Powrót do tamtych dni

Są takie filmy, gdzie marketing sugeruje zupełnie coś innego niż ostatecznie dostajemy. Taki jest właśnie przypadek nowego filmu Konrada Aksinowicza – reżysera głównie teledysków oraz dwóch fabularnych niewypałów, o których nawet nie warto wspominać. Ten film (początkowo noszący tytuł „Powrót do Legolandu”) to najlepsze dzieło reżysera, o wiele cięższe i poważniejsze niż się wydaje.

Akcja „Powrotu do…” toczy się we Wrocławiu początku lat 90., skupiając się na 14-letnim Tomku. Chłopak mieszka z matką, zbiera zestawy klocków Lego i chodzi do szkoły jak na nastolatka przystało. Jest jeszcze ojciec, ale on pracuje w USA i podsyła wiadomości na kasetach. Pojawia się jeszcze nowa koleżanka w szkole, a to oznacza jedno: amory. Właśnie wtedy wraca ojciec z Ameryki i wszystko wydaje się być w porządku. Porządek jednak ma to do siebie, że nie trwa długo.

Reżyser oparł historię tego filmu na własnych doświadczeniach i czuć to w każdej scenie. Początek zaczyna się jak obyczajowa historia w konwencji coming-of-age, jest Tomek z kumplami bujający się po okolicy. Sympatycznie jest bardzo, zaś klimat lat 90. oddano więcej niż dobrze. Myślisz sobie, że ten seans będzie troszkę w tonie „Zupy nic” czy jakiegoś innego komediodramatu w czasach zamierzchłych. Ale podczas obiadu przy stole z wujostwem zmienia się wszystko i zaczyna się dramat. Bo ojciec jest alkoholikiem, co oznacza jedno: będzie nieprzyjemnie. Wtedy zaczyna się najgorsze, choć głównie w sferze psychologicznej, odbijając się na wszystkich domownikach. Niby oni już mają doświadczenie z tym jak sobie poradzić, jednak to było dawno temu. Ale matka i syn próbują „ujarzmić” ojca, robiąc w domu sanatorium. Chowanie ostrych przedmiotów, karmienie gorzałą i zamykanie w pokoju. Co w zamian? Wyzwiska, majaki, szczanie w gacie, groźby – samej fizycznej przemocy nie ma. Czy to oznacza, że niby jest lepiej?

Niby takich opowieści o ludziach spętanych przez alkohol oraz najbliższych, którzy dostają rykoszetem. Aksinowicz jednak nie idzie w stronę emocjonalnego szantażu, ani też pokazywania całej tej sytuacji w sposób humorystyczny czy groteskowy. Niemniej sceny z ojcem pod wpływem (niesamowity Maciej Stuhr) wywoływały silny dyskomfort i ciężko było przewidzieć jak to się wszystko potoczy. Syn (debiutujący Teodor Koziar) przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania, zmuszony do zmierzenia się z demonami, gdzie częściowo pcha go coraz ciężej znosząca to matka (zaskakująca Weronika Książkiewicz).

Ten trójkąt jest zagrany co najmniej bardzo dobrze, bez popadanie w przesadę i przerysowanie, o co byłoby bardzo łatwo. W szczególności widać to w roli Stuhra, którego bohater coraz bardziej doprowadza się do upodlenia, doprowadzając rodzinę do wstydu. I w żadnym momencie nie wywołuje to śmiechu, lecz cały czas czuć strach. Także drugi plan ma swoje przysłowiowe pięć minut (tutaj wybija się Oliwia Gołębiowska jako nowa koleżanka z klasy czy Bogdan Koca w roli sąsiada), bez jednej słabej roli.

W zasadzie jedynym poważnym problemem pozostaje otwarte zakończenie oraz drobne problemy z dźwiękiem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Powrót do tamtych dni” to mocne, trzymające za gardło kino z alkoholem w tle. Nie dajcie się zwieść ani marketingowi, ani sympatycznej otoczce z początku filmu, bo nie oddaje sprawiedliwości temu dziełu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski