Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski