Do tego jeszcze mąż niemal ciągle w pracy, więc zajmowanie się dziećmi i domem, spadło na nią. Jeden drobny incydent zmuszą ją do zastanowienia się nad wiernością swojego męża. Wątpliwości jeszcze podsyca ojciec kobiety, który żyje samotnie we Francji i zaczyna szukać dowodów niewierności.

na lodzie2

Jak możecie się domyślić, „Na lodzie” to komediodramat pokazujący całą tą historię z perspektywy kobiety. Szkielet jest dość wątły, zaś wiele wątków pobocznych to w zasadzie albo pełnią rolę repetycji momenty (rozmowy ze znajomą podczas zaprowadzania dzieci do szkoły), albo są sytuacji jednorazowymi jak wizyta u matki Laury. W jednym i drugim przypadku są to zapychacze, które na siłę wydłużają czas seansu. Niby mają one naświetlić życie codzienne Laury (bardzo solidna Rashida Jones), jednak z czasem zaczynają zwyczajnie nużyć. Energia pojawia się dopiero z pojawieniem się ojca (Bill Murray, którego przedstawiać nie trzeba), który reprezentuje wszystko, co najgorsze mógł zrobić mężczyzna – hedonista, podrywacz, niestały uczuciowo.

na lodzie3

To właśnie dynamika między rozsądną, opanowaną Laurą a bardziej podejrzliwym ojcem są najmocniejszym punktem całego filmu. Zarówno pod względem komediowym, jak i emocjonalnym. Te wszystkie podchody, obserwacja, wreszcie rozwiązanie w postaci lotu do Meksyku. Oj się dzieje dużo i wtedy iskrzy. Szkoda, że cała reszta nie porywa, a same obserwacje na temat relacji damsko-męskich nie zaskakują niczym nowym.

Sofia Coppola chyba już do końca pozostanie reżyserem tzw. one-hit wonder. I film dla Apple Tv+ nie jest w stanie zmienić tego trendu, więc albo pozostaje zrobić sobie przerwę, albo już sobie odpuścić reżyserię i skupić się na czymś innym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski