Teoria wszystkiego

Profesor Stephen Hawking – jeden z najbardziej znanych umysłów XX wieku, o którym niemal każdy słyszał. Dlatego wydawał się tak interesującym materiałem na film. Wiedzieli już o tym twórcy telewizyjnej biografii zrobionej w 2004 roku. Teraz własną wersję postanowił opowiedzieć James Marsh.

teoria_wszystkiego1

Anglik jest świetnym reżyserem pod warunkiem, że kręci filmy dokumentalne. Tym razem reżyser postanowił zmienić perspektywę i opowiedzieć o tym uznanym naukowcu z perspektywy jego pierwszej żony Jane. Pomysł wydawałoby się nieszablonowy i nietypowy (podobnie było z nakręconym dwa lata temu „Hitchcockiem”), jednak tutaj historia obyczajowa rozpisana na przestrzeni ponad 30 lat (od czasów studiów po wydanie „Krótkiej historii czasu” aż do rozstania) działa bardzo nużąco. Przyczyny są dwie – po pierwsze, jest to bardzo ugrzeczniony obraz, gdzie brakuje tutaj miejsca na silniejsze emocje, po drugie relacja ta jest potraktowana po łebkach, na szybko i bez jakichkolwiek emocji. I nie pomaga w tym świetna praca kamery (teledyskowa niemal forma w ujęciach pokazujących zmiany w składzie rodziny Hawkinga czy niektóre ujęcia w niebieskiej kolorystyce). W dodatku o samych naukowych dokonania profesora nie ma zbyt wiele miejsca, a to byłoby na pewno interesujące, by dowiedzieć się dlaczego jest to tak ważna postać dla nauki. Te proporcje zostały zaburzone i to z niekorzyścią dla obrazu, który zostaje niczym innym niż tylko wyciskaczem łez (przynajmniej w teorii).

teoria_wszystkiego2

Jeśli coś broni ten film przed porażka to wyłącznie jest to kreacja Eddie’ego Redmayne’a w roli profesora Hawkinga. I tu nie chodzi tylko o fizyczny wygląd, ale też to, jak na niego działa ALS (zanikanie boczne mięśni), całkowicie niemal paraliżując jego ciało. Ta fizyczna metamorfoza robi ogromne wrażenie, a reszta aktorów (w tym niezawodząca Felicity Jones jako żona oraz zawsze przyjemny dla oka David Thewlis) robi tak naprawdę za tło. Szkoda tylko, że scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł.

Sam film sprawia wrażenie pozbawionego emocji oraz wspieranego przez lobby sprzedawców chusteczek. Za grzeczne to, zbyt monotonne i za mało dowiadujemy się o samym Hawkingu oraz jego pracy naukowej. Troszkę jakby odhaczano co ważniejsze wydarzenia opisane w jakiejś encyklopedii. Szkoda, bo mogło być naprawdę interesujące kino.

5/10

Radosław Ostrowski

Labirynt

Doverowie i Birchowie są zaprzyjaźnionymi rodzinami. Ojcowie razem prowadza firmę stolarską, zaś ich dzieci wspólnie bawią się ze sobą, ich córki Anna i Joy idą się bawić na dwór, ale nie wracają. Sprawę zaginięcia prowadzi detektyw Loki, a pierwszą poszlaka staje się kamper znajdujący się na podwórzu w dniu zaginięcia. Jego kierowca, Alex Jones zostaje aresztowany i przesłuchany. Wydaje się, że zostanie to rozwiązane szybko i łatwo. Niestety, podejrzany zostaje wypuszczony, dowodów nie ma, poszlaki okazują się ślepymi uliczkami. Ojciec jednej z porwanych dziewczyn, Keller Dover próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, porywając Alexa.

W ostatnim czasie (m.in. serial „Dochodzenie”) pojawia się grupa kryminałów, w których dominującym wątkiem jest porwanie lub zabójstwo dziecka. Film Denisa Villeneuve’a wpisuje się w ten nurt, jednak nie jest to opowieść w hollywoodzkim wydaniu, zaś happy end jest co najmniej połowiczny. Ale po kolei. Łamigłówka jest prowadzona w sposób stopniowy, ale konsekwentny, dodatkowo atmosfera jest więcej niż nie przyjemna. I nie chodzi tu o gęstniejący śnieg czy fakt, ze większość kluczowych wydarzeń odbywa się w nocy lub ciemności. Moralnemu zepsuciu (okrucieństwo, węże, porwania) towarzyszą opuszczone i podniszczone domostwa w małym miasteczku, co sprawia, że  wszystko to przypomina koszmar, a samo rozwiązanie jest dość zaskakujące (z Bogiem w tle – więcej nie zdradzę). Całość ma świetne zdjęcia (Roger Deakins jest mistrzem w komponowaniu kadru i posługiwaniu się kolorami – gonitwa do szpitala w ciemności czy pokazanie „więzienia” Alexa od środka), nieprzyjemna muzykę i bardzo dobry montaż. Ale pojawiają się tu zastoje, wątki obyczajowe (jak rodzina radzi sobie z utratą bliskich) same w sobie są niezłe, ale trochę zakłócają i zostają potem porzucone.

labirynt1

No i jest to naprawdę dobrze zagrane. Najważniejszy tutaj jest Keller grany przez Hugh Jackmana, który bardzo pozytywnie zaskakuje. I nie chodzi o to, że nie ma szponów między rękoma czy wyrywa flaki. Bardzo przekonująco pokazuje człowieka, który nie radzi sobie ze zniknięciem i jest wkurzony bezradnością oraz nieudolnością policji (jego zdaniem, choć trudno się z tym nie zgodzić). Bo detektyw Loki (Jake Gyllenhaal w dobrej dyspozycji) sprawia wrażenie gościa, który popełnia wręcz podręcznikowe błędy (zostaje spalony podczas śledzenia czy doprowadza do samobójstwa podejrzanego za pomocą pistoletu), jednak w końcu rozwiązuje sprawę. Poza tą dwójką najbardziej błyszczy Paul Dano (upośledzony Alex) i Melissa Leo (Holly Jones), zaś solidny poziom trzymają Maria Bello (żona Kellera), Terrence Howard i Viola Davis (Franklin i Nancy Birch).

labirynt2

„Labirynt” jest trzymającym w napięciu dreszczowcem. Tylko jedno pytanie: a co wy byście zrobili w takiej sytuacji? Czego wam nie życzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski