Książę w Nowym Jorku

Jeśli myślicie, że bycie członkiem rodziny królewskiej jest cudowne, to macie jakieś pokręcone wyobrażenia. Dla księcia Zamundy Akeema bardziej to przypomina złotą klatkę. Nawet jak ma 21 lat – to początek znajomości z tym dżentelmenem – nie może niczego robić sam. Dosłownie niczego: umyć się, ubrać, wyjść na zewnątrz. Nawet przyszłą żonę mu narzucono, co mu bardzo nie odpowiada. Udaje się jako przekonać ojca, by wyjechać na 40 dni za granicę. W tajemnicy przed ojcem razem ze służącym chce wykorzystać okazję do znalezienia swojej żony. A gdzie? Oczywiście, w USA, dzielnicy Nowego Jorku zwanej Queens. W końcu nazwa zobowiązuje, prawda?

Pierwszy „Książę” z 1988 roku był komedią z prostą, ale efektywnie poprowadzoną opowieścią. W zasadzie można powiedzieć, że jest to komedia romantyczna. Z tą różnicą, że nie poznajemy od razu kim może być potencjalna druga połówka. Wszystko widzimy z perspektywy naszego księcia, które chce być bardziej samodzielny. W każdym aspekcie swojego życia – to się chwali. Humor początkowo wydaje się bazować na zderzeniu dwóch światów. Z jednej strony Zamunda wyglądająca bardzo bogato, wręcz bajkowo. Czyżby tak miałby wyglądać raj? Dzikie zwierzęta chodzące swobodnie, imponujący pałac, służba. Ale to wszystko złota klatka, gdzie masz swoje narzucone zadanie, bez możliwości podejmowania samodzielnych działań. A z drugiej strony szybko trafiamy do Nowego Jorku, tylko że biedniejszej strony. I o dziwo nasz bohater (w przeciwieństwie do służącego, co za bardzo lubi luksus i bogactwo) odnajduje się jak ryba w wodzie. Albo po prostu ma dużo szczęścia.

Choć poszukiwania wybranki serca nie są łatwe (szybko zmontowane sceny spotkań w knajpach). To daje pole do popisu dla stworzenia barwnych postaci – fryzjer i jego klienci, pokręcony pastor – bez przekraczania granicy dobrego smaku. Ale parę bluzgów zostaje rzuconych, więc nie jest to zbytnio dzieło dla całej rodziny. Dodatkowo jest wiara w amerykański sen, że uczciwą pracą dojdziesz do wszystkiego (nawet jeśli skopiujesz swoją sieć restauracji w stylu McDonald’s). Nawet zdobyć dla siebie idealną partnerkę, pod warunkiem, że nie będziesz narcystycznym dupkiem. No i miliony dolców też się przydadzą. 😉 Może i brzmi to bajkowo, zaś finał troszkę odlatuje, niemniej nadal to działa.

Ale najbardziej na mnie działał ten wątek romantyczny, czyli powoli ewoluująca relacja Akeema z córką McDowella. Pierwszego gra Eddie Murphy, który może nie wali słowami z prędkością karabinu maszynowego, nadal jednak ma w sobie masę uroku i charyzmy. Panią McDowell za ma to aparycję uroczej Shari Headwell, która ma wiele wspólnego z naszym księciem. Chce być silną, niezależną kobietą, nie znoszącą fałszu oraz pozerstwa. Chemia między nimi z każdą sceną rośnie, a sama relacja nabiera kolorów. Na drugim planie błyszczy rozbrajający Arsenio Hall (Semi), który kradnie każdą scenę oraz majestatyczny James Earl Jones (ojciec Akeema). Jakby tego było mało, Murphy z Hallem wcielili się w parę innych postaci, których nie da się rozpoznać pod niesamowitą charakteryzacją.

„Książę w Nowym Jorku” jest jedną z tych komedii lat 80-tych, których czas się nie ima. Ciągle zabawna, świetnie zrobiona, z Eddiem Murphy w najwyższej formie, choć zaskakująco stonowany (jak na swoje możliwości). Tak się robi komedię z głową i bez żenady. Wiecie, że niedawno powstała kontynuacja? Nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Amerykański wilkołak w Londynie

Dwóch kumpli, David i Jack, wyruszyli gdzieś na brytyjską prowincję, choć ich głównym celem są Włochy. Pogoda jest typowo angielska, czyli szaro, buro oraz zmierza ku padającemu deszczowi. Przechodząc przez wrzosowiska trafiają do baru, gdzie mieszkańcy są dość wystraszeni i nieufni wobec obcych. Ludzie ostrzegają naszych Jankesów, by trzymali się drogi albowiem zbliża się pełnia. Oczywiście, nie udaje im się, przez co gubią się. Jakby gorzej być nie mogło, obaj zostają zaatakowani przez tajemniczą bestię, która rozszarpuje Jacka i rani Davida. Ocalały trafia do londyńskiego szpitala i ciągle nawiedza go zjawa zmarłego informując go, że zostali zaatakowani przez wilkołaka. David ma wkrótce przemienić się w monstrum, a jedynym wyjściem z sytuacji jest samobójstwo, jednak mężczyzna uważa to wszystko za halucynację. Aż do chwili, kiedy podczas pełni dochodzi do przemiany.

Dla wielu kinomanów John Landis to przede wszystkim reżyser kultowego „Blues Brothers”, ale rok po nim zrobił interesującą hybrydę. Już wcześniej łączono horror z komedią, jednak wcześniej nie był to film o wilkołaku. Pozornie zaczyna się jak klasyczna opowieść grozy, z bardzo brytyjskim krajobrazem w tle oraz społecznością skrywającą tajemnicę. Cały czas jednak polane jest to humorem. Ten wynika głównie z niewiary Davida oraz reakcji otoczenia na jego tezy o wilkołaku, a także z płynnego przejścia tonów.  Reżyser pokazuje Brytyjczyków z niemal typową dla nich flegmą oraz opanowaniem skontrastowanym z bardzo zagubionym, coraz bardziej przerażonym Davidem (świetny David Naughton). Nie boi się też sięgnąć po bardziej makabryczne momenty jak choćby w każdej scenie z Jackiem (cudowny Griffin Dunne), coraz bardziej tracącym swoje ciało i coraz bardziej obrzydliwie wyglądającym czy scenach ataku wilkołaka w mieście. Chociaż te momenty bywają też zabawne (scena w metrze).

Landis z pozornie prostego szablonu wyciska wiele, sięgając po sprawdzone klisze. Racjonalnie podchodzący do sprawy lekarz i pielęgniarka (fantastyczne role Johna Woodbine’a i Jenny Agutter), z czego ta druga staje się miłością od pierwszego wejrzenia. Z drugiej strony przesądni i trzymający wiedzę o monstrum w tajemnicy bywalcy karczmy. Czasem ma się wrażenie jakby reżyser inspirował się filmami wytwórni Hammera, ale w przypadku atakowania grozą robi to bardzo efektywnie. Czy to w scenie w metrze, wszelkich koszmarów czy podczas długiej oraz szczegółowej sekwencji transfmormacji (bardzo mocna rzecz, słusznie nagrodzona charakteryzacją).

„Amerykański wilkołak…” nadal potrafi przerazić, ale i poruszyć (finał). Dla mnie jedno z większych zaskoczeń oraz protoplasta wszystkich komedio-horrorów. Takiego oblicza Landisa nie znałem.

8/10

Radosław Ostrowski