Christine

Podobno każdy człowiek przynajmniej raz w życiu się zakochał. Taki problem miał Arnie Cunningham – typowy szkolny kujon, troszkę nieporadny, troszkę nieśmiały, taka oferma i zamknięty w sobie okularnik. Jednak jak w przypadku każdego przedstawiciela rasy homo sapiens musiało paść i na niego. Jego partnerka miała czerwony strój, chociaż mocno znoszony. A jej imię było dźwięczne niczym metal – Christine. Jest tylko jeden mały haczyk: Christine to samochód Plymouth Fury z 1958 roku, przez co wywołuje zazdrość otoczenia.

christine1

John Carpenter to nazwisko kojarzone jednoznacznie z kinem grozy, a jeśli film jest adaptacją powieści Stephena Kinga, to sukces wydaje się murowany. „Chrstine” nie nazwałbym jednak stricte horrorem. To tak naprawdę film o miłości. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest. A jak powszechnie wiemy, miłość ma więcej twarzy niż niejaki Christian Grey.  Christine jest śliczna, co widać już od pierwszej sceny, gdy schodzi z fabryki – wygląda wprost zjawiskowo, co dokładnie pokazuje kamera. Jednak – jak to maszyna – jest straszną zazdrośnicą, która nie chce dzielić się z nikim. A jak zostanie  obrzucona wyzwiskami lub skrzywdzona wtedy nie wybacza. przekonujemy się o tym na samym początku, gdy jeden z pracowników używa jej siedzenia jak popielniczki. Im dalej w las, tym robi się groźniej. Auto nie tylko jest nawiedzone, ale siedzący w niej demon przenosi się na właściciela, uzależniając go od siebie.

christine2

Po drodze są tutaj wątki i schematy typowe dla filmów młodzieżowych: miejscowy łobuziak, pierwsza dziewczyna, bunt wobec rodziców, przyjaźń. Wszystko to obraca się tak naprawdę wokół tego toksycznego związku z Christine. Powoli odkrywamy przeszłość auta, a reżyser z brawurą realizuje kolejne sceny brutalnych ataków samochodu praktycznie niezniszczalnego. I nie ważne czy będzie próbował zabić dziewczynę Arniego w kinie samochodowym, zniszczy stację benzynową (widok jadącego auta w ogniu – niesamowite) czy przejedzie chłopaka w miejscu teoretycznie nie do przejechania. Akcje te toczą się głównie nocą, potęgując atmosferę niepokoju, a gdy w tle przygrywa muzyka autorstwa samego Carpentera (tylko syntezator) – już jest strach. Mimo ponad 30 lat na karku, sceny ataków pojazdu do dziś robią wrażenie.

christine3

Aktorstwo zaś jest co najwyżej przyzwoite. Grający główne role kumpli Arnolda i Dennisa Keith Gordon oraz John Stockwell dają sobie radę, chociaż ten pierwszy zbyt szybko odkrywa karty jako chłopak bezgranicznie zakochany w swoim samochodzie. Stockwell jest bardziej subtelny i wyważony jako kumpel, bardziej racjonalny i próbujący otworzyć oczy na jego związek z Christine. Później obaj panowie zajęli się reżyserią, wychodząc zdecydowanie lepiej na tym polu. Jeśli chodzi o drugi plan wyróznia się zwłaszcza Robert Prosky jako właściciel warsztatu, wyglądający bardziej jak menel oraz pojawiający się w połowie Harry Dean Stanton w roli detektywa.

christine4

Sama „Christine” to ubrana w konwencję thrillera/horroru historia inicjacyjna o toksycznej miłości oraz brutalnym wejściu w dorosłość. Mimo lat ma w sobie pazur (mocna druga połowa), jest pewnie prowadzona przez Carpentera, a przewrotny finał (chyba) daje wiele satysfakcji. Nic dziwnego, ze jest to tytuł wymieniany w gronie najlepszych adaptacji Kinga.

7/10

Radosław Ostrowski

Śpiewający detektyw

Poznajcie Dana Darka. Facet jest autorem tanich, tandetnych kryminałów noir. Jednak z powodu poważnej choroby skóry, zwanej artropatią łuszczycową, nie jest w stanie tworzyć. A wygląda on tak:

spiewajacy_detektyw1

Co gorsza, teraźniejszość, przeszłość i świat jego książek zaczyna się nakładać na siebie. I wtedy spróbuje mu pomóc działający z dość niekonwencjonalny sposób dr Gibbon.

spiewajacy_detektyw2

To takie krótkie streszczenie tego pokręconego filmu, bazującego na brytyjskim serialu TV napisanym przez Dennisa Pottera. Reżyser Keith Gordon miesza gatunki, bawi się konwencjami, tworząc nieprawdopodobna mieszankę, komedii, musicalu, czarnego kryminału i dramatu psychologicznego. W ręku niedoświadczonego reżysera ten kolaż, skończyłby się totalną porażką. Ale o dziwo efekt jest interesujący, chociaż intryga jest tak zamotana węzeł gordyjski. Innymi słowy mamy tutaj aż trzy przestrzenie, które nawzajem przenikają. W pierwszej pisarz Dirk jest w szpitalu, wygląda paskudnie i podejrzewa swoją żonę o niewierność. W drugim świecie Dark jest tytułowym detektywem – bohaterem swojej powieści, który dostaje kolejne zlecenie. Wreszcie jest przestrzeń trzecia, czyli przeszłość Darka, która okazuje się kluczem do rozwiązania jego obsesji. Dzięki bardzo pomysłowemu montażowi, te światy przeplatają się ze sobą, tworząc naprawdę porywający wizualnie koktajl, zwłaszcza pastisz czarnego kryminału robi naprawdę wielkie wrażenie, m.in. dzięki świetnej scenografii oraz bardzo mrocznym zdjęciom. Wszystko to jest polane mocno absurdalnym sosem (wstawki musicalowe, gdzie aktorzy udają, że śpiewają) w stylu Davida Lyncha oraz okraszone miejscami naprawdę dowcipnymi, ironicznymi dialogami.

spiewajacy_detektyw4

W całej tej szalonej konwencji odnajdują się też aktorzy. Najlepiej sobie radzi Robert Downey Jr. i to w podwójnej roli Dana Darka. Zarówno jako połamany fizycznie i psychicznie pisarz (świetna charakteryzacja), któremu zaczyna odbijać jak i prywatny detektyw z ironicznymi tekstami oraz pewnością siebie jest bardzo wiarygodny. Bogart mógłby być z niego dumny. Drugi plan jest z kolei naprawdę bogaty – tutaj najbardziej wybija się niezawodna Robin Wright (jeszcze) Penn (żona Nicole, apetyczna femme fatale Blondie oraz damulka Nina), dziarski duet Adrien Brody/Jon Polito (dwaj kilerzy) oraz urocza Katie Holmes (pielęgniarka).

spiewajacy_detektyw3

Jednak i tak najbardziej zaszalał Mel Gibson w roli ekscentrycznego lekarza, dr Gibbona. Trudno go poznać bez włosów na głowie i stosującego różne metody, m.in. manipulację. Sceny terapii z nim i Darkiem mają silny ładunek emocjonalny.

spiewajacy_detektyw5

Czasami miałem wrażenie dużego przeładowania wątków, postaci i sytuacji, ale reżyser naprawdę mocno trzyma rękę na pulsie i nie przesadza z dawkami. Zaskakująco udana mieszanka, choć nie wszystkim się to szaleństwo spodoba.

7,5/10

Radosław Ostrowski