Nowi mutanci

Seria filmów o X-Men po wpadce w postaci „Mrocznej Phoenix” oraz przejęciu 20th Century Fox przez Disneya została niejako zamknięta. Mutanci na pewno pojawią się w MCU, ale przyjdzie nam na nich jeszcze poczekać. Pojawiło się jednak coś w rodzaju skromnego epilogu dla całej marki, choć droga była bardzo wyboista. Zdjęcia nakręcono latem 2017 roku, a premiera miała pojawić się rok później. Niestety, spięcia między reżyserem a studiem plus fuzja Foxa doprowadziła do 3-letniej (!!!) obsuwy. Ale w końcu są „Nowi mutanci”, gdzie jesteśmy w samym świecie X-Men, ale bez żadnej rozpoznawalnej postaci cyklu.

Cała historia skupia się na piątce nastoletnich dzieciaków z mocami, którzy trafiają do szpitala psychiatrycznego. Kierująca ośrodkiem doktor Reyes prowadzi terapię w celu kontrolowania ich mocy. Ale czy aby na pewno? Budynek otoczony jest niewidzialną barierą (niczym kolonia z „Gothica”), a budynek w zasadzie jest niemal pusty. Oprócz naszych pacjentów i lekarki, a całą historię poznajemy z perspektywy Dani. Młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia, Dani, trafia do tego miejsca jako jedyna ocalona z niewyobrażalnej tragedii – cała osada (i jej ojciec) zginęli wskutek tornada. Nie jest ona świadoma swoich mocy w przeciwieństwie do współtowarzyszy.

Film niejako podzielić na dwie mocno wyróżniające się części. Pierwsza bardziej skupia się na relacji Dani z pozostałymi mutantami. I są to bardzo wyraziste, choć czasami wycofane postacie. Schizofreniczna Iljana, małomówny, ciągłe połamany Sam, przystojny i dziany Roberto oraz mocno wierząca Rahne. Ich moce odkrywamy bardzo powoli, bez pośpiechu, a nad wszystkim unosi się duch niezależnego kina inicjacyjnego. Ale cały czas jest skrywana tajemnica oraz prawdziwe intencje stojące za tym niby szpitalem. A może jest to bardziej więzienie czy może ośrodek badawczy?

Dopiero w drugiej połowie reżyser podkręca śrubę i zaczyna pojawiać się groza, obecna krótko na początku. Poznajemy moce naszych postaci (od teleportacji przez użycie energii słonecznej po przemianę w wilkołaka), a także mroczne tajemnice oraz lęki każdego z nich. I wtedy jest naprawdę niepokojąco, nawet krwawo i brutalnie (bliżej końca). Zaskoczyło mnie to bardzo, zaś finał daje wiele satysfakcji. Problem jednak w tym, że to mnie nie porwało za bardzo. Nie oznacza to, że się nudziłem. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite, sceny grozy odpowiednio zmontowane – czuć rękę fachowca. Ale zabrakło mi jakiegoś mocniejszego uderzenia oraz większego… straszenia.

Pochwalić za to trzeba aktorów, gdzie czuć silną chemię między nimi. Największą niespodzianką dla mnie była Blu Hunt jako Dani – zagubiona, niepewna, skrywająca bardzo niepokojącą moc. Czy będzie w stanie ją kontrolować? Jak zareaguje na to reszta grupy? I czy się w tym bajzlu odnajdzie? Oprócz niej bardzo dobrze wypada Maisie Williams (Rahne) – relacja tej dwójki postaci to najmocniejszy punkt tego filmu, stanowiąc dla mnie emocjonalny kościec. Ale całość kradnie Anya Taylor-Joy jako Iljana – bezczelna, arogancka, kierująca się własnymi zasadami. Wręcz gotowa zabić każdego, kto stanie na jej drodze. Tylko, że za tym skrywa się zupełnie inna, bardziej delikatna twarz. Bardzo silna mutantka w tym gronie. Reszta składu (Charlie Heaton, Henry Zaga i Alice Braga) też ma swoje przysłowiowe pięć minut, trzymając poziom.

Jak na produkcję mocno „odleżoną”, mutanci Boone’a prezentują się naprawdę przyzwoicie. Kameralny charakter i skupie się na relacjach daje wiele frajdy, może poza ostateczną walką z kreaturą w CGI. Zakończenie daje pewną furtkę na kontynuację, jednak nie widzę na to szans. Kompetentna robota, choć można było bardziej straszyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

iBoy

Ileż to było filmów o superbohaterach, które nie były adaptacjami komiksów? Było ich trochę jak „Niezniszczalny” Shyamalana czy „Super” Jamesa Gunna, ale swoje trzy grosze próbował też dorzucić Netflix. I tak pojawił się w ich bibliotece brytyjski „iBoy”, który próbuje pójść inną drogą niż filmy o superbohaterach.

Tom to zwykły, szary nastolatek z blokowiska. Bardzo wycofany, nieśmiały i zakochany w koleżance z klasy – Lucy. Do tego zaczynają ostatnie egzaminy, mające zdecydować się o przyszłym życiu. Jednak wszystko zmienia się z powodu pewnego incydentu: zostaje postrzelony podczas odwiedzenia dziewczyny, która – jak się okazuje – została zgwałcona. Żeby było zabawniej, podczas upadku do części mózgu wchodzą fragmenty rozbitego telefonu komórkowego. Przypadkowo odkrywa, że „widzi” to, co inni mają na ekranie swoich komórek, słyszy ich rozmowy. I zamierza to wykorzystać, by wymierzyć sprawiedliwość.

iboy1

Oglądając film miałem skojarzenie z grą „Watch Dogs”, gdzie też protagonista niszczył i włamywał się do różnych sprzętów nowoczesnej technologii. Ale „iBoy” to produkcja zdecydowanie dla nastolatków, zmierzając niemal ku klasycznemu kinu zemsty. Z drugiej strony ma wątek miłosny między nieśmiałym chłopakiem a koleżanką, lecz to nie porywa aż tak bardzo jak cała ta sensacyjna intryga. Powolne odkrywanie kolejnych postaci, działając coraz bardziej bezwzględnie. Twórcy nie próbują zagłębiać w kwestie tego, jak to technologiczne cudeńko daje spore możliwości. Bohater zaskakująco łatwo przechodzi nad tym do porządku dziennego, co troszkę mnie zaskoczyło. Można było tutaj pokazać reperkusje, jakie z tego wynikają – zniekształcony obraz, silniejsze bóle głowy. Jest odpowiednio mrocznie, ale nie użyłbym słowa dojrzały przy tym filmie. Nie brakuje pewnych głupot oraz drobnych bzdur fabularnych (moce bohatera m.in. doprowadzając do przeciążenia sprzętu czy szybkiej nauki walki), nie mniej nie wywołuje tu aż takiej irytacji jak można było się spodziewać.

Same efekty specjalne prezentują się naprawdę przyzwoicie, stanowiąc spójną całość z obrazem. Tak samo jak bardzo stonowana kolorystyka niczym w dokumencie. Ale nie ma tutaj trzęsącej się kamery, w tle jest pulsująca elektronika, zaś rzadkie sceny akcji są zrobione płynnie i czytelnie. Mimo, że zakończenie nie daje satysfakcji, co mnie troszkę boli.

iboy2

Sytuację próbują ratować aktorzy. Dobrze sobie radzi grający główną rolę Bill Miner. Jego Tom to bardzo nieśmiały chłopak, ale wskutek incydentu zmienia się w mściciela, zaś żądzą wyrównania rachunków staje się silniejsza od czegokolwiek. Równie porządnie radzi sobie Maisie Williams w roli Lucy i jest między nią a Minerem naprawdę niezła chemia. Dla mnie film jednak kradnie Rory Kinnear jako gangster Ellman, bez popadanie w przerysowanie. Bardzo opanowany, spokojny, a jednocześnie wyluzowany, nawet w brutalniejszych momentach. Szkoda tylko, że pojawia się tak krótko. Świetna postać.

„iBoy” nie jest jakimś nowym rozdaniem w świecie filmów superbohaterskich, ale to kawał całkiem przyzwoitej rozrywki z brytyjskim sznytem. Sprawnie poprowadzone, solidnie zagrane, miejscami zabawne i brutalne, jednak pełne drobnych głupotek. Pozycja zdecydowanie dla młodego widza.

6,5/10

Radosław Ostrowski