Mike Flanagan jest jednym z ciekawszych reżyserów kina grozy, choć pozostaje w cieniu kolegów w rodzaju Jamesa Wana, Leigh Wannella czy Scotta Derricksona. Ale tak jak Wan sięga po ograne schematy, by zdemolować je do góry nogami i bardziej skupia się na relacjach między postaciami, zaś elementy nadprzyrodzone są katalizatorem wydarzeń („Oculus”, „Nawiedzony dom na wzgórzu”). Nie inaczej jest w przypadku „Nocnej mszy”, gdzie groza miesza się z religią.

Akcja toczy się w małym miasteczku na wyspie, gdzie wraca po czterech latach mężczyzna. Kiedyś był bardzo wierzącym gościem, ale po spowodowaniu wypadku i odsiadce wiara może się zmienić bardzo radykalnie. Kiedyś było to miejsce pełne ludzi, głównie rybaków, ale katastrofa ekologiczna zmieniła wszystko i miasteczko zaczyna się powoli wyludniać. Bez nadziei, bez perspektyw, bez szans na cokolwiek, a jedyną ostoją jest kościół św. Patryka. Kierujący kościołem ksiądz prałat Pruitt wyruszył na pielgrzymkę do Damaszku, więc wszystkim zarządza Bev Keene. Ale pewnego wieczora na wyspie pojawia się ksiądz Hill, mający pełnić zastępstwo za niedysponowanego prałata. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy w okolicy, niektórzy mogli by je nazwać cudami.

Już ten opis sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z nietypowym horrorem, dotykającym kwestii religii i wiary. Nie liczyłbym jednak na wizualne fajerwerki, serwowanie jump-scare’ów czy walenie efektami specjalnymi. To historia budowana na tajemnicy oraz zderzeniu dobra ze złem, wiary i nauki, fanatyzmu oraz zdrowego rozsądku. Flanagan prowadzi narrację bardzo spokojnie, skupiając się na kluczowych postaciach: nowym księdzu, dewotce Keene, nauczycielce Erin Greene, wychodzącemu z więzienia Riley’owi Flynnowi, muzułmańskiemu szeryfowi oraz dr Gunning. Najwięcej uwagi skupia się na dawnej parze, czyli Flynnowi i Greene, a także tajemniczemu, choć bardzo charyzmatycznemu duchownemu. Jakie są jego prawdziwe intencje i kim jest?

Kolejne niewytłumaczalne sytuacje tylko potęgują aurę tajemnicy tak jak obecność „anioła”. I mimo, że już w trzecim odcinku poznajemy tajemnicę duchownego, to historia dalej wciąga. Nawet jeśli za bardzo przypomina „Miasteczko Salem” Kinga. Ale udaje się reżyserowi pokazać niebezpieczną siłę fanatyzmu religijnego, gdzie wszelka mniejszość czy osoby o innych przekonaniach są traktowane jako wrogie. Najpierw aluzjami i słowem jak choćby podczas dyskusji w sprawie rozdawania Biblii przez szkołę czy wszędzie, gdzie wypowiada się Keene (rewelacyjna Samantha Sloyan), nie znosząc dezaprobaty. Podobnie wydaje się działać ksiądz Hill (genialny Hamish Linklater), choć wydaje się być bardziej ludzki i pod koniec zauważa, co zrobił. Właśnie te momenty potrafiły wzbudzić we mnie grozę, pokazując człowieczeństwo z najgorszej strony. I wszystko prowadzi do brutalnego, mrocznego, ale też pełnego nadziei finału.

I jest to absolutnie rewelacyjnie zagrane. Poza w/w jest jak zawsze świetna Kate Siegel (Erin Greene), Annabelle Gish (dr Gunning), Zach Gilford (Riley) czy kradnący sceny Robert Longstreet (Joe Collie). Każdy ma swoje pięć minut, by zabłyszczeć, nawet aktorzy nastoletnio-dziecięcy, co nie jest takie łatwe (chyba, że się nazywasz Steven Spielberg). Flanagan kolejny raz tutaj potwierdza, że jest interesującym twórcą horrorowym. Buduje atmosferę prostymi środkami, nie idąca na łatwiznę i zmuszając do myślenia. To bardzo rzadka kombinacja, zwłaszcza w konwencji horroru.
8/10
Radosław Ostrowski
