

Mike Oldfield to bardzo uznany gitarzysta i w ogóle instrumentalista (gra także na klawiszach), który ostatnio jakoś nie był w formie (tragiczna płyta „Tubular Beats”, która będzie mnie prześladować na długie lata). Ale chyba przyszedł po rozum do głowy i postanowił wydać nowy album zpremierowymi kompozycjami, zamiast odgrzebywać stare hity. Ktoś jeszcze mógł w to uwierzyć?
Za produkcję tego albumu odpowiada Mike Oldfield (także gitara elektryczna) oraz Stephen Lipson, który współpracował m.in. z Annie Lennox, Cher czy Pet Shop Boys. Zadanie było proste – miało być odrobinę rockowo, a jednocześnie przebojowo. Skrzyknięto sesyjnych muzyków tworząc zespół w składzie: basista Leland Sklar, perkusista John Robinson, klawiszowiec Matt Rollings i gitarzysta Michael Thompson. Zaś wokalistą został Luke Spiller z zespołu The Struts. Jaki powinien być efekt? O dziwo, bardzo przyzwoity. Już otwierający całość „Sailing” pokazuje potencjał tej płyty (może i trochę za bardzo przypomina „Moonlight Shadow”, ale solówki gitarowe Oldfielda brzmią naprawdę solidnie). Dalej jest dość różnorodnie: od akustycznych i delikatnych fragmentów, które nabierają siły, wzbogacone przez dźwięki innych instrumentów (tytułowy utwór czy „Moonshine”). Nie brakuje też pójścia w elektronikę (klawisze w „Castaway” czy brudniejsze „Chariots”), zaś całość sprawia wrażenie delikatnego, trochę wyciszonego albumu soft-rockowego. Zwiewnego (pięknie brzmi ta gitara w „Dreaming in the Wind”), choć czasem pojawia się pazur (mocne „Nuclear”).
Spiller na wokalu radzi sobie naprawdę dobrze i trudno tak naprawdę się do niego przyczepić. Nawet wtedy, gdy trzeba trochę podnieść głos, radzi sobie solidnie. Tak jak cały ten album.
7/10
Radosław Ostrowski
