Cat Power – Wanderer

d2FjPTQ1MHgx_src_6186-Cat-Power_1

Na nowy album tej amerykańskiej wokalistki alternatywnej sceny bluesowej trzeba było czekać aż 6 lat. „Sun” było pierwszym albumem Cat Power, jaki trafił w moje ręce i zrobił na mnie spore wrażenie. Dodatkowo jest to pierwsza płyta nagrana poza dotychczasową wytwórnią Matador Records. Tytuł niby zwiastuje cuda, ale czy naprawdę warto ich się spodziewać?

Początek ba bardzo krótkie tytułowe intro śpiewane a capella oraz pełne głosów w tle. A potem wchodzi dość zaskakujący „In Your Face”, czyli blues grany na fortepianie oraz oszczędnych, egzotycznych bębenkach. Spokojnie, delikatny, wręcz nostalgiczny. Troszkę żywszy wydaje się „You Get” z bardzo chwytliwym refrenem, ale klimat nadal pozostaje zachowany. A jeszcze większym zaskoczeniem było singlowe „Woman”, gdzie gościnnie pojawiła się Lana Del Rey. I to połączenie plus Hammondy w tle zmieszane z akustyczną gitarą tworzą jeden z żywszych utworów na tym albumie. Zaś zderzenie rozmarzonego głosu Lany z bardziej „zużytym” Cat wypada bardzo dobrze. Drugą niespodzianką jest cover utworu Rihanny „Stay”, z inaczej grającym fortepianem oraz wolniejszym tempem. Warto też wspomnieć o pianistycznym „Horizon”, gdzie pod koniec wokal zostaje obrobiony komputerowo.

Trudno jednak nie zauważyć, że „Wanderer” jest bardzo spokojnym, wręcz lekko monotonnym albumem, gdzie pozornie nie dzieje się zbyt wiele. Cat Power stawia na klimat i choć poprzednik był bardziej przebojowy, to trudno odmówić „Wanderer” tego bardzo intymnego nastroju, jakiego nie da się opisać słowami. Także to słychać w tekstach, gdzie nie brakuje wspomnień rodziny („Horizon”) czy kwestii kobiecości („Woman”). Warto dać szansę tej jesienno-zimowej płycie.

7/10

Radosław Ostrowski

Lana Del Rey – Ultraviolence

Ultraviolence

Mówi się o niej, że jej jedynym talentem jest marketing i posiadanie ojca milionera. Oraz naprawdę duże usta. Ale o nikim innym w 2012 roku nie mówiło się tak często jak o Elizabeth Grant zwanej też Laną Del Rey. Po debiutanckim (powiedzmy) „Born To Die”, które zrobiło na mnie dobre wrażenie musiał pojawić się album nr 2. Tytuł mocny – „Ultraprzemoc”. Czy będzie brutalnie?

Za produkcję odpowiada głównie Dan Auerbach, czyli jedna druga The Black Keys. Jeśli spodziewacie się zmiany stylistyki (nostalgia pachnąca latami 60.), to się przeliczyliście, bo Auerbach to wyciska jeszcze bardziej, co słychać w otwierającą całość „Cruel World”. Gitara elektryczna w tle, zapętlająca perkusja, przestrzenny głos i różne elektroniczne wstawki z organami na czele. Tytułowy utwór wyróżnią się smyczkami oraz mocną perkusją, równie rozmarzone jest „Shades of Cool” (ta perkusja lekko westernowa). Klimat więc zachowano, a nawet uczyniono bardziej staroświeckim, choć można odnieść wrażenie, że piosenki zlewają się ze sobą i ma się wrażenie słuchania jednego, tego samego utworu. Zdarzają się jednak wyjątki jak „West Coast” ze zmiennym tempem, „Pretty When You Cry” z mocnym riffem pod koniec (podobnie „Money Power Glory”) czy smyczkowo-pianistyczny „Old Money”. Reszta wypada całkiem nieźle, a bardzo charakterystyczny wokal Lany współtworzy ten nostalgiczno-melancholijny klimat.

Powiem tylko tak: to solidna płyta, która ma potencjał na serwowanie letnich hitów. A jak lubiliście „Born to Die”, to i tu znajdziecie wiele dla siebie. Ja tez trochę znalazłem fajnych rzeczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski