Dywizjon 303. Historia prawdziwa

Pora na kolejny film o Dywizjonie 303, ale tym razem nasi dzielni, wspaniali i utalentowani filmowcy spróbowali opowiedzieć historię, bazując na legendarnej powieści Arkady’ego Fiedlera. Przynajmniej taki mają PR, a prawda niekoniecznie musi się za nimi kryć. Bo co może pójść nie tak, jeśli przed kamerą staje Denis Delić (reżyser wybitnego filmu „Ja wam pokażę”), producentem i współscenarzystą jest Jacek Samojłowicz (legendarna „Kac Wawa”), zaś w rolach głównych zobaczymy kompletnie nieznanych aktorów jak Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski czy Antoni Królikowski?

W zasadzie sposób opowiadania historii naszych pilotów wydaje się na pierwszy rzut oka podobny. Też jest dość chaotycznie, ale za to przynajmniej są podane już konkretne daty, przez co jednak byłem w stanie się jednak chronologicznie odnaleźć. Jednak żeby pokomplikować sprawę, zostają wrzucone retrospekcje, z których tylko jedna (scena szkolenia przez Urbanowicza w Dęblinie) jest uzasadniona. Do tego twórcy są bardzo ambitni, bo pojawia się też spojrzenie na to starcie z perspektywy dwóch niemieckich pilotów. Sam pomysł dodaje trochę świeżości, jednak wykonanie jest tak sztampowe, że boli. Bo jeden jest fanatycznym nazistą, drugi bardziej ze starej szkoły i nawet przyjaźnił się z Urbanowiczem. Zgadnijcie, który z nich dostanie „nagrodę” od Goeringa?

dywizjon_3031

Niemniej film mnie pary razy zaskoczył. Po pierwsze, mimo mniejszego budżetu od wersji brytyjskiej, po prostu lepiej wygląda. I nie chodzi tylko o kolorystykę, jasność, ale też film jest troszkę bardziej wystawny. Mamy nie tylko koszary i bar, gdzie nasi chłopcy piją na koszt Sikorskiego, ale jest także baza lotnicza Niemców, sztab brytyjski, jakiś szpital (zaatakowany przez lotników z Reichu), a nawet teatr. I to żadne biedne dekoracje, tylko naprawdę porządnie wyglądające miejsca. Także same sceny lotnicze wyglądają o niebo lepiej od tego drugiego filmu, choć efekty specjalne to nadal średnia półka. Nie ma tutaj chaosu, wszystko jest ciekawie zainscenizowane i potrafi to trzymać w napięciu. Jeśli chodzi o zalety, to w zasadzie tyle. Jeszcze twórcom udało się wykorzystać prawdziwe archiwa (filmy, zdjęcia) i wpleść je do fabuły, tak jak postać Arkady’ego Fiedlera.

dywizjon_3033

Ale cała reszta to pierwszorzędne partactwo. Scenariusz nadal jest powiązanym ciągiem scen, gdzie wojna jest gdzieś tam w tle, czasem przypominając o sobie. Klimat jest jak na tego typu kino zbyt lightowe, wręcz sielankowo-kiczowate. Nasze chłopaki czasem kogoś zastrzelą, a to poderwą jakąś laleczkę (zwłaszcza Zumbach i dość rozbudowany wątek, ale o tym nie warto gadać), ale nie czuć powagi wydarzeń, żadnego dramatu czy dylematów. Choć nie, jest jedna mocna scena związana z… dance macabre, która mocno chwyciła. Tylko, że to troszkę za mało, by kompletnie przejąć się tymi postaciami. W zasadzie (poza Zumbachem i Urbanowiczem) o tych postaciach nie wiemy nic, a co gorsza, zlewali się w taką masę, że nie byłem ich w stanie od siebie rozróżnić. Nawet Kent zostaje olany i ograniczony do roli statysty. Sami Anglicy też nie zapadają w pamięć, co jest kompletnie niewiarygodne.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o aktorstwie, ale to wszystko jest na poziomie jakiejś telewizyjnej produkcji, co udaje film za dużą kasę. Czy tylko mnie już drażni oglądanie tych samych twarzy w kółko, jakby innych aktorów do wojennej produkcji nie można było obsadzić? Zakościelny nadal dla mnie jest kawałkiem drewna, które może i ładnie wygląda – nie mnie to oceniać – lecz talentu za nic nie jestem w stanie dostrzec. Wieczorkowski po prostu jest, Królikowski jako Tolo niby próbuje być śmieszny, lecz mu nie wychodzi. Broni się tylko naprawdę tylko Piotr Adamczyk w roli Witolda Urbanowicza. Po pierwsze, ma sporo czasu na ekranie i nie tylko się snuje. To charyzmatyczny lider (ta scena przemowy przed pierwszym lotem – słucha się tego z wielką frajdą), który nie do końca trzyma się przepisów, ale jest szanowany przez swoich podwładnych (czasami pozwala na pewne akcje, nie zawsze zgodnie z przepisami). I to jest bardzo mocno pokazane, zaś angielszczyzna Adamczyka brzmi bardzo naturalnie.

dywizjon_3032

Przyznam się bez bicia, że „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” skreśliłem jeszcze przed seansem. Choć muszę przyznać, iż zrobił na mnie lepsze wrażenie pod względem wizualnym czy scen batalistycznych, to wszelkie pozostałe obawy się spełniły. Jest zbyt podniośle, zbyt grzecznie i zbyt nudno. Mimo pewnych niedoskonałości, wersja brytyjska przynajmniej próbuje głębiej wejść w tą opowieść, a Delić idzie po najprostszej linii oporu, by zrobić kino ku pokrzepieniu serc. Tylko czy jest to potrzebne?

4,5/10 

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski