Golem

Wszystko zaczyna się w dość tajemniczy sposób. Mamy grupę lekarzy, którzy przeprowadzają operację. Pierwsze wypowiadane słowa wydają się mętne, niejasne. Potem dowiadujemy się, że 40 lat temu doszło do atomowej zagłady. Zaczęły krążyć plotki, że tworzy się sztucznych ludzi. A potem trafiamy na niejakiego Pernata, który wychodzi z więzienia, mimo podejrzeń o morderstwo lekarza. Trafia do kamienicy, gdzie mieszka dość pokręcona grupa ludzi.

golem1

Na hasło polski film SF wiele osób reaguje zdumieniem. Bo przecież u nas takich filmów się nie robi, nie mamy takich budżetów oraz możliwości godne filmów z USA. Jednak od każdej reguły są wyjątki. A kimś takim był Piotr Szulkin, który na przełomie lat 70. i 80. zrealizował kilka filmów SF. Wszystko zaczęło się od „Golema”, który jest bardzo zagadkowym kinem. Klimatem przypomina troszkę dzieła Terry’ego Gilliama z wizualnym stylem Jean-Pierre’a Jeuneta. Niby konstrukcyjnie to jest snuj, gdzie Pernat zderza się ze spotykanymi ludźmi. Wiele wydarzeń dzieje się poza ekranem, a wszystko służy jednemu celowi: pokazaniu świata po zagładzie. Świata, gdzie tworzy się sztucznych ludzi, by społeczeństwo mogło dalej funkcjonować. Ludzi podporządkowanych, pozbawionych własnych pragnień i potrzeb. Ale w naszym bohaterze budzą się potrzeby, chęci, indywidualność. To nie jest w żaden sposób tolerowane. Brudny, odpychający świat pełen kontroli (wizyta u dentysty), bierności oraz samotnych ludzi, pozbawionych celu w życiu. I jeszcze wplecione rozmowy lekarzy, co „stworzyli” Pernata – ich kolejne ruchy, reakcje na jego zachowania.

golem2

Depresyjny klimat, pełen obcości potęguje warstwa audio-wizualna. Zielono-żółtawe zdjęcia korytarzy, krótki motyw Zygmunta Koniecznego, sporo mroku – wszystko to zapada w pamięć. Szulkin pewnie prowadzi kamerę, zaś dialogi pełne są wieloznaczności. Niektóre teksty są wręcz przesiąknięte czarnym humorem czy goryczą. Nadmiar tajemnicy, symboli (orkiestra najpierw zdesynchronizowana, potem tworzy spójny ruch; otwierające się okna; karta wisielca) nie jest na szczęście balastem. Do dodatkowy klucz do interpretacji, czyniący „Golema” filmem do wielokrotnego użytku. Zwłaszcza finał, gdzie mamy przemówienie (z krótkimi pokazami) oraz wcześniej niejednoznaczną scenę. Więcej wam nie zdradzę.

golem3

A najmocniejszym punktem filmu aktorstwo, z kapitalnym Markiem Walczewskim w roli Pernata. Kompletnie zdezorientowany, nie pamiętający swojej przeszłości człowiek czy sztuczny twór. Ta postać próbuje znaleźć swoje miejsce w dziwacznym świecie i wydaje się jedynym normalnym. Bo kogo jeszcze tutaj mamy: prostytutkę Rozynę (troszkę inna Krystyna Janda), zwichrowanego studenta (ekspresyjny Krzysztof Majchrzak), pragnącego wykupić cenną książkę starca (Wiesław Drzewicz) oraz jego córkę Miriam (Joanna Zółkowska) czy tajemniczy administrator Holtrum (Mariusz Dmochowski). Jest jeszcze duet lekarzy (Andrzej Seweryn/Marian Opania), mający różne wizje tego, co należy zrobić z Pernatem, który uciekł im z placówki. Te krótkie wejścia potęguje poczucie bezsilności wobec bezwzględnego systemu.

golem4

Intrygujący, tajemniczy, oryginalny – te słowa przychodzą mi do głowy po seansie „Golema”. Szulkin w konwencji SF opowiada tak naprawdę o ówczesnej rzeczywistości. Robi to jednak w tak nieoczywisty sposób, że nie da się tego zapomnieć. A to dopiero początek przygody reżysera z tym gatunkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem reżysera oraz dźwiękowca Nikodema Wołka-Łaniewskiego. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.

Śmierć prezydenta

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam kurwa pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudski (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

Pasażerka

Dziwny to film i niełatwy do opowiedzenia. Bo jak opowiedzieć o historii, która jest urwana? Na statku pasażerskim płynie Lisa razem z mężem. Niby spokojny rejs, jednak wtedy pojawia się pewna kobieta. Niby nikt taki, jednak przypomina ona pewną osobę z przeszłości. Przeszłości, o której chciałaby zapomnieć, naznaczona Auschwitz.

pasazerka1

Film Andrzeja Munka to urwany fragment całości, który nigdy nie zostanie dokończony. Reżyser zginął w wypadku samochodowym podczas pracy nad tym filmem, przez co znamy tylko część materiału, a resztę (krótkie fotosy) przeplatają się ze scenami retrospekcji. Tam poznajemy jej losy jako szefowej komanda zajmującego się dobrami więźniów. Wtedy pojawia się nowa pomocnica, Marta. Ta dziwna relacja oparta na próbie złamania kobiety przez surową, pozbawioną wręcz emocji Lisę. Zaczynamy odkrywać tajemnicę oraz tą skomplikowaną relację z Martą. Upokorzenie, szacunek za pomocą uległości, próba złamania charakteru, a jednocześnie w tle przewija się piekło obozu. Sceny biegu kobieta oraz łapania przez hak, co doprowadza panie do „zamkniętego” kobiecego koła, czytanie grepsu na apelu czy wrzucanie Cyklonu B robi piorunujące wrażenie.

pasazerka2

Cała ta opowieść miała potencjał na moment zderzenia z przeszłością oraz konsekwencjami swoich decyzji. Surowa realizacja może trafić, a wpleciona narracja z kadru wyjaśnia dlaczego film wygląda jak wygląda. Nikt nie chciał kontynuować dzieła Munka, zaś jego najbliższy współpracownik zdecydował się skleić fragmenty w spójną całość. A najmocniejszym punktem jest mocna Aleksandra Śląska – chłodna, do bólu opanowana i bezwzględna, zapada w pamięć. To, co mówi i to, co widzimy pokazuje mechanizm działania kata oraz działania ludzkiej pamięci. Kontrastem dla niej jest Anna Ciepielewska w roli Marty, która jest bardzo wycofana, choć kilka scen zapada w pamięć.

pasazerka3

Szkoda, że nie poznajemy części współczesnej, bo można było z tego wycisnąć więcej. Rozumiem decyzję o tej wersji filmu jaka jest, ale chciałbym poznać dalszy ciąg. Mimo to warto zapoznać się z „Pasażerką”.

6/10

Radosław Ostrowski