Strażniczka

Początek jest dość niejasny, kiedy poznajemy pewną kobietę. Nie wiemy kim ona jest, czym się zajmuje, nie wiemy nic. Widzimy autostradę z jadącymi samochodami, a w tle komunikat. Głos kobiety opowiadającej o mężu, który ją bije i kiedy można do niej przyjść. Na miejscu okazuje się, że nasza bohaterka (w rękawiczkach) przekonuje mężczyznę, by przestał bić żonę, dał jej święty spokój oraz opuścił dom. I jak się okazuje, nasza protagonistka robi to nie od dzisiaj, zaś jej imię to Sadie. Ma kobieta pewną mroczną tajemnicę, która ją naznaczyła.

strazniczka1

„A Vigilante” (oryginalny tytuł bardzo pasuje) to dość dziwaczne kino zemsty. Osoby szukające akcji w stylu „Uprowadzonej” czy innego „Johna Wicka” nie znajdą tutaj zbyt wiele. Tu nie liczą się bijatyki, strzelaniny czy popisy kaskaderskie, ale bardziej wejście w umysł oraz psychikę naszej bohaterki. Czyli bardziej kino w rodzaju „Nigdy Cię tu nie było”, tylko bez faszerowania symboliką oraz onirycznymi wstawkami. Ale ten bardzo specyficzny klimat jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala bliżej naszą bohaterkę, z drugiej jednak działa wręcz miejscami usypiająco. Trudno wejść w całą historię, bo jest ona szczątkowa. Jedyne, co łączy wszystko jest Sadie, jej mroczna przeszłość oraz kolejne próby „wyzwolenia” osób od przemocy domowej.

strazniczka2

Sama przemoc jest tu krótka i niezbyt efektowna, ale zapada mocno w pamięć. I nie ważne czy mówimy o próbie ataku przez trzech facetów czy finałowej konfrontacji z mężem. To jednak tylko dodatki do historii kobiety, która decyduje się pomagać ofiarom przemocy. Nie ważne czy ofiarą jest kobieta, dziecko czy mężczyzna, bo takie psychiczne wyniszczenie nie ma płci.

strazniczka3

A jedynym magnesem tego dzieła jest Olivia Wilde, która daje z siebie wszystko. Kiedy działa w akcji, sprawia wrażenie niezłomnego, twardego monolitu. Czegoś takiego nie da się złamać, ale w wielu innych scenach widać pewne rozedrganie, niepewność, tłumiony lęk. Popatrzcie na te oczy, w których malują się wszystkie emocje. I to ona czyni ten film interesującym.

Więc czy warto zmierzyć się ze „Strażniczką”? Olivia Wilde gra rolę życia, temat przemocy domowej zawsze na czasie, a nietypowa forma może zachęcić poszukiwaczy bardziej ambitnego kina. A reszta się odbije, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Świat według T.S. Spiveta

T.S. Spivet ma 10 lat i nie jest typowym dzieckiem. Ale czy może być inaczej, jeśli jego matka zajmuje się badaniem owadów, a ojciec jest kowbojem? Jedynie siostra sprawia wrażenie normalnej i marzy o wygraniu konkursu piękności. Jest jeszcze brat – Layton, ale zginął wskutek tragicznego wypadku. Pewnego dnia dostaje wiadomość z Instytutu Smithsonian, że wygrał nagrodę za stworzenie perpetum mobile. Chłopiec decyduje się uciec z domu i pojechać w tajemnicy do Waszyngtonu.

t.s._spivet1

Jean-Pierre Jeunet postanowił podbić USA, jednak nie zrezygnował ze swojego stylu, pełnego surrealizmu i elementów groteskowych, aczkolwiek jego ilość jest mniejsza niż zwykle. O czym tak naprawdę jest ten film? O nieprzeciętnym i nieprzystosowanym do otoczenia geniuszu, radzeniu sobie z traumą, wybaczeniu, a wszystko to ubrano w konwencję kina drogi. Nie jest to jednak naiwny czy pretensjonalny film familijny zrealizowany dla przeciętnego amerykańskiego odbiorcy, którego trzeba prowadzić za rączkę. Każda postać napotkana przez Spiveta wyróżnia się – nocujący w wagonie Two Clouds, kierowca ciężarówki fotografujący zabieranych przez siebie autostopowiczów czy próbujący dogonić chłopaka policjant-służbista – zapadają w pamięć, ubarwiając tą kolorową historię. Pięknie, niemal pastelowo wyglądają plenery Montany (w ogóle sceny plenerowe), dorzucają do ekranu różne rysunki, wzory i obliczenia dokonywane przez naszego bohatera w trakcie wędrówki. Jakby film zrobiony przez dziecko został.

t.s._spivet2

Może drażnić westernowa muzyka, ale na szczęście to jedyna poważna wada. Zachwyca scenografia, ze szczególnym uwzględnieniem domu Spivetów. Salon ojca to istna zbieranina przedmiotów z Dzikiego Zachodu, w kuchni jest sporo miejsca, gdzie są spalone tostery czy… kolekcja owadów mamy. Tak ekscentryczną familię spotyka się głównie w filmach Wesa Andersona, ale nie jest ona w żaden sposób dysfunkcyjna czy patologiczna. Widać, ze się kochają i bez siebie nie potrafią żyć, ale uświadomi ich dopiero przepracowanie traumy. Nie ma też zaskoczeń, jeśli chodzi o portret miasta, gdzie dominuje fałsz, hipokryzja oraz próba żerowania na sukcesie innych (asystentka dyrektora Instytutu, pani Jibsen), co dobitnie pokazuje wywiad w telewizji. To są jednak jedyne mroczne momenty w tym niezwykłym i magicznym filmie.

t.s._spivet3

Dodatkowo ma świetnych aktorów. Objawieniem jest tutaj grający tytułowa rolę Kyle Catlett, ale aktorzy dziecięcy w USA zawsze są znakomici i to jest kolejne potwierdzenie tej reguły. Z bardziej doświadczonych aktorów błyszczy Helena Bohnam Carter, która nie wygląda dziwacznie ani ekscentrycznie, bardzo dobrze odnajdując się w roli matki – sympatycznej i troskliwej, mimo swojego nietypowego zajęcia kobiety. Także drobne epizody Dominique’a Pinon (Two Clouds) czy paskudnej Judy Davis (śliska pani Jibsen) zasługują na wyróżnienie, wykorzystując w pełni swój czas.

t.s._spivet4

To jest przykład ciepłego, ale nie głupiego kina familijnego. Dowód na to, że Jeunet nadal potrafi czarować i zachwycać.

8/10

Radosław Ostrowski