Kajtek Czarodziej

Polskie kino familijne w zasadzie jest rzadkością, choć w ostatnich latach coś się zmienia. I przynajmniej raz w roku pojawia się dzieło skierowane dla młodszego widza. Dylogia „Tarapaty”, „Za niebieskimi drzwiami”, „Za duży na bajki” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Kajtek Czarodziej” na podstawie powieści Janusza Korczaka.

Akcja toczy się w nieopisanym konkretnie mieście w okresie przedwojennym, zaś głównym bohaterem jest Kajtek (debiutujący Eryk Biedunkiewicz) – młody chłopak wychowywany przez ojca i babcię. Matka zmarła w dość tajemniczych okolicznościach, których nikt nie chce poruszyć. I to daje pewne spięcia w domu. A ponadto Kajtek posiada pewne moce, pozwalające mu „czarować”. Czy to nagle przestanie padać deszcz, czy wejdzie na dach tramwaju, czy zmieni ciuchy, by wejść do eleganckiej restauracji. Takie raczej drobiazgi. Problem jednak tym, że chłopcem interesuje się pewien nieprzyjazny delikwent, który chce czegoś. Nie tyle jego mocy, co pewnego urządzenia, rzekomo zbudowanego przez zmarłą matkę.

Za film odpowiada Magdalena Łazarkiewicz, która mierzyła się z różnymi gatunkami, ale nie z tego typu produkcją. Sama historia wydaje się prostą fabułką o dojrzewaniu, odkrywaniu siebie i odpowiedzialności za swoje czyny. Do tego jeszcze pojawia się magia, nauka, rodzinna tajemnica, radzenie sobie ze śmiercią, gnębiącymi kolegami. ALE film ma jeden bardzo poważny problem: chaos narracyjny. Reżyserka w krótkim czasie chce dużo opowiedzieć, przez co brakuje emocjonalnego zaangażowania. Kilka (wydawałoby się) istotnych postaci albo pojawia się na chwilkę (grany przez Piotra Głowackiego antykwariusz czy młody chłopak schowany w mroku z powodu uczulenia na promienie słoneczne), albo jest to ogrywanie w sposób komediowy (psoty wobec surowego i brutalnego nauczyciela Gangesa o aparycji Mirosława Kropielnickiego).

Nawet poważna sytuacja rodziny Kajtka, której grozi eksmisja z powodu długów, nagle zostaje zepchnięta na dalszy plan. Tutaj panuje dziwna przeplatanka wątków, przez którą dość ciężko się zorientować o co w tym filmie tak naprawdę chodzi. Niby jest tu o bezwarunkowej miłości dziecka do babci, brak wspólnego języka z przygnębionym ojcem (także nie pogodzonym ze śmiercią żony), pojawia się nawet kwestia bezdomnego psa, nauczycielka fizyki z niepełnosprawną córką czy kwestia odpowiedzialności za swoje czyny. Lub rzucanie czarów, tylko to wszystko zmieszane jest do jednego kotła bez ładu i składu.

Muszę za to pochwalić warstwę audiowizualną, bo tu widać spory budżet. Przepiękne, lekko pastelowe zdjęcia z uroczą muzyką tworzą wręcz bajkowy klimat. Wrażenie robi także scenografia i kostiumy – te szyldy, samochody, restauracja czy szczególnie sklep antykwariusza wyglądają wręcz zjawiskowo. O dobrze słyszalnym dźwięku i dialogach nawet nie wspominam. Największą robotę robią jednak… efekty specjalne, które prezentują się naprawdę dobrze. Może nie są widowiskowe jak z hollywoodzkich blockbusterów, jednak nie wybijają z seansu i prezentują wysoki poziom.

Tak samo aktorzy, choć znane twarze oraz nazwiska pełnią rolę drugoplanową. Choć nie zawsze mają zbyt wielkie pole do popisu, wykorzystują tą przestrzeń maksymalnie. Debiutujący w głównej roli Eryk Biedunkiewicz bardzo zaskakuje na plus. Nie czuć takiej sztuczności jak u wielu początkujących aktorów dziecięcych, a w bardziej emocjonalnych momentach wiarygodnie pokazuje frustrację, złość i przygnębienie. Sercem dla mnie była Maja Komorowska jako babcia – cudowna, wspierająca i pełna ciepła oraz skontrastowany z nią Grzegorz Damięcki jako szorstki ojciec. Za to lekkim rozczarowaniem jest Martin Hoffman w roli złego maga, którego motywacja jest banalna i sam bohater wydaje się płaski. Jeszcze jedno – film jest koprodukcją polsko-czesko-słowacką, więc część aktorów to nasi sąsiedzi z południa i z tego powodu zostali zdubbingowani. Na szczęście to nie wywołuje dezorientacji, o co byłoby bardzo łatwo.

Więc czy warto poznać „Kajtka Czarodzieja”? Książkowego – myślę, że tak. Ale filmowa wersja pani Łazarkiewicz jest frustrująca i tak chaotyczna narracyjnie, że seans będzie przeprawą, mogącą wywołać także znużenie. Techniczne dopracowanie nie jest w stanie zamaskować tej poważnej wady. Wielka i niepowetowana strata.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Powrót

Witajcie w małomiasteczkowej polskiej prowincji z Bogiem na ustach. Tutaj wraca do domu młoda dziewczyna, która kiedyś brała udział w programie typu talent show. Potem zniknęła i wraca, choć tak naprawdę nikt na nią nie czeka. Siedzi dziewucha zamknięta w domu jakby była duchem. Co się tak naprawdę stało? Jak jej najbliżsi zareagują na tajemnicę?

powrot(2018)2

Magdalena Łazarkiewicz to reżyserka, która zawsze będzie w cieniu swojej znanej siostry. Niemniej co jakiś czas próbuje o sobie przypomnieć, że jeszcze tworzy. „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią dziewczyny, która została oszukana i przeszła piekło. Powrót do rodzinnych stron miał przynieść ukojenie oraz odzyskanie sił, ale okazało się to pułapką. Rodzina okazała się mieć Boga tylko w słowach, bo przyzwyczaili się żyć bez Uli. Wydaje się kimś w rodzaju balastu, jest bardzo wycofana, jakby nieobecna. Bardzo powoli jest odkrywana jej tajemnica, jednak to wszystko służy pokazaniu znanego obrazka Polski B. Zacofanej, bałwochwalczej, gdzie dominuje religijna hipokryzja oraz obłuda. To, co ludzie mogą o tobie pomyśleć staje się ważniejsze od więzi rodzinnych. Bo to może zaszkodzić reputacji, interesom i wywołuje większy ból dziewczynie niż można to sobie wyobrazić. Dom pełen dewocjonaliów, które albo są tylko czymś, co trzeba powiesić albo skrytką na papierosy.

powrot(2018)1

Niby wydaje się prawdziwe i poruszające, ale nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego przejaskrawienia. Bo jest tylko chlanie, bicie i w sumie nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Poza Ulą, która znosi to wszystko i nie robi z siebie ofiary. Pokazanie całego dramatu w skali mikro, bardzo kameralnej jest samo w sobie niezłym pomysłem. Niemniej jest kilka momentów, gdy całość zaczyna trzymać się na ślinę jak wątek byłego chłopaka Uli. Od samego początku ma wyglądać groźnie i jest zły do tego stopnia, że rodzina nie dzwoni na policję. Niby można to tłumaczyć poczuciem wstydu, ale po wyjawieniu tajemnicy Uli nie powinno być decydującym czynnikiem. Ani razu nawet taki pomysł nie zostaje wspomniany i to jest ewidentnie podporządkowane z góry narzuconej tezie. Takie szczególiki psują wiarygodność tego świata, chociaż może się mylę.

powrot(2018)3

Trudno mi się przyczepić realizacji, bo ona miejscami bardzo pomaga. Klimat budują świetne zdjęcia, niemal skupione na detalach oraz twarzach. Dziwnie w tle wypada muzyka, bardziej pasująca pod thriller, co wywołuje miejscami dysonans. Ale jest kilka momentów mocno łapiących za gardło jak scena przymierzania ubrań czy wyznania Uli przed księdzem, co nie czyni tego filmu obojętnym.

Tak samo najmocniejszym punktem są tutaj dwie świetne kreacje aktorskie: matki i córki. Pierwszą gra dawno nie widziana Agnieszka Warchulska, gdzie widać w niej konflikt między religijnym fanatyzmem, a trudną do wyrażenia miłością. Pokazane jest to bardzo delikatnie, choć scenariusz nie zawsze pozwala. Ale odkryciem była dla mnie Sandra Korzeniak jako Ula. Bardzo wycofana, wręcz subtelnie poprowadzona postać dziewczyny naznaczonej piekłem i odrzucona przez bliskich magnetyzuje. Nawet kiedy nie robi nic, co jest nieprawdopodobne.

„Powrót” nie odkrywa niczego nowego  temacie hipokryzji małego zaścianka i jest to kolejne ostre (w założeniu) spojrzenie na Kościół. Nie zawsze subtelne, czasami przypomina to wyważanie otwartych drzwi, ale ciągle potrafi parę razy uderzyć.

6/10

Radosław Ostrowski