Road House

Są takie filmy, którym remake jest tak potrzebny jak łysemu grzebień. Bo raczej nie da się przebić pewnego poziomu i pułapu, do którego sięgnął poprzednik. Albo są dziełami swoich czasów, które nie są możliwe do odtworzenia. Czy te obawy sprawdziły się w przypadku nowego „Wykidajły”, eeee, „Road House”?

Tym razem naszym herosem jest Elwood Dalton (Jake Gyllenhaal) – gość niepozorny i opanowany, który dorabia sobie w nielegalnych walkach. Jednak chyba nie idzie mu za dobrze, bo mieszka w samochodzie. Wtedy zgłasza się do niego Frankie (Jessica Williams) – właścicielka przydrożnego baru w miasteczku na Florydzie. Potrzebny bramkarz do opanowania bałaganu oraz rozrabiaków. Po awarii samochodu, decyduje się wyruszyć. Resztę znacie z oryginału, choć jest lekko zmodyfikowane. Czyli staje na odcisk lokalnego biznesmena (Billy Magnussen), który chce przejąć lokal dla własnego interesu.

Tym razem nową wersję „Road House” nakręcił Doug Liman, czyli specjalista od kina akcji („Tożsamość Bourne’a”, „Na skraju jutra”) i w teorii wydawał się odpowiednią osobą do tego zadania. Remake sprawia wrażenie filmu nie aż tak szalonego i przerysowanego jak poprzednik, zaś zmiana realiów (słoneczna Floryda) na pewno pomogła. Jest bardziej poważnie, pojawiają się krótkie retrospekcje z mrocznej przeszłości Daltona (bo protagonista bez mrocznej przeszłości jest nudny) – gdy jeszcze był zawodnikiem mieszanych sztuk walki. Nie oznacza to, że humor wyparował całkowicie – jest parę one-linerów i ciętych tekstów. Sama akcja jest o wiele bardziej dynamiczna, ze sporą ilością zbliżeń oraz szybkiej pracy kamery. Pierwsza bójka z plaskaczem czy finałowa konfrontacja ze zmianami perspektyw potrafią dać sporo frajdy.

Problem jednak w tym, że ta historia traci swój impet. Motocykliści, jedzący krokodyl, jachty, skorumpowany szeryf. O dziwo w pierwszej połowie jest zadziwiająco więcej muzyki niż się spodziewałem. Dialogi są niezłe, ładnie to wygląda, a w tle gra głównie gitarowa muzyka. Niemniej samo zakończenie lekko rozczarowuje, efekciarska akcja nie ekscytuje i jest przegięta (nawet mamy eksplozję i wjazd do baru… motorówką).

I wtedy w połowie filmu pojawia się Conor McGregor jako silnoręki Knox, który ma rozwiązać sprawę. Facet w zasadzie gra samego siebie, ze swoim irlandzkim akcentem, robiąc kompletną rozpierduchę. Dosłownie i w przenośni, bo grać on kompletnie nie umie, ale jak ma się naparzać, to się naparza. A jak sobie radzi z główną rolą Gyllenhaal? Jest cholernie dobry, ma sporo charyzmy i wiele razy prezentują swoją seksowną klatę, by panie miały na czym zawiesić oko. Absolutnie dobry casting. Reszta postaci w sumie jest (najbardziej wybija się B.K. Cannon jako córka właściciela księgarni oraz przerysowany Magnussen jako rzekomy czarny charakter), wypadając poprawnie.

Czy potrzebny był ten remake? W zasadzie nie, bo nie ma ani tego szaleństwa, brawury oraz potężnej dawki przerysowania. Niemniej potrafi dostarczyć odrobiny frajdy z seansu, głównie dzięki niezawodzącemu Gyllenhaalowi i pięknemu otoczeniu.

6/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz

Są takie filmy, o których ciężko się mówi. Nie dlatego, że podejmują ciężkie tematy, są nieprzystępne formalnie czy wywołują kompletną konsternację. Chodzi raczej o to, że zdradzając zbyt wiele z fabuły można popsuć wiele niespodzianek oraz zaskoczeń. Takimi produkcjami pełnymi twistów w ostatnim czasie byli „Barbarzyńcy” oraz „Strange Darling”, a do tego grona dołącza „Towarzysz”.

Sam początek zapowiada historię miłosną. Widzimy dziewczynę żywcem wziętą z lat 60. Iris (Sophie Thatcher), która chodzi po supermarkecie. Tam poznaje niejakiego Josha (Jack Quaid), który ma zabójczy uśmiech i jest bardzo nieporadny, ale w uroczy sposób (pomarańcze ze stoiska wypadają). To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Potem widzimy nasza parkę jadącą do chatki poza miastem, we wielkim lesie. Tylko, że chatka to cholernie wypasione domostwo, które należy do Siergieja (Rupert Friend) i jego dziewczyny Kat (Megan Suri). Poza nimi jest jeszcze para chłopaków, mocno przy kości Eli (Harvey Guillen) oraz Patrick (Lukas Gage). Imprezka się rozkręca, alkohol leci i wskutek pewnych okoliczności Siergiej zostaje zabity.

Reżyser Drew Hancock ewidentnie idzie drogą „Barbarzyńców” (reżyser tego filmu Zach Gregger pełni rolę producentem wykonawczym), czyli filmu pełnego twistów, zaskoczeń i gatunkowych hybryd. Coś, co zaczyna się jak historia miłosna, zaczyna skręcać w rewiry thrillera, krwawej jatki, a nawet elementy SF. Sama historia zaczyna mieć kolejne warstwy, dialogi są pełne drobnych podtekstów, zaś kolejne wolty nie sprawiają wrażenia przestrzelonych czy przekombinowanych. Kameralność opowieści i poczucie izolacji działają na plus, widzimy też toksyczność relacji damsko-męskich, gdzie istotną rolę odgrywa kontrola, manipulacja i dominacja. „Towarzysz” jednak bardziej skupia się na aspektach dreszczowca oraz trzymania w napięciu, co robi bardzo dobrze. Poczucie niepokoju i zagrożenia jest bardzo intensywne, próbując do samego końca kibicować naszej bohaterce.

A ta świetnie jest grana przez Sophie Thatcher, która tu błyszczy. Nie tylko wygląda zjawiskowo, ale bardzo przekonująco pokazuje przemianę od bardzo nieśmiałej i zagubionej do pewnej siebie kobiety, znającą swoją wartość. Brzmi może schematycznie, ale nie czuć tutaj sztuczności czy drogi na łatwiznę. Równie dobrze wypada Jack Quaid, początkowo sprawiając wrażenie sympatycznego faceta. Ale to tylko fasada, skrywająca kogoś bardziej niebezpiecznego. Reszta postaci też ma swoje pięć minut, choć całość skradł Friend jako Siergiej. Z ruskim akcentem, wąsem i fryzurą na czeskiego piłkarza kradnie każdą scenę.

Chyba udało mi się uniknąć spojelerów, ale jedno mogę powiedzieć: „Towarzysz” to kolejny stylowy dreszczowiec, który skręca w inne rejony niż się początkowo wydaje. Powiedziałbym, że to idealny film dla Walentynki i nie ma w tym żadnej ironii. Po seansie pary spojrzą na siebie zupełnie inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski