Przyznaj się, Fletch

Finansowa i artystyczna porażka „Fletch żyje” spowodowała, że plany na trzecią część zostały zawieszone. Dopiero w połowie lat 90., gdy prawa do książek McDonalda kupiło Miramax. Chevy Chase miał wrócić, zaś reżyserem miał zostać Kevin Smith. Prace się jednak przedłużały, aktor zrezygnował i zaczęły pojawiać się plany rebootu. Zmieniali się aktorzy, mający zagrać głównego bohatera, reżyserzy i trwało to kilkanaście lat. Dopiero w 2020 roku wszystko zaczęło ruszać z kopyta, kiedy obsadzono w roli Fletcha Jona Hamma, zaś reżyserem został Greg Mottola, czyli twórca „Supersamca”. I ku mojemu zaskoczeniu powstała najlepsza filmowa odsłona cyklu o Irwinie Fletcherze.

Nasz bohater teraz przebywa w Bostonie i gdy go poznajemy, wraca z Rzymu do wynajmowanego mieszkania. Na miejscu w środku znajduje się trup młodej kobiety. Fletch wzywa policję i… staje się głównym podejrzanym w sprawie. Tylko dlaczego Fletch miałby ją zabijać? Tylko, że bohater tak naprawdę ma o wiele poważniejszą sprawę na głowie. Otóż nasz bohater (niezależny dziennikarz) został zatrudniony przez Angelę (Lorenza Izzo), by rozwiązać sprawę kradzieży cennych obrazów z kolekcji włoskiego hrabiego de Grassi. Arystokrata został porwany, zaś sprawcy tego czynu chcą w zamian za wolność… obraz Pablo Picassa. Nawet będąc pod okiem policji Fletcher ma kilka tropów, z których najbardziej obiecujący jest Ronald Horan (Kyle MacLachlan) – handlarz dzieł sztuki, co niedawno sprzedał dwa zaginione obrazy.

„Przyznaj się, Fletch” ma wiele z komedii kryminalnej w starym stylu. Choć akcja jest osadzona współcześnie (tuż po pandemii), bardziej klimatem przypomina poprzednie filmy z Fletchem. Tylko bez elementu charakteryzacji i przebieranek, za to z bardzo piętrową intrygą. Reżyser bardzo powoli odkrywa całą historię, podrzuca kolejne tropy oraz galerię bardzo wyrazistych postaci. A kiedy wydaje się, że sprawa wydaje się jasna, pojawia się kolejna poszlaka i wszystko staje się jeszcze bardziej mętne, pokręcone. Nadal jest tu sporo sarkastycznego humoru oraz ciętych ripost czy sprytnego kombinowania Fletcha, próbującego ogarnąć różne sytuacje (jak choćby pozbycie się nadajnika GPS, śledzenie czy włamanie się do łódki). Cały czas mamy różne niespodzianki, a najlepszą dostajemy na sam koniec. Więcej nie zdradzę, bo to była by większa zbrodnia niż brak oceny dla kierowcy Ubera.

To pomówmy troszkę o obsadzie. Jon Hamm wszedł w rolę Fletcha jak masełko w chlebek, cały czas balansując między powagą a zgrywą. Taki uroczy i zaradny cwaniak, któremu nawijką dorównuje chyba tylko Saul Goodman. Godne zastępstwo za Chase’a, który wydawał się nie do zastąpienia. Wyrazista jest Lorenza Izzo jako Angela de Grassi – jak na Włoszkę jest temperamentna, pełna pasji i jednocześnie skrywa parę tajemnic. Dobrze też wypada duet Roy Wood Jr./Ayden Mayeri, czyli prowadzący śledztwo inspektor policji oraz młoda praktykantka. Dla mnie jednak film skradli Marcia Gay Harden jako bardzo elegancka hrabina de Grassi, co jest mocno przywiązana do luksusu (jak wypowiada „Fletch” – perełka!) oraz John Slattery w roli byłego szefa Fletcha, czyli naczelny z nastawieniem (podkreśla je bardzo często rzucane słowo na „k”).

Jeśli ten film ma być początkiem nowej serii przygód Irwina Maurice’a Fletchera, to jestem jak najbardziej za. Wszyscy tęskniący za sarkastycznym, ale dociekliwym i inteligentnym dziennikarzem powinni sięgnąć po „Przyznaj się, Fletch”. Bardzo elegancka, zgrabna oraz dowcipna rozrywka, na którą warto było czekać ponad 30 lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Spotlight

Wrzesień 2001, Boston. Do redakcji czasopisma Boston Globe trafia nowy redaktor naczelny – Marty Baron. Wśród wielu sekcji tej gazety jest Spotlight – grupa dziennikarzy śledczych kierowana przez Waltera Robinsona. Panowie dostają nowy temat, dotyczący księdza przenoszonego z parafii do parafii, którego oskarżano o molestowanie seksualne. Skromna ekipa tego pionu postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie i znaleźć dowody na to, że przełożeni duchownego wiedzieli o całej sprawie nie wiedząc, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.

spotlight1

Skromny i kameralny film Thomasa McCarthy’ego wydaje się mało efektownym, by nie powiedzieć nudną historią o tym, jak powinno funkcjonować dziennikarstwo, zwłaszcza śledcze. Powoli zaczyna coraz bardziej ożywać Internet, jednak nadal w modzie jest pisanie na papierze, zamiast nagrywania na telefonie komórkowym oraz przeglądanie dokumentów w bibliotekach, archiwach, sądach. Brzmi jak prehistoria, ale to było ledwie 15 lat temu. Jak ten czas się zmienia. Sam reżyser jest tutaj bardzo powściągliwy, a realizacja przypomina bardziej filmy z lat 70. – powolne tempo, brak dynamicznych scen (chyba, że za taką uznamy próbę wejścia do sądu przed zamknięciem drzwi), ale i tak oglądałem z zainteresowaniem do samego końca. Wydaje się, że taka chłodna dyscyplina narzucona przez McCarthy’ego wydaje się dziwnym posunięciem, podobnie jak brak prób zastosowania emocjonalnego szantażu w rodzaju rozpłakanych i rozhisteryzowanych ofiar (już dorosłych) czy faktu, iż jeden z dziennikarzy był ofiarą molestowania. Pozorny chłód działa jednak niczym mocne uderzenie w twarz – powoli odkrywane elementy układanki, wliczając w to rozmowy z ofiarami tworzą mocny portret paskudnego procederu, którego jednak nie będę streszczał, ale jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości. Kościół jest pokazany jako potężna organizacja mająca duże wpływy (media, władza świecka) i pozwalająca, dzięki swojej władzy oraz tymże wpływom dopuszczać się pedofilii (jak mówi jeden z informatorów tylko co drugi ksiądz żyje w celibacie), bo Kościół jest przecież bardzo potrzebny miastu. Dlatego można sobie przymknąć oko na różne występki i przewinienia, usprawiedliwiając się, że to tylko kilka zgniłych jajek, a sama instytucja jest w porządku.

spotlight2

Dla McCarthy’ego najważniejsze jest samo śledztwo i dochodzenie do prawdy, o której tak naprawdę wiedzą wszyscy, poza naszymi bohaterami. Jak to możliwe, że nikt w tym czasie niczego nie zrobił? To jedno z wielu pytań, które zadawałem sobie po seansie. Ale jednocześnie twórcy pokazują ludzi, którzy chcą o tą prawdę zawalczyć i podjąć trudny wysiłek wyjęcia na wierzch tego, co schowane pod dywan. „Spotlight” to hołd złożony dawnemu dziennikarstwu, jakiego nie widziałem od czasu serialu „Newsroom” – stawiającego na rzetelność i wiarygodność niż na szybkość przekazu. Coś, co bardzo chciałbym zobaczyć w Polsce.

spotlight3

Subtelna ręka reżysera pewnie prowadzi aktorów, którzy wydają się grać postaci pozornie mało interesujące i nie rzucające się w oczy, ale udaje się im stworzyć pełnokrwiste postacie. Bardzo uderzył mnie wysoki poziom gry wszystkich członków obsady, jednak moją uwagę skupiło trzech facetów. Nie będę oryginalny, ale fenomenalny był Mark Ruffalo wcielający się w Mike’a Remendeza, jednego z dziennikarzy Spotlight, który traktuje tą sprawę bardzo poważnie i mocno się angażuje w nią, nawet za mocno (scena wybuchu gniewu w redakcji na wieść o niepublikowaniu tekstu), co nie dawało mi spokoju – czyżby Mike był ofiara księdza? A może nie chce zmarnowania tego materiału? Na to nie znajdziecie żadnej odpowiedzi, a aktor kradnie film swoimi gestami, pewnym spojrzeniem i garbatą sylwetką. Klasę kolejny raz potwierdza Michael Keaton wcielając się w Robinsona – odpowiedzialnego i dociekliwego szefa. No i w końcu trzecia cegiełka – niezawodny Stanley Tucci jako prawnik Garabedian, troszkę przypominający Remendeza, tylko działający po stronie prawa. Troszkę cyniczny, zmęczony potyczkami w sądzie, ale ciągle walczący.

spotlight4

Nie spodziewałem się takiego filmu opowiadającego o dziennikarstwie śledczym, ale twórca „Dróżnika” nie zawodzi i realizuje swój najlepszy film od czasu swojego debiutu. Mocny i brutalny, chociaż nie ma w nim scen przemocy. Gorzki, ale dający też nadzieję, że można podjąć walkę ze złem. Niepozorne, ale trzymające za gardło. Film oparty na paradoksach, ale silnie angażujący i dający wiele do myślenia. Nie mogę się doczekać jak zareagują nasi duchowni na ten film. 

8/10

Radosław Ostrowski

Przeklęta dzielnica

Tytułowe God’s Pocket to robotnicza dzielnica Filadelfii, gdzie żyją ludzie głównie z niskim lub żadnym wykształceniem. Jednym z nich jest niejaki Mickey Scarpato, który dorabia sobie na boku obstawiając wyścigi konne i pomagając właścicielowi rzeźni Arthurowi Capezio. Jego dość spokojne życie zmienia się, gdy jego siostrzeniec ginie w pracy. Podobno coś spadło mu na głowę, ale żona Mickeya nie wierzy w to. A załatwienie pogrzebu skomplikuje sprawy…

gods_pocket1

Pozornie film może wydawać się dramatem albo kryminałem. W rzeczywistości jest to słodko-gorzka opowieść o życiu w miejscu bez perspektyw i bez szans. „Tu każdy kradł albo podpalił dom” – pisze w felietonie dziennikarz Richard Shelburn i ma rację. Tutaj ludzie są mocno samotni, pozbawieni perspektywy i dryfują po oceanie życia. Całość została ubrana w lekko groteskowy dramat, gdzie nie brakuje czarnego humoru (napad na sklep Capezio czy rozmowy w knajpie), ale prowadzenie dwóch wątków – tak zwanego śledztwa, by ustalić prawdziwą przyczynę śmierci oraz zapijaczonego i zgorzkniałego dziennikarz zagranego przez niezawodnego Richarda Jenkinsa może wywołać konsternację. Ale całość ogląda się całkiem nieźle, choć brakuje tutaj mocnego napięcia czy szybkiego tempa, bardziej skupiając się na portrecie okolicy czy na postaciach.

gods_pocket2

I tutaj jest całkiem ciekawie, bo mamy tu świetnego Philipa Seymoura Hoffmana, któremu ciągle brakuje gotówki, źle obstawia wyścigi i nie bardzo wie co robić ze swoją żoną (znana z „Mad Men” apetyczna Christina Hendricks) oraz trzymającego fason Johna Turturro (Arthur Capezio), ale nawet oni nie do końca są w stanie sami udźwignąć ten film, który trudno jednoznacznie ocenić i sklasyfikować.

gods_pocket3

Jak na dramat jest trochę zbyt śmiesznie i groteskowo,a jak na komedię to lekko za poważne. Owszem, można odczuć klimat braci Coen oraz dość depresyjne tło, ale efekt jest naprawdę przyzwoity. Czasami to wystarcza.

6,5/10

Radosław Ostrowski