Julia Pietrucha – Postcards From The Seaside

Postcards_from_the_Seaside

Debiutancka płyta Julii Pietruchy była jedną z niespodzianek ostatnich lat oraz dowodem na to, że śpiewający aktor to nie koniecznie poezja śpiewana czy piosenka aktorska. Zastanawiałem się, czy był tylko jednorazowy wyskok, czy będzie jednak ciąg dalszy. Tydzień temu wyszedł drugi album i, tak jak poprzednik, jest dostępny w całości na YouTube. Jak wyglądają “Pocztówki z widokiem na morze”?

Artystka nie zapomniała o swoim ukulele, które przewija się cały czas. Choć otwierający całość “Sailor” zaczyna się od… wiolonczeli oraz akordeonu, do którego dołącza delikatniejsza gitara z perkusją, tworząc bardzo przyjemny koktajl. Skoczniejsi są “Friends”, oparte na gitarach oraz fajnych (z braku lepszego słowa) chórkach w tle, dając energetycznego kopa. Nawet ten klaskany środek pasuje tutaj, a gdy wchodzą ładne klawisze z dęciakami, można się rozmarzyć. Zmianę wprowadza “Ewka” I nie chodzi o to, ze jest śpiewana po polsku. Odbijający się jak echo fortepianu budzi niepokój, które nie łagodzą dźwięki cymbałków, skontrastowane z “łkającymi” smyczkami w tle. Jeden ze smutniejszych, ale pięknych utworów. “Undo de sea” ma coś ze swingu – dynamiczna gra dęciaków, rytmiczny bas oraz popis perkusji. Powrót do melancholii serwuje zgrabny “Niebieski”, oparty tylko na fortepianie oraz tajemnicze “Medea”, brzmiąca jakby nagrana na starej płycie. Do tego jeszcze wchodzą dziwne perkusjonalia, a także nakładające się głosy, budujące mroczny, lekko “lynchowski” klimat. Mocny kawałek, z pazurem, jakiego się nie spodziewałem tutaj.

To nie jedyna niespodzianka, bo jeszcze jest grany na ukulele… blues ze świerszczami (“Small Town”), gdzie znowu robi się tak ciepło na serduszku, utrzymany w duchu dream popu “Who Knows” (znowu klaszczemy!!) z bardzo ciepłymi klawiszami, a także podparte perkusyjnym “bitem” “Wasted”, na którym skrzypce na początku się wykazują. Cudowne. Tak samo jak rozpędzone folkowe “Nie potrzebujemy nic” czy minimalistyczno-soczyste “Mindless Crime”

Sam wokal Pietruchy nadal jest bardzo delikatny, pełen dziewczęcego uroku, ale też niepozbawiony emocjonalnego ciężaru, co nie jest takie łatwe. Znowu wokalistka sama napisała wszystkie utwory, pokazując zaskakującą wszechstronność. “Pocztówki” są bardziej różnorodne, pokazujące inne oblicze Pietruchy, która niczym kameleon zmienia się, a jednocześnie jest sobą. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest. Jestem pewny, że jeszcze będę wracał do tych utworów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anita Lipnicka & The Hats – Miód i dym

0006XKSR2FWBT9Q0-C122

Ta wokalistka udowadnia, że można zbudować swój własny świat poza popularną formacją. O ile pierwsze solowe płyty nie do końca zniosły próby czasu, o tyle wydawnictwa od 2009 roku zaskakiwały świeżością oraz mocną inspiracją bluesem, folkiem I alternatywnym rockiem. Tym razem wsparta przez muzyków towarzyszących jej od lat, co założyli grupę The Hats (gitarzysta Bartek Miarka, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Kamil Pełka oraz perkusista Bartek Niebielecki) przygotowała nowe dzieło “Miód i dym”.

Czyli będzie słodko i gorzko? A jakżeby inaczej, przeplatając się, a nawet idąc ręka w rękę. Tak jest w otwierającym całość “Z miasta”, gdzie spokojne dźwięki gitary, perkusji oraz chórku są skontrastowane z ostrzejszymi dźwiękami gitary elektrycznej. Bliżej jednak tutaj muzyce do folkowych dźwięków z Ameryki w stylistyce retro jak w “Chce tu zostać” (jeszcze te klawisze oraz wokalizy w tle) czy bardziej podrasowany gitarami psychodeliczny “Raj” (troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys), przyspieszając w “Big City”. Wielu bardzo zaskoczy oszczędne “Jak Bonnie i Clyde”, gdzie wybijają się smyczki. Nawet pojawia się odrobina country na początku pełnego przesterów “Diamond of Your Heart”, zmieniającego się w soczystego bluesa. Odrobinę oniryczno-akustyczny walczyk “Za Tobą” a’la Nick Cave chwyta niemal akustyczną aranżacja oraz obecnością dzwonów z rozpędzonym fortepianem. Warto też wspomnieć powoli rozkręcającego się “Ptaśka”, wykorzystującego ogień oraz szum wiatru “Lot Anioła”, dodający wiele animuszu czy bardzo skoczny “Whiskey Song”.

Sama Anita ma tutaj bardziej delikatny oraz pogodny wokal, będący prawdziwym miodem na uszy. I to zarówno po polsku, jak i angielsku, co nie jest wcale takie łatwe. Zaskoczeniem za to byli goście na tym albumie. Nie byle jacy, bo Tomek Makowiecki (“Jak Bonnie i Clyde”), Fismoll (“Back To The Sea”) oraz zaskakujący duet Julia Pietrucha/Ralph Kamiński (“Tęczowa”), nie będąc w żadnym wypadku tylko tłem dla piosenek.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony wielością barw na tej płycie, stanowiącą mieszankę folku, rocka z bluesem. Lipnicka po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoki poziom, a każdy dźwięk daje sporo frajdy, zaś teksty przepełnione liryzmem oraz refleksjami wznoszą całość na wyższy poziom. Prawdziwy miód na moje uszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Julia Pietrucha – Parsley

parsley

To, że aktorzy biorą się za śpiewanie nie zaskakuje mnie. Ale nawet ja nie spodziewałem się osoby, którą tym razem podjęła wyzwania. Julię Pietruchę wszyscy znali jako serialową „Blondynkę”, a potem wzięła udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, gdzie gwiazdy naśladowały innych, także głosem, co można uznać za zalążek powstania tego albumu. Ale to tylko moje spekulacje.

„Parsley” jest albumem w całości zrealizowanym przez Pietruchę. Nie tylko sama zaśpiewała, ale też napisała piosenki oraz wyprodukowała (wspólnie z mężem, scenografem Ianem Dow). Prześliczna okładka zapowiada ciepłą, niemal letnią muzykę. Wrażenie to potęguje opener „Living on the Island”, gdzie w tle słyszymy szum fal oraz ukulele. I już widziałem siebie nad tym morzem, a im dalej, tym bardziej ta nastrojowa aura była odczuwalna. Nawet obecność nie wywoływała we mnie poczucia monotonii w przeciwieństwie do tragicznego albumu Karen O., opartego na podobnym pomyśle. Marzycielski „Where You Going Tonight” z delikatną gitarą elektryczną oraz chórkami, wspierany przez jazzowa perkusję „Little More”, wreszcie pełen ognistego brzmienia skrzypiec w barwnym „Stand Still”. Nawet pojawia się miejsce dla starego rock’n’rolla („Swing Boy”), swingu („Ship of Fools”), a od połowy płyty ukulele zastępuje fortepian.

Bywa on czasami dynamiczny jak diabli („Julien”, „Ship of Fools”), ale też i bardziej wyciszony, melancholijny (singlowy „Midsummer Day’s Dream”), a z tych fragmentów najbardziej wybija się mroczniejszy „Mom”, grany na gitarze.

„Parsley”, jeśli ma być początkiem nowej drogi pani Pietruchy, jest interesującym, letnim (w sensie pory roku, w której by się jej słuchało oraz klimatu) materiałem, wprawiającym odbiorcę w stan błogiej lekkości. Takich dziewczyn z gitarami było wiele, ale z ukulele to jeszcze ani jedna. A to rzuca się w ucho.

7,5/10

Radosław Ostrowski