Kill Bill: The Whole Bloody Affair

Nawet w największych snach się nie spodziewałem, że będę miał kiedykolwiek obejrzeć „Kill Billa” na dużym ekranie. Żeby jednak było jeszcze bardziej ekscytująco, Tarantino sklei obydwie części w jeden długi film. Ponad 4-godzinny epos (z 15-minutową przerwą) o zemście może brzmieć przytłaczająco, ale już od pierwszych scen wszystko staje się jasne.

Jak wszyscy pamiętamy historia skupia się wokół ciężarnej Panny Młodej (Uma Thurman), która pada ofiarą rzezi przed ślubem. Giną w niej wszyscy uczestnicy (w tym pastor, pan młody, świadkowie i organista). Mimo postrzału w głowę nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. Po czterech latach w końcu się wybudza, przekonana o śmierci dziecka, planując jeden cel i jeden cel tylko: zemścić się na swoich zabójcach. A byli to jej dawni znajomi, należący do grupy Zabójczego oddziału Żmij pod wodzą Billa (David Carradine). Poza nim celami są: O-Ren Ishii (Lucy Liu) – obecna szefowa Yakuzy, brat Billa Budd (Michael Madsen), jednooka Elle Driver (Daryl Hannah) oraz Vernita Green (Vivica A. Fox).

Tarantino, jak to w swoim stylu, bawi się konwencją, chronologią oraz estetykami. W kolejnych rozdziałach poznajemy historię panny młodej (na początku jej imię jest ocenzurowane), pozostałych członków barwnych zabijaków oraz ich sprzymierzeńców. Zderzenie wschodnich sztuk walki, amerykańskich gangsterów, Yakuzy, mieczy samurajskich, kung-fu, westernowej muzyki od Luisa Bacalova i Ennio Morricone tworzy jedną z najbardziej zwariowanej, nieoczywistej mieszanki. Okraszonej jak zawsze świetnymi dialogami, niepozbawionymi humoru i odniesień do popkultury, niemal ciągle zmieniając rytm i tempo. O ile pierwsza połowa jest brutalna, krwawa oraz (ciągle) szokująco makabryczna – krew leje się wiadrami niczym w slasherze, o tyle druga bardziej skupia się na dialogach, włącznie z finałową konfrontacją z Billem.

Całość jest świetnie sfotografowana – to była pierwsza współpraca reżysera z Robertem Richardsonem, znanym ze współpracy m. in. z Oliverem Stonem i Martinem Scorsese – oraz bardzo efektownie zmontowana. Nie brakuje tu długich ujęć (akcja w japońskiej knajpie przed jatką), przejść z koloru na czarno-białą taśmę (chwila przed zabójstwem Panny Młodej czy zakopanie kobiety żywcem), a nawet dłuższej sekwencji anime (przeszłość O-Ren i jej krwawa droga zemsty – kapitalny moment, który sprawdziłby się jako krótki metraż), więc nie ma tu miejsca na nudę. Sama akcja jest bardzo intensywna, bardzo szybko (choć czytelnie) zmontowana: wielka rozpierducha z Obłędem 88 – tym razem pokazana w kolorze, pełnej okazałości – pełna szaleństwa i nadal imponujących popisów kaskaderskich z lataniem niczym w filmach wuxia, bardzo ciasna walka w kamperze z Elle czy intensywny trening u szorstkiego Pai Mei. Te momenty zostają na długo w pamięci.

Jedynym dla mnie zgrzytem tej wersji „Kill Billa” jest dodany na końcu (dłuuuuuuuuuuuuuuugim końcu z ilością napisów końcówki dłuższą niż we „Władcy Pierścieni”) zagubiony rozdział. Czyli animowana sekwencja osadzona w świecie… gry „Fortnite”. Kreska w stylu growym wypada ok, głosy brzmią nieźle (włącznie z samym Tarantino), ale tak naprawdę jest zwyczajnie zbędna i niepotrzebna.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Kill Bill: The Whole Bloody Affair” jest fenomenalnym doświadczeniem, który całkowicie pochłania. Od absolutnie kapitalnego aktorstwa (dla mnie to najlepszy występ Umy Thurman, ale także rewelacyjny są David Carradine, Lucy Liu, Michael Madsen czy w podwójnej roli Michael Parks) przez oszałamiającą zabawę warstwą audio-wizualną aż po rewelacyjnie napisany scenariusz. Absolutnie nie spodziewałem się, że produkcja z 2003 roku będzie najbardziej elektryzującym filmem obejrzanym w tym roku. Wstyd nie znać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z dystansu

Henry Barthes jest nauczycielem pojawiającym się na zastępstwie na 3 tygodnie. W nowej szkole nie jest zbyt dobrze – wyniki słabe, w dodatku grozi likwidacja. A jakby tego mało przypadkowo poznaje młodą prostytutkę Ericę, która z nim zamieszkuje.

dystans1

Tony Kaye wbił się w świadomości kinomanów, dzięki „Więźniowi nienawiści”. Ale tym razem postanowił zrobić film o szkole. Ale jeśli spodziewacie się kolejnego „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, to możecie sobie seans odpuścić. Bo reżyser nie słodzi, nie ubarwia i pokazuje szkołę jako piekło. Może trochę przesadziłem – nauczyciele są zmęczeni i/lub wypaleni, gównażeria, przepraszam młodzież jest albo rozwydrzona, rzuca mięsem, bawi się w bicie kota schowanego w plecaku i w ogóle ma w dupie, nie zależy na niczym, a rodzice – k*** kto? – w ogóle się nie pojawiają, a nawet jak ich słychać, to traktują tą instytucję jako sposób do żebrania laptopa dla dzieciaka. 100% realizmu, a paradokumentalna konwencja współtworzy tą smutną atmosferę. Nawet humor jest dość cierpki, a całość naprawdę poruszająca. Czy jest w ogóle szansa na nawiązanie dobrych relacji uczeń-nauczyciel, poza trzymaniem dystansu do siebie, bo tylko w ten sposób mogą obronić się przed porażką? W ogóle jest jakaś szansa? Tu nie ma odpowiedzi. W dodatku całość zgrabnie przeplatając ze scenami przeszłości bohatera oraz animacjami z tablicy.

W dodatku jest to fantastycznie zagrane, choć tak naprawdę przykuwa uwagę jedna osoba – Adrien Brody. Jako Barthes wydaje się interesującym nauczycielem, bo potrafi nawiązać kontakt z trudnymi uczniami, ale jednocześnie jest zdystansowany wobec wszystkiego i wszystkich. Nawet wobec umierającego dziadka, przypadkowo poznanej dziewczyny (porażająca Sami Gayle). Inni nauczyciele albo noszą maski sarkastycznych kawalarzy (James Caan), inni jak pedagog (Lucy Liu) przeżywają załamanie nerwowe, a inni zachowują obojętność (Christina Hendricks). W ogóle każdy z aktorów popisał się tworząc wyrazistą postać, nawet mając kilka minut.

dystans2

Film może mało znany (powstał dwa lata temu) i nasi dystrybutorzy olali go w kinach. Może w DVD będzie miał większe szanse? Kapitalne kino, po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek o żelaznych pięściach

Jungle Street, małe miasteczko w XIX-wiecznych Chinach. To tu ma dojść złoto gubernatora, którego ochrony podjął się Złoty Lew – niestety, ten został zamordowany w trakcie. Jego syn X-Blade, podejmuje się próby odzyskania złota z rąk klanu. Złotem interesuje się też niejaki Jack Knife, a w cała sprawę zostaje wplątany Kowal.

kowal

Już zwiastuny zapowiadały, że będzie to mordownia naśladująca styl Quentina Tarantino. Nie brakuje tu szybkiego montażu, lekkiego połamania chronologii, masy krwi, ale tutaj jest jeszcze mieszanka filmów samurajskich i westernu, a twórcą tego całego zamieszania jest niejaki RZA – raper, znany jako członek kultowego składu Wu-Tang Clan, który debiutuje jako reżyser. Efekt jest kompletnie szalony i nieobliczalny, intryga choć prosta wciąga totalnie, choreografia walk jest niesamowita i ogląda się to z wielką frajdą – czegoś tak szalonego nie widziałem od dawna. Mamy tu zemstę, honor, przemoc, seks, a w tle leci hip-hop. To tylko jeden z paru szalonych pomysłów, jaki reżyser ma w zanadrzu (wojownik dosłownie niezniszczalny – nożami, pięściami nic nie zrobisz). Tego nie da się opowiedzieć, zalatuje filmami klasy B, ale trochę brakuje tego sznytu jak u Quentina (dialogi nie są tak dobre).

Aktorsko mamy tu do czynienia z poważnymi minami, mówiącymi poważne dialogi o poważnych sprawach – brzmi to sztucznie, ale chyba o to chodziło. Grający główną rolę RZA radzi sobie nieźle, ale całe szoł i tak skradł Russell Crowe w roli tajemniczego Jacka Knife’a, który jest najbardziej wyluzowany z całej obsady. Reszta wypada równie ciekawie, choć większość głównie się drze, wali pięściami, nogami, mieczami i wszystkim co pod ręką.

knife

To jest jeden z takich filmów, które należy samemu przeżyć i doświadczyć. Więcej nie powiem, bo to nic nie da. Jeśli lubiliście filmy QT, Bruce’a Lee i filmy w stylu „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, to „Człowiek o żelaznych pięściach” powinien się spodobać, jako wypadkowa tych filmów.

7/10

Radosław Ostrowski