Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paddington

13 października 1958 dla dzieciaków z Wielkiej Brytanii miał się stać bardzo ważny, ponieważ otrzymały nowego, fajnego bohatera dla swoich czasów. Pochodził z Peru, lubił marmoladę, mówił po angielsku, był dobrze wychowany, ale też troszkę nieporadny i pakował się w różne tarapaty. Jego imię było dość trudne do wymówienia, więc dostał ludzkie imię – Paddington, gdyż na tym dworcu w Londynie został znaleziony. Miś Paddington spodobał się wszystkim, a ich autor Michael Bond (1926-2017) zapewnił sobie sympatię milionów czytelników. Kwestią czasu był fakt, żeby zainteresowali się nim filmowcy. Najpierw w formie animowanego seriali, by w 2014 stworzyć pełnometrażowy film aktorski. Zadania podjął się Paul King, reżyser wcześniej pracujący dla telewizji. I muszę przyznać, że z realizacji wyszedł dość obronną ręką.

paddington11

Sama historia to niejako – posługując się terminologią superbohaterską – origin story, gdzie poznajemy naszego misia jeszcze w Peru, wychowywanych przez wujostwo. Ich życie zmienia się z przybyciem pewnego odkrywcy, który poznał ich z cywilizacją i zaprosił ich do Londynu. Wiele, wiele lat później okoliczności zmuszają naszego misia do opuszczenia domu oraz ruszenia do Londynu, gdzie trafia do rodziny Brownów. Familia próbuje pomoc misiowi znaleźć odkrywcę i pozwalają na chwilę przenocować. Tylko, że ktoś bardzo dybie na życie niedźwiadka i chce zrobić z niego wypchanego pluszaka.

paddington12

Reżyser nie wstydzi się sięgać po ograne klisze i archetypy znane z kina familijnego – jest odpowiedzialny i zbyt nadopiekuńczy ojciec, zdrowo postrzelona matka, córka nie mogąca się odnaleźć w tym świecie oraz syn, marzący o karierze astronauty. Całość jest pełna ciepła, prostego humoru opartego na slapsticku, bo nasz miś jest strasznie nieporadny i potrafi wywołać wręcz mały Armageddon (pierwsza próba umycia się czy próba zaklejenia urwanej kartki taśmą), chociaż jest to bardzo sympatyczny i kulturalne zwierzątko z głosem Bena Whishawa. i mimo tego rodzaju humoru, to wszystko naprawdę działa. Choć film jest przewidywalny, serwuje proste przesłanie (bycie dobrym zawsze się opłaca, zło zawsze ukarane jest, a dobro zawsze wraca, rodzina to siła), robi to w sposób bezbolesny (chociaż końcówka korzysta troszkę z łopaty). A realizacyjnie ma kilka ciekawych pomysłów jak przedstawienie rodziny za pomocą… domku dla lalek, gdzie w każdym z pokoi widzimy członków i to, co robią, co dodaje troszkę świeżości czy wizyta w Gildii Geografów, wyglądającej w lekko retro-futurystycznej wersji.

paddington13

Aktorsko jest solidnie, każdy robi swoje, zaś postaci są na tyle zarysowani, że potrafią zapaść (zwłaszcza bardzo skontrastowani państwo Brown, czyli Hugh Bonneville i Sally Hawkins oraz ich sąsiad – lekko wścibski pan Curry w wykonaniu Petera Capaldiego). Ale film kradnie zarówno wspomniany Whishaw, jak i Nicole Kidman w roli czarnego charakteru – opanowanej, chłodnej manipulantki, której motywacja jest zaskakująco jasna, a w realizacji celu jest bezwzględna.

„Paddington” jako wprowadzenie do większej całości sprawdza się dobrze, mimo że troszkę trąci myszką. Niemniej potrafi zaangażować, ma w sobie wiele uroku, chociaż wydaje się być skierowany głównie do młodego widza. Ja się bawiłem całkiem nieźle i doceniam połączenie starego stylu z nowoczesnym sznytem. Widzę potencjał na większą serię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Brooklyn

Irlandia, lata 50. Nie jest to jakiś straszny czy przerażający okres w tym kraju, ale od wielu lat masa Irlandczyków wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Wśród nich jest Eilis Lacey – skromna dziewczyna, pracująca w sklepiku. Nie jest może to jakiś wielki pieniądz, praca nie należy do łatwych (szefowa nie jest zbyt przyjemną w kontakcie osobą), więc nic dziwnego, że Eilis marzy o wyrwaniu się z tej dziury. I kiedy dostaje szansę na przyjazd, dzięki wsparciu finansowemu mieszkającego w Nowym Jorku księdza, przyjeżdża i dostaje pracę. Dziewczyna coraz bardziej zaczyna się aklimatyzować i w końcu pojawia się mężczyzna z włoskimi korzeniami. I wtedy pojawiają się strasznie wieści z ojczyzny.

brooklyn1

Pozornie film Johna Crowleya wydaje się być opowieścią o imigrantach, czyli tych ludziach, którymi teraz straszy się całą Europę. Wiem, że stawianie katolickich Irlandczyków obok muzułmanów z Syrii czy Afryki, ale i nie to jest najważniejszym wątkiem tego filmu. Eilis dość łatwo aklimatyzuje się z otoczeniem, aczkolwiek pojawia się tęsknota za domem, płacz i zagubienie. Nie trwa to długo, a wtedy całość skręca w stronę melodramatu. Jest to troszkę bajkowa opowiastka (nawet więcej niż troszkę) i nie siląca się na zbytnią oryginalność, ale ogląda się ją naprawdę dobrze. Nawet pojawienie się miłosnego trójkąta jest pokazane w sposób zaskakująco subtelny, delikatny (może troszkę za delikatnie) oraz z odrobiną humoru (obiad Eilis z rodziną przyszłego męża). Trudno powiedzieć coś zaskakującego o warstwie technicznej – to stylowe i eleganckie kino z odrobiną pastelowej kolorystyki (bardzo często pojawia się zieleń) oraz lirycznej muzyki rozpisanej na smyczki.

brooklyn2

Na szczęście, Crowley wie jak poprowadzić aktorów, by uczynić całą tą banalną historię wiarygodną, chociaż powściągliwość odtwórców głównych ról dla wielu może być problemem. Złego słowa nie powiem o Saoirse Ronan, która w roli uroczej i mierzącej się z wielkim światem Eilis odnalazła się dobrze. Mimo że jej bohaterka wydaje się ucieleśnieniem niewinności oraz dobroci, to wypada przekonująco. Podobnie oszczędny jest też Domhnall Gleeson, który coraz bardziej zwraca moją uwagę. Jednak i tak film skradł Emory Cohen – jego Tony to zawadiacki, troszkę nieporadny w kwestiach uczuciowych, ale szczery i oddany facet. Prawie jak ideał.Znacznie lepszy jest tutaj drugi plan ze świetnymi Julie Walters (pani Kehoe, właścicielka domu, w którym mieszka Eilis) oraz empatycznym Jimem Broadbentem (ksiądz Flood).

brooklyn3

„Brooklyn” to sympatyczna i miła w odbiorze opowiastka z miłością, emigracją oraz próbą odnalezienia się w nowym miejscu. Czy taki film powinien walczyć o Oscara za najlepszy film? Wątpię, bo jest wiele ciekawszych, ważniejszych i lepiej zrealizowanych. Niemniej to miłe, ciepłe kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski