Nowiny ze świata

Jakim aktorem jest Tom Hanks każdy widzi. Od lat jego role wydają się być ucieleśnieniem wszystkiego, co najlepsze mają Amerykanie. Rzadko jednak wyskakując ze swojego emploi, mierzył się w zasadzie każdym gatunkiem. Oprócz dwóch – kina superbohaterskiego i westernu. Do jakiego gatunku zaliczają się „Nowiny ze świata”?

Amerykanin gra tutaj kapitana Jeffersona Kidda – weterana wojny secesyjnej, który walczył po stronie Południa. Ale już minęło 5 lat i czas wojny minął. Teraz jest kimś, kogo można nazwać sprawozdawcą czy prezenterem wiadomości. Tylko, że w 1870 roku telewizji nie było, lecz tradycyjna prasa. Mężczyzna przyjeżdżał od miasteczka do miasteczka z gazetami i wieczorem przekazywał im wieści. Jak sam mówił, by zapomnieć o bólach oraz troskach. Zwłaszcza, że dla wielu ciągle wspominana jest wojna i droga do zjednoczenia narodu jest bardzo wyboista. Podczas jednej z wędrówek kapitan odnajduje rozbity wóz, a w niej białowłosą dziewczynę. Johanna została porwana przez Indian i żyła z nimi wiele lat, aż jej nowa rodzina została wybita przez wojsko. Dziewczynka miała trafić do krewnych w oddalonym kilka tysięcy kilometrów miasteczku. Kidd decyduje się dowieść do wujostwa.

nowiny ze swiata2

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że „Nowiny ze świata” to film Paula Greengrassa – brytyjskiego filmowca, realizującego filmy w niemal paradokumentalnym stylu. Z nerwowo trzęsącą się kamerą, ujęciami z ręki, wypranymi kolorami oraz mniej znanymi aktorami. Tym bardziej byłem zdziwiony realizacją. Wizualnie film bardzo przypomina niemal klasyczne westerny, z obowiązkowymi wielkimi krajobrazami i bardzo dobrze pokazanymi miasteczkami. Na niepogodzonym z porażką Południu, pełnym ludzi rozczarowanych, zgorzkniałych, nieakceptujących nowych zmian. Czasami egzekwujących swoje przekonania za pomocą rewolweru.

nowiny ze swiata1

I w tym krajobrazie porusza się ta dwójka bohaterów – oboje z naznaczoną mrokiem przeszłością, nie pasujący troszkę do otaczającego się świata. Jak w klasycznym kinie drogi, mężczyzna i dziewczynka zaczynają poznawać się coraz bliżej, budując – w jakimś sensie – relacje ojciec-córka. Ta droga nie będzie, a spotkani po drodze ludzie będą różni: od bandytów przez lokalnego watażkę, terroryzującego swoją osadę po Indian. Reżyser nie boi się pokazać mniej przyjaznej strony Ameryki, zakończonych strzelaninami. Nie oznacza to jednak, że „Nowiny ze świata” zmieniają się w dynamiczną rzeźnię czy kino akcji, o nie. To staroszkolny western z pietyzmem odtwarzający epokę oraz jej realia, z powoli budowaną atmosferą.

nowiny ze swiata4

Co najbardziej działa to ewidentnie duet grający główne role. Tom Hanks jest standardowym Tomem Hanksem, czyli budzącym sympatię nosicielem nadziei z przeszłością. Niemniej wie, że świat nie zawsze jest przyjazny i bezpieczny, więc trzeba być gotowym na wszystko. Ale prawdziwym objawieniem jest Helena Zengel, czyli Johanna. Dziecko zbyt dzikie, by żyć w zgodzie z cywilizacją, nie pamiętające swojej przedindiańskiej przeszłości. Oboje mają wiele do zapomnienia i próbują jakoś żyć dalej, ale z czasem ta relacja zaczyna się pogłębiać. Droga przechodzona przez Hanksa i Zengel to najmocniejsza część tego filmu.

nowiny ze swiata3

„Nowiny ze świata” są filmem tak niedzisiejszym, że powstanie tego dzieła jest cudem samym w sobie. Jeśli macie Netflixa i lubicie jeździć na koniach ku zachodzącemu słońcu, jest to pozycja dla was. Dla mnie jest to jeden z przyjemniejszych seansów i nieoczywista robota Greengrassa.

7/10

Radosław Ostrowski

Mroczne wody

Czy wiecie, co to jest PFOA albo C-8? Pewnie ten skrót nic nie mówi? A może teflon? Już chyba bliżej, bo z tego robi się m.in. patelnie, buty czy farbę. Mało kto jednak wiedział, że ten związek nie tylko jest nie do zniszczenia, ale może też człowieka zabić. I nie tylko człowieka, ale każdy żywy organizm po kontakcie ze sobą. jedną z film, które ukrywały ten fakt była korporacja DuPont. Oni jednak posunęli się o krok i ten zabójczy związek umieszczał w jeziorze, rzekach, niszcząc środowisko oraz trując tysiące nieświadomych niczego ludzi. O sprawie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie pewien uparty farmer, który stracił całe stado krów. Zdecydował się skontaktować z prawnikiem Robertem Billotem, który – początkowo niechętnie – przygląda się sprawie bliżej. Jest rok 1998.

mroczne wody1

Film zaangażowane społecznie nie są zbyt popularne i nie zarabiają kupy kasy. Jednak Todd Haynes postanowił zaryzykować, wykorzystując prawdziwą historię walki z potężną korporacją. I otrzymaliśmy krzyżówkę „Spotlight”, „Zodiaka” oraz „Adwokata”. Innymi słowy, jest dochodzenie, walka z korporacją pełna kruczków prawnych, śledczy (tutaj prawnik) z kompletną obsesją sprawy oraz bardzo wolne działanie systemu. Reżyser bardzo dokładnie przygląda się całej tej sprawie, której szczegóły mogą zjeżyć włos na głowie. Jeszcze bardziej przeraża fakt pewnego rodzaju bezsilności, bo wielka firma nie zamierza się poddać. Mając bardzo duże fundusze, może zrobić wiele rzeczy w celu opóźnienia sprawy: zawalenie dokumentami, powołanie zespołu naukowego, by przed procesem ustalić dopuszczalne normy zatrucia. I mimo dość wolnego tempa, potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować.

mroczne wody2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj klimat. Wszystko jest w stonowanych kolorach, wydaje się bardzo melancholijne. Zupełnie jakby nadzieja coraz bardziej słabła, zaś szansę na wygraną z roku na rok maleją. Nadal wrażenie robią sceny pokazujące jakie konsekwencje w życiu prywatnym. Bo ciężko jest wytrzymać z człowiekiem, który poza sprawą wydaje się kompletnie nieobecny. I to wszystko jest w stanie działać, nawet w pozornie nudnych momentach. Niby to widzieliśmy wcześniej, ale Haynes potrafi wciągnąć, zaangażować oraz zmusić do myślenia.

mroczne wody3

No i jak to jest zagrane. Absolutnie znakomity jest Mark Ruffalo jako Billot, tworząc bardzo wyciszonego, ale zdeterminowanego adwokata. Może sprawia wrażenie grającego na jednej minie, jednak nie dajcie się zwieść. W tych oczach i tikach widać o wiele więcej niż się wydaje, zwłaszcza w chwilach bezsilności. Na drugim planie też jest świetnie, nawet drobne role są bardzo wyraziste. Ale skoro ma się takich aktorów jak Bill Pulman (Harry Dietzler), Bill Camp (Wilbur Tennant) czy bardzo zaskakująca Anne Hathaway (pani Billot). Największą niespodzianką dla mnie okazał się dawno nie widziany Tim Robbins jako szef. Niby drobna rola, ale potrafi zawłaszczyć każdą scenę i nadal potrafi pokazać siłę.

Smutnym faktem jest to, że film przeszedł praktycznie bez echa, zaś u nas w ogóle nie miał dystrybucji. Haynes pokazuje, iż nawet w gatunku thrillera prawniczego potrafi stworzyć coś bardzo wyrazistego. Mimo spokojnego tempa, potrafi walnąć obuchem w łeb i zmusi do zastanowienia.

8/10

Radosław Ostrowski