Shaft w Afryce

John Shaft nigdy nie może liczyć na spokój. Nowojorski prywatny detektyw stworzony przez pisarza Ernesta Tidymana doczekał się sześciu powieści oraz filmowej trylogii realizowanej co roku w latach 1971-73. Już tytuł tej ostatniej części pokazuje, że mocno zmieni się klimat. Jeszcze bardziej podbija to fakt, że za tą część odpowiadał reżyser John Guillermin oraz scenarzysta Sterling Silliphant. Ale po kolei.

shaft3-1

Tym razem Shaft (nadal cudny Richard Roundtree) zostaje zatrudniony przez emira Ramila. Sprawa jest poważna, zapłata także. Nasz detektyw ma udawać lokalnego Afrykanina, by zinfiltrować gang handlarzy ludźmi. Dlaczego Shaft? Bo jest nieznany tamtejszemu środowisku, bo tamtejsi agenci są znani tym „biznesmenom”. Poza tym wysłano już agenta (syna emira), który został zamordowany. Nasz „czarny” Sam Spade przechodzi odpowiednie szkolenie i wyrusza do Wybrzeża Kości Słoniowej. Już na lotnisku ktoś próbuje go zabić, co może oznaczać tylko jedno – ktoś z otoczenia emira gra na dwa fronty.

shaft3-2

„Shaft w Afryce” jest najbardziej odjechanym filmem z całej trylogii, bo nasz bohater działa poza swoim naturalnym środowiskiem. To już czysta sensacja w lekko szpiegowskim stylu, gdzie Shaft musi udawać „dzikusa”. Nie powiem, jest tu parę momentów trzymających w napięciu (próba zabójstwa Shafta w toalecie lotniska czy walka na kije), jednak reżyser dość szybko odkrywa istotne informacje i tempo jest bardzo nierówne. Lokacje wygląda przyzwoicie, jest kilka dość ogranych stereotypów jak dziewczyna złola z nieopanowaną chucią i zdradzającą bardzo dużo, francuski policjant trzymający się prawa oraz obowiązkowe fajerwerki. Chociaż sam aspekt „afrykańskości” wydaje się potraktowany po macoszemu i dla mnie był najmniej ciekawy.

shaft3-3

A sam antagonista? To (oczywiście) biały biznesmen z obsesją na punkcie chcicy, niemieckim akcentem oraz bardzo opanowanym głosem. Grający go Frank Finlay wypada przekonująco w tej roli, ale dla naszego bohatera nie stanowi żadnego wyzwania. Nie można nie wspomnieć o Vonette McGee, czyli zjawiskowej (a jakże!) córce emira, co ma pomóc Shaftowi w znajomości afrykańskiej kultury. I jak zapewne się domyślacie, na tym się nie skończy.

„Shaft w Afryce” to najsłabsza, ale potrafiąca dostarczyć trochę rozrywki część trylogii. Choć jeśli chodzi o mnie, to bardziej pasowały mi kryminalne opowieści Johna Shafta. Widzom w rok premiery chyba też, bo w kinach poniósł klęskę i zakończył historię nowojorskiego detektywa na długie lata. O tym jednak innym razem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Błękitny Max

Wojna zawsze jest miejscem podłości, okrucieństwa i bezlitosnej walki. Nie inaczej było podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej. To właśnie podczas niej walczył podporucznik Bruno Stachel – najpierw żołnierz piechoty, ale pod koniec wojny trafia do lotnictwa jako pilot. Trafia do eskadry kapitana Heidemanna, rywalizując z jego najlepszym oficerem – Willim von Klugermanem. W stawką w tej walce poza życiem, jest tytułowy Błękitny Max – najwyższe niemieckie odznaczenie wojskowe przyznawane za odwagę i zestrzelenie 20 samolotów.

bkitny_max1

Kino wojenne ma to do siebie, ze rządzi się swoimi regułami, chociaż samą wojnę można zaprezentować na wiele różnych sposobów. John Guillermin w 1966 roku swoim filmem próbował połączyć rozmach scen batalistycznych z wiarygodną psychologią bohaterów. I to wszystko w czasach, gdy chodziło na planie tysiące statystów i nawet nie znano takiego słowa jak komputer. Trzeba przyznać, że po latach sceny batalistyczne robią nadal olbrzymie wrażenie – statyści, wybuchy, odgłosy strzałów i tysiące trupów. Sceny lotniczych pojedynków (chociaż widać, że tło w samolocie podczas scen z kabiny jest domontowane) trzymają w napięciu i ogląda się je  zapartym tchem.

bkitny_max2

Ale to tylko jedna  warstw filmu. „Max” to także historia człowieka z nizin społecznych, który dobija się do świata wyższych sfer. Pilotami w większości (przynajmniej w eskadrze naszego bohatera) byli arystokraci, dzięki czemu zdobywali dodatkowe wpływy i znajomości. Jak zawsze z arystokracją bywa, to ludzie chełpiący się swoim bogactwem (piją tylko drogi alkohol jak szampan) i uwielbiają adrenalinę. W tle jeszcze przewija się wykorzystanie Stachela jako bohatera propagandy prasowej (scena fotografowania w szpitalu) oraz romans z żoną generała (jakby tego było mało jest tez ciotką Williego), jednak to ostatnie nie zostaje w pełni wygrane, spełniając rolę zapychacza. Wyjątkiem w tym wątku jest finał, w którym dochodzi do poważnych konsekwencji. Niby tutaj mówi się o honorze i uczciwej walce, ale w imię tego honoru dokonuje się oszustw, hipokryzji i zachowanie swojej reputacji. Więcej wam nie powiem, bo zepsułbym frajdę.

bkitny_max3

Zachwycają przestrzenne zdjęcia oraz podniosła, militarystyczna muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Jednak nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia, gdyby nie mocna rola George’a Pepparda. Stachel w jego interpretacji to facet, dla którego latanie jest jedynym sensem życia. Zdobycie dla niego Błękitnego Maxa jest celem najważniejszym, nawet jeśli wiązałoby się to ze złamaniem rozkazów przełożonych. Zdystansowany od reszty, prymitywny egoista z chłodnym spojrzeniem cynika. Mimo tych wad, kibicowałem mu. Kontrastem dla niego jest Willi (debiutujący Jeremy Kemp) – elegancki, wysłowiony, ale prowokujący i skory do bitki. A nad nimi wszystkimi wybija się na drugim planie chłodny James Mason (generał von Klugermann), wykorzystujący wojnę w bardziej polityczny sposób.

Guillermin miesza w tym barszczu wątkami i motywami, ale udaje się nad tym wszystkim opanować. „Błękitny Max” to ambitne widowisko, które skupia się także na pokazaniu degeneracji społeczeństwa oraz tym, że brutalna siła zawsze wygrywa. I tak naprawdę nie obowiązują żadne zasady na polu bitwy.

8/10

Radosław Ostrowski