Wartość sentymentalna

Raczej nie jest ogromnym zaskoczeniem, że kino skandynawskie znowu jest dostrzegana i doceniane w różnych częściach świata. Od duńskiego wariata Andersa Thomasa Jensena i nieobliczalnego Thomasa Vinterberga przez Szwedów pokroju Johana Rencka czy Rubena Ostlunda aż po Norwegów w rodzaju Mortena Tylduma, Hansa Pettera Molanda oraz Joachima Triera. Część z nich pracowała przy produkcjach anglojęzycznych (z różnych skutkiem), a część została w kraju. Teraz ze swoim nowym dziełem pojawił się Trier (nie mylić z Larsem von Trierem), który znowu wywołał spory ferment oraz ma szansę na zdobycie kilku uznanych przez środowisko nagród. Ale czy szum wokół „Wartości sentymentalnej” jest tego wart?

Historia skupia się na rodzinie artystycznej, naznaczonej przez pokoleniową traumę. Jednak najważniejsza jest tutaj Nora (Renate Reinsve) – aktorka, głównie występująca w teatrze, samotniczka. Jej siostra Agnes (Inga Ibsdotter Lilleas) nie poszła w jej ślady, ukończyła historię, ma męża oraz 8-letniego syna, Eryka. Wydaje się być bardziej spełniona, ale może to tylko pozory. Jest jeszcze ich ojciec, Gustav (Stellan Skarsgard) – kiedyś znany i ceniony reżyser filmowy, ale w rodzinnym domu nieobecny po rozwodzie z żoną. A teraz po ponad 20 latach pojawia się na stypie po śmierci kobiety, co mocno zaskakuje siostry. Szczególnie Norę, zwłaszcza iż następnego dnia proponuje jej główną rolę w swoim nowym filmie. Ale ona nie jest tym zainteresowana. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy reżyser poznaje podczas retrospekcji swoich dzieł aktorkę Racehl Kemp (Elle Fanning) i to ją postanawia zatrudnić do nowej produkcji.

Sama opowieść toczy się niejako dwutorowo (albo i nawet trój-). Cały czas przebijają się retrospekcje dotyczące rodziny Borgów od pradziadka aż do dorastających sióstr, którym towarzyszy narracja z offu. Z drugiej mamy Norę, ale jej pierwsze pojawienie się (podczas spektaklu dostaje tremy i wchodzi po kilku minutach opóźnienia – z każdą sekundą zmienia się w coraz większy kłębek nerwów) przykuwa uwagę. Widzimy jej samotność, stany depresyjne oraz emocjonalne wycofanie. Z trzeciej strony jest Gustav, próbujący a) naprawić swoje relacje z córkami, b) stworzyć pierwszy od kilkunastu lat film. I te trzy wątki przeplatają się ze sobą, tworząc bardzo skomplikowaną mozaikę rodzinną. Dla wielu może działać to dezorientująco, bo do niektórych rzeczy wraca się po dłuższym czasie, jednak niespieszne tempo pomaga wejść w ten film.

Trier tworzy ten złożony portret z zadziwiająco dużą dawką subtelności, gdzie wiele jest tu ukryte między słowami, schowane w twarzach oraz gestach. Dla wiele będzie „Wartość sentymentalną” budzić skojarzenia z dramatami psychologicznymi Bergmana (ja nie widziałem żadnego z jego filmów, więc się nie odniosę do tego), jednak tutaj także unosi się duch… Woody’ego Allena. Neorotyczny główny bohater, środowisko artystyczne oraz siła sztuki filmowej, która potrafi jednocześnie być siłą oczyszczającą i destrukcyjną – to są wspólne elementy. Jeszcze mamy proces tworzenia filmu we współpracy z Netflixem, gdzie dochodzi do mniej chcianych kompromisów (dystrybucja, kwestia języka), rodzinne traumy i tajemnice, piętnujące kolejnych członków rodziny. Wszystko ze świetnymi dialogami, okraszonymi odrobiną humoru (prezent jaki Gustav daje 10-letniemu wnukowi na urodziny – perełka!!!), ale też porusza w sposób najmniej oczywisty sposób, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Wizualnie wygląda bardzo naturalnie, z zaskakująco sporymi zbliżeniami na twarze, ale też kapitalnie zmontowany (prolog, pokazujący historię domu oraz wszystkie retrospekcje). Jedynie te przejścia z nagłym pojawieniem się czarnego ekranu mnie wybijały, ale to jedyna poważna skaza.

A wszystko fantastyczne zagrane przez aktorski kwartet. Kolejny raz elektryzuje Renate Reinsve w roli mocno zagubionej Nory, dla której granie i występowanie na scenie jest w zasadzie formą ucieczki od siebie samej. Bardzo samotnej, unikającej głębszej więzi, w zasadzie bardzo zdystansowana. Nawet jak jest wśród innych, sprawia wrażenie nieobecnej, mocno naznaczonej trudnymi relacjami z ojcem. A skoro przy nim jesteśmy, nie mogę nachwalić się Stellana Skarsgarda. Nie wiem jak on to robi, ale nawet nic nie mówiąc samą twarzą wyraża masę emocji. Jego Gustav to człowiek porozumiewający się językiem kina, co jest jedną z przyczyń takich relacji z córkami (jest jeszcze picie alkoholu). Jest cholernie inteligentnym scenarzystą, a także jako reżyser jest bardzo cierpliwy, nie nakręcany przez ego. Nie jest świętym, ale budzi sympatię. Troszkę w cieniu znajduje się Inga Ibsdotter Lilleas, która wydaje się być najbardziej poukładana, ustabilizowana i wyszła bez blizn. Najbardziej błyszczy ona we wspólnych scenach z Reinsve, gdzie ona robi za starszą siostrę (szczególnie pod koniec, który mnie poruszył). A do tego skandynawskiego miksu zostaje wrzucona Elle Fanning w roli amerykańskiej aktorki Rachel, która jest fanką kina Borga i zostaje obsadzona w głównej roli. Może wydawać się „obcym” elementem, jednak nie odstępuje od innych na krok.

Będę musiał się wgłębić w norweską kinematografię, bo jest coraz ciekawsza niż się mogłem spodziewać. „Wartość sentymentalna” jest bardzo subtelna w formie opowieści, ma bardzo melancholijny i słodko-gorzki klimat, a także świetnie napisany przez duet Joachim Trier/Eskil Vogt. Nie ma tu zbędnych scen, wymaga cierpliwości i uwagi. Choć początkowo może wydawać się jak kolejny dramat rodzinny, to po seansie zaczyna coraz bardziej rosnąć i rosnąć. Niepozorne, ale bardzo poruszające dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Najgorszy człowiek na świecie

Norweski reżyser Joachim Trier nie jest spokrewniony z duńskim twórcą, Larsem von Trierem. Norweg przygląda się młodym ludziom i próbuje zrozumieć ich świat. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu „Najgorszy człowiek na świecie”, który skupia się na kobiecie wchodzącej w dorosłość.

Imię jej Julia i już sam początek (prolog) pokazuje, że jest osobą ciągle szukającą swojego miejsca na ziemi. Chce być lekarką, psychologiem, fotografem, a może nawet pisarką. Wszystko to jest skomentowane przez narratora w lekko ironiczny sposób. Jakby nie do końca była pewna czego tak naprawdę chce, mając tyle możliwości. Wtedy poznaje starszego od siebie Aksela – rysownika kontrowersyjnego komiksu „Ryś”. I coś zaczyna między nimi iskrzyć, choć dzieli ich wiele. Wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu, ale pojawia się ten trzeci: Elvard, zwykły barista. Oboje poznają się, gdy Julia wślizguje się na czyjeś wesele. Więc decyduje się zostawić Aksela dla Elvarda, chociaż czy aby to jest dobra decyzja?

„Najgorszy człowiek…” podzielony jest na 12 rozdziałów, prolog oraz epilog. A jak już wspominałem, skupia się na Julii (fantastyczna Renate Reinsve), która tak naprawdę sama nie wie, czego chce. I płynie w tym świecie, gdzie nie ma żadnych ograniczeń. Problem w tym, że te ograniczenia wywołuje dezorientacje, co nie pomaga w znalezieniu drogi. Wszystko to doprowadza do ciągłego zastanawiania się, gdybania, spekulowania i szukania ideału. Idealnej pracy, partnera, życia. Tylko co to właściwie oznacza? Niby dawniej było inaczej (scena, gdzie narrator wspomina czego dokonały w wieku 30 lat przodkinie Julii), ale czy teraz jest łatwiej? Niby wydaje się, że tak, ALE… no właśnie, wydaje się.

Reżyser jednak nie bawi się w osądzanie czy moralizowanie, lecz obserwuje całą sytuację. W czym pomaga struktura, przeskakując z poważnych tonów (spotkanie Julii ze znajomymi Aksela) przez bardziej romantyczne (bieg przez zatrzymane miasto – dosłownie jak na stopklatce) po surrealistyczne jazdy (kapitalna scena po zażyciu grzybków) oraz dramatyczne uderzenia pod sam koniec. Wiele jest tutaj zderzeń obecnego z dawnym, co najdobitniej pokazują sceny z Akselem (świetny Anders Danielsen Lie) – mężczyzną poukładanym, dojrzałym inteligentem, pamiętającym czasy kupowania książek, płyt itp. Jednak zostaje on skonfrontowany z poważną sytuacją, co chwyta pod sam koniec. Po drugiej stronie jest absolutny kontrast, czyli Elvard (mocny Herbert Nordrum) – równie zagubiony i niedojrzały, co Julia. W pewnych miejscach nadający na tych samych falach, ale już żyjący z kimś innym (jego żona odkrywa, że ma w swojej krwi odrobinę indiańskich korzeni i ma fiksację na punkcie ochrony środowiska).

I to właśnie te relacje oraz inne poznane osoby zaczynają naszą bohaterkę kształtować, budować. Niby są to sytuacje proste, banalne, ale jednocześnie jest w tym coś, co pozwala wymazać filmu z pamięci. Ale nie dajcie się zwieść reklamom, że to niby komedia romantyczna. „Najgorszy człowiek na świecie” jest komediodramatem tak specyficznym jak tylko może być skandynawska produkcja. Jest bardziej refleksyjna, ale potrafi być lekka. Zabawna, lecz dramatyczna i poważna. Żadne z tych sprzeczności nie wywołuje poczucia zgrzytu. Aż mam ochotę głębiej wejść w dorobek norweskiego Triera.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Thelma

Tytułowa Thelma to młoda studentka, którą wychowują rodzice bardzo głęboko wierzący, ale też kontrolujący jej ruch. Nawet w Internecie, a próba zaadaptowania się do nowego otoczenia idzie dość opornie. Podczas wizyty w bibliotece, Thelma dostaje ataku i w tym samym czasie ptaki zderzają się z oknem, a lekarze początkowo nie wiedzą, co jest grane. Jakby tego było mało, pojawia się w życiu dziewczyny Anja.

thelma1

Kino skandynawskie w naszym kraju cieszy się dość dużą estymą i szacunkiem. Jednym z bardziej wyrazistych twórców jest norweski reżyser Joachim Trier, który nie jest w żaden sposób spokrewniony z Larsem von Trierem. „Thelma” to kino dość dziwaczne, co już czuć na samym początku. Pierwsza scena to ojciec z córką idący na polowanie. Tylko, że zamiast na jelenia, ojciec celuje w dziewczynkę. Już tutaj zaczynają się rodzić pytania, a retrospekcje rzucają inne światło na kolejne sceny. Reżyser ciągle podpuszcza i mąci, mieszając kilka różnych tropów. Bo jest tu zarówno inicjacja, odkrywanie i tłumienie swojego ja (relacja Thelmy z Anją), klincz z religią oraz nadprzyrodzone elementy. Na pierwszy rzut oka jest dość dużo wątków oraz scen wręcz na ostrych dragach (wszystkie oniryczne momenty z atakami niby-padaczki czy stroboskopowym światłem), wywołując kompletną dezorientację, z bardzo pulsującą muzyką w tle.  Masa tajemnic, tropów, symboli, surrealizmu – innymi słowy, skandynawska wersja „Carrie”, która pozornie spokojna, potrafi zaintrygować, wciągnąć czy sprawić mętlik w głowie.

thelma2

Wszystko sfotografowano bardzo tradycyjnie, bez udziwnień, chociaż w bardziej niepokojących scenach dominuje mrok. Poczucie grozy i niepokoju budowane jest zarówno onirycznymi scenami, gdzie sami domyślić się, o co tu chodzi, jak też powoli odkrywaną tajemnicą. Niestety, ostatnie 25 minut w wykonaniu Triera to popisowe wykorzystywanie ulubionego narzędzia każdego reżysera – łopaty. Wyjaśnienie z jednej strony wywołuje mindfucka, ale z drugiej można się go było spodziewać i lekko rozczarowuje.

thelma3

Za to pozytywnie prezentuje się aktorstwo, które jest cholernie dobre. Najbardziej to widać w tytułowej bohaterce o aparycji Eili Harboe, gdzie miesza się zagubienie, poczucie inności ze zderzeniem między wychowaniem a otaczającym światem. Wszystko to zostało pokazane oszczędnie, niepokojąco, magnetyzując. Tak samo Anja, czyli śliczna Kaya Wilkins, przyciągając urodą i tworząc dość nieoczywisty duet z Harboe. Po drugiej stronie mamy próbującego kontrolować córkę ojca-lekarza (tajemniczy Henrik Rafaelsen), pozornie zachowującego spokój. Jednak pod tą twarzą kryje się silny lęk przed następnymi wydarzeniami.

„Thelma” mogłaby zostać nakręcona przez Davida Cronenberga, gdyby zrezygnował z makabrycznych scen przemocy i deformacji ludzkiego ciała. Intryguje, ma bardzo niepokojącą aurę oraz tajemnicę, pokazując troszkę inną stronę dojrzewania. Takiej twarzy kina skandynawskiego nie znałem.

7/10

Radosław Ostrowski