Młodzi przebojowi

Dublin, rok 1985. Jest bieda, nędza, a co sprytniejsi obywatele tego narodu wyruszają za chlebem do Anglii. Wśród tych, co ostali znajduje się Conor. Mieszka z bratem, siostrą i rodzicami, ale kryzys patrzy im mocno w oczy. Ojciec stracił pracę i by znaleźć oszczędności, chłopak zostaje przeniesiony do katolickiej szkoły. Nie do końca udaje mu się zaklimatyzować. I wtedy w tym szarym jak chmura życiu pojawia się Ona – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Tylko jak do Niej podejść i bajerować? Cosmo improwizuje i mówi tak: jestem wokalistą takiej kapeli i mamy taką piosenkę, no i chciałbym, żebyś zagrała w teledysku do tej piosenki. Ona (a imię jej Raphina – prawda, że śliczne?) się zgadza, tylko trzeba zorganizować kapelę i nagrać kawałek.

sing_street1

Jeśli film reżyseruje John Carney, to na pewno pojawią się dwie rzeczy: miłość i muzyka. Lub też miłość do muzyki, która jest napędzana pierwszą miłością. Sama historia wydaje się jedną z wielu, jakie widziałem/słyszałem/czytałem. Miłość, świat nieprzyjazny, gdzie każdy człowiek jest podporządkowany i uszeregowany oraz Ta, dla której jesteś w stanie przenieść góry i zdecydować się na rzeczy, których nawet nie podejrzewałeś. Wszystko to przedstawione tak naturalnie, że nie czuć w tym wszystkim grama fałszu. I to zarówno jeśli chodzi o zbieranie zespołu, bardzo subtelny portret powoli tworzącego się związku dwojga ludzi. Jest to tak urocze, że chciałem zanurzyć się całkowicie w tym świecie i nigdy z niego nie wyjść. Reżyser bardzo wiernie odtwarza realia lat 80. – kostiumy, scenografia, charakteryzacja. Tu wszystkie klocki pasują do siebie, a jak dodamy jeszcze muzykę, która zgrabnie przygrywa w tle (z jednej strony Motorhead i The Clash, z drugiej The Cure, Spandau Ballet i Duran Duran), stając się inspiracją dla naszych bohaterów.

sing_street2

Ja najbardziej zapamiętam z tego filmu trzy sceny. Pierwszą jest pierwsze spojrzenie na Raphinę, która trochę wygląda jak laska z wytapirowaną fryzurą i te jej oczy – cudowne. Druga jest stworzony w głowie teledysk do jednej z piosenek w realiach potańcówki  lat 50. – tak pełnego kolorów oraz prostej, lecz ślicznej choreografii (te stroje z epoki to smaczek). Jest nawet motor i obowiązkowa bójka z nożem. No i trzecia, czyli szkolna impreza z ostrym numerem o księdzu dyrektorze. Piosenki napisane do filmu brzmią po prostu wspaniale i dla osób szukających czegoś w stylu lat 80., będą wielką przyjemnością.

sing_street3

Do tego wszystko jest znakomicie zagrane, co jest zasługą kompletnie mało znanych aktorów (z wyjątkiem Aidena Gillena, czyli lorda Baelisha z „Gry o tron”). Trudno było mi oderwać oczy od Lucy Boynton (Raphina), która była dla mnie zjawiskowa niczym nadlatująca kometa. Podobnie cudowny był Ferdia Walsh-Peelo jako próbujący się odnaleźć Conor, dla którego muzyka stanie się szansą na lepsze życie. Oboje razem wyglądali po prostu ślicznie. Trudno nie docenić też świetnego Marka McKenny (wszechstronnie uzdolniony muzycznie Eamon) oraz Jacka Reynora (brat Conora, Brendan).

sing_street4

John Carney dał znowu z siebie wiele serca i energii, którą widać w „Młodych przebojowych” – to szlachetne, poruszające i zrobione z głową kino. Małe i skromne, ale kipiące od emocji i dobrej muzyki. Szkoda, że nie trafiła do naszych kin ta produkcja, bo byłaby tego warta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami zdarzają się takie filmy, których nikt się nie spodziewał. Prosta opowieść, która wydaje się bardzo schematyczna i mało zaskakująca, a jednak zostaje w pamięci na długo. Zaczęło się wszystko w jednej z knajp w Nowym Jorku. Ona – troszkę nieśmiała, zostaje namówiona przez kolegę, by zaśpiewała jeden utwór. On – zwolniony z pracy producent przyszedł się napić. Jednak usłyszał jej śpiew i postanowił, że wyprodukuje jej album. Co z tego spotkania może wyjść?

od_nowa1

Pozornie jest to kino obyczajowe jakie widziało się setki, a nawet tysiące razy. Jednak John Carney, twórca kultowego „Once” nie udaje, że odkrywa nieznane prawdy życiowe, tylko stawia na prostotę oraz emocje. A tych jest tutaj naprawdę sporo, zaś realizacja przypomina niezależne, skromne kino. Muzyka, tak jak w poprzednim filmie, odgrywa ona istotną rolę i jest siłą napędową tego filmu. Jest ona siłą pozwalającą zmierzyć się zarówno z własnymi demonami, ale też potrafi przynieść sławę i rozgłos. Przy okazji jest też obserwacja na temat szołbiznesu, gdzie łatwo można zatracić wiarygodność, szczerość i swoją tożsamość w zamian za fanki, pieniądze i duże koncerty. Jednak reżyser nie serwuje tutaj ani prostych przesłań, słodzenia, lukru oraz oczywistego happy endu. I za tą uczciwość szanuję Currana najbardziej.

od_nowa2

A co wyróżnią tą historię od innych, poza nagrywaniem utworów w plenerze i dobrymi piosenkami? Naprawdę dobre aktorstwo. Znowu zaskoczyła mnie Keira Knightley, która po pierwsze jest bardzo urocza, po drugie naprawdę ładnie śpiewa. Stopniowo widzimy jej przemianę z szarej myszki w pewną siebie wokalistkę, która wcześniej tylko pisała teksty. Bardzo intrygująca rola. Z kolei Adam Levine (wokalista Maroon 5) bardzo przyzwoicie sobie radzi jako początkujący muzyk, który zostaje gwiazdą.

od_nowa3

Jednak tych dwoje blednie przy trzecim graczu – znakomitym Markiem Ruffalo w roli producenta Dana. Sprawia wrażenie wyluzowanego kolesia, który lubi wypić, ale tak naprawdę to wypalony i zmęczony życiem facet z kompletnie rozbitym życiem zawodowym (zwolnienie) jak i prywatnym (rozwiedziony, słaby kontakt z córką). Spotkanie w barze staje się dla niego impulsem do zmiany, co widać w scenach nagrywania płyty – widać, że jest w nim energia, kreatywność oraz spore doświadczenie. I w dodatku jest bardzo wyluzowany – wielowymiarowa rola, która potwierdza klasę tego aktora.

O takich filmach zwykło się mawiać, że to małe, wielkie kino. Ja powiem, że to porządna piosenka, która skupia uwagę klimatem, barwą głosu oraz zgraniem zespołu. I nie jest dźwiękowa papka, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski