Marlon Williams – Make Way for Love

a0616054986_10

O tym nowozelandzkim gitarzyście grającym folkowe odmiany dowiedziałem się dopiero, gdy został ogłoszony gwiazdą OFF Festiwalu. Był członkiem popularnej w swoim kraju formacji The Unfaithful Ways, by rozpocząć solową karierę. “Make Way for Love” to jego drugi autorski album, gdzie poza śpiewem gra także na gitarze.

Otwierające całość “Come To Me” zaczyna się bardzo delikatnie, jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co mocno sugeruje sama jakość brzmienia oraz bardzo łagodnie grajaca w tle gitara elektryczna. A kiedy dochodzą do głosu smyczki, robi się po prostu pięknie. Bardziej dynamiczne, choć w duchu Elvisa jest “What’s Chasing You” z pięknie grającą gitarą, nawet gdy wydaje się wygrywać tylko jeden akord (“Beautiful Dress”, gdzie jest jeszcze fortepiano oraz cudowny chórek). Perkusja przyspiesza w “Party Boy” i rzeczywiście jest bardziej imprezowo, nawet gdy wkracza “chropowata” elektronika, z kolei więcej mroku wpuszcza do siebie “Can I Call You”, gdzie nawet gitara wydaje się grać bardziej złowrogo. Dla poprawy samopoczucia dostajemy melancholijne “Love Is a Terrible Thing” w całości prowadzona przez fortepiano, a klimatem zahacza o Nicka Cave’a. Powrót do brzmień folk/country serwuje “I Know a Jeweller”, w którym przygrywają cudnie smyczki oraz wolniejszy “I Didn’t Make a Plan”. Odrobina elektroniki wchodzi do lekko onirycznego “The Fire of Love”, by wskoczyć do pełnego cudów “Nobody Gets What They Want Anymore”, zaś finałowego utworu tytułowego (rock’n’rollowy walczyk) nie powstydziłby się Father John Misty.

Sam wokal Williamsa bardzo mocno przypomina Elvisa (mocny, wyrazisty oraz zaskakująco liryczny), a klimat dźwięków lat 50. oraz 60. zostaje świetnie ożywiony. Muzyka nie jest bezczelnym kopiowaniem tego, co było, zaś współczesna produkcja dodaje sznytu. Do tego dodajmy niegłupie teksty, tworząc jedną z ciekawszych retro albumów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski