Zaczyna się banalnie, by nie rzec zwykle. Mężczyzna w średnim wieku idzie na randkę z młodszą od siebie kobietą. Od razu widać, że są ze sobą od dłuższego czasu i nie jest to tylko zauroczenie czy przygodny seks. Kolacja, dyskoteka, noc w domu. I to w tym ostatnim momencie dochodzi do najgorszego: mężczyzna słabnie i upada. Mimo natychmiastowej reakcji kobiety oraz szybkiego dojazdu do szpitala, starszy pan umiera. Od tej pory życie dziewczyny o pięknym imieniu Marina zaczyna się zmieniać na gorsze, a rodzina nieboszczyka traktuje ją jak trędowatą. Dlaczego?

Film Sebastiana Lelio zaskoczył wszystkich, kiedy otrzymał dwa lata temu Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Zwłaszcza, że najczęściej obstawiano skandynawski “The Square” oraz rosyjską “Niemiłość”. Sama historia wydaje się prosta i skupia się na tytułowej kobiecie. Tylko, że Marina nie zawsze była kobietą, co dla rodziny jest jeszcze cięższe do przetrawienia. I wywołuje w nich wrogość, nienawiść, a nawet niechęć. Familia musiała wiedzieć, że ich (były) mąż oraz ojciec ma kogoś, co już wywołałoby animozje. Ale w tym przypadku atak jest mocniejszy z powodu poprzedniej płci dziewczyny, zaś uprzedzenia dają o sobie znać jeszcze bardziej. Reżyser jednak nie idzie na łatwiznę w budowaniu postaci, nie robiąc z Mariny tylko bezbronnej ofiary. Chociaż musi walczyć o to, by być traktowana jak człowiek (sceny, gdy jest badana u lekarza czy w obecności policjantki), jak kobieta czy móc pożegnać się ze swoim ukochanym. Ta opresyjność ma charakter słowny (rozmowa z byłą żoną i przede wszystkim synem) czy wręcz fizyczny (porwanie – troszkę przesadzone) oraz reakcji służb czy to medycznych, czy mundurowych. Jakby chcąc wymazać ją z obecności jakby nigdy nie istniała.

I to miejscami naprawdę potrafi zaboleć. Ale ja nie mogłem od Mariny (zjawiskowa Daniela Vega) oderwać oczu. Nie chodzi tylko o fizyczną urodę, ale też o silny charakter, wyhartowany z reakcji innych. Potrafi pokazać swoje opanowanie jak też zaatakować (moment, gdy kobieta wchodzi na samochód rodziny zmarłego), lecz także mocno czuć jej klincz z członkami rodziny (oprócz Gabo, który jako jedyny traktuje ją jako normalną osobę). A wszystko za pomocą drobnych spojrzeń oraz mowy ciała. Ale reżyser czasem “udziwnia” historię wprowadzając sceny oniryczne, niepozbawione zbyt czytelnej symboliki (Marina idąca pod silny wiatr), przez co “Fantastyczna kobieta” traci wiele ze swojej mocy. Chociaż nie brakuje poruszających i zachwycających momentów jak “odlatująca” scena tańca w dyskotece czy pożegnania ze zmarłym przed kremacją. Wiele w tym zasługi wyczucia reżysera, jak i przepięknej muzyki Matthew Herberta jakby wziętej z filmu Almodovara.

Nie brakuje tutaj scen troszkę chybionych, ale od filmu Lelio nie można oderwać oczu. Zjawiskowa, szczera, naturalna, chociaż czasami odlatuje w dziwaczne rejony. Jednak ostatecznie wychodzi z tego taki ludzki, bez epatowania jakąkolwiek ideologią historia o byciu sobą oraz walce o własną godność.
7/10
Radosław Ostrowski



