Nowokaina

Chyba żaden film akcji w ostatnich latach nie miał takiego wpływu na gatunek jak „John Wick”. Można stwierdzić to także po ilości (lepszych lub gorszych) naśladowców – od wersji kobiecej („Atomic Blonde”) przez drugowojenną („Sisu”) aż po okraszone humorem („Nikt”). Teraz pojawił się jeszcze bardziej komediowa „Nowokaina”. Z prostym konceptem, który chyba nie do końca został wykorzystany.

Tytułowy „Nowokaina” to ksywa Nathana Caine’a (Jack Quaid) – pozornie 30-letniego faceta, który pracuje w banku w San Diego. I to nie jako szary pracownik, lecz zastępca kierownika. Lubi grać w gry, jest strasznie nieśmiały oraz ma paskudne choróbsko. Otóż Nate kompletnie nie czuje bólu fizycznego, co może brzmieć jak supermoc. Ale nie oznacza to, że nie może się wykrwawić, połamać i nawet stracić kończyny, nie mając o tym pojęcia. Jednak jego życie w kokonie się zmienia, kiedy w końcu umawia się z dziewczyną swoich marzeń – Sherry (Amber Midthunter). I może coś by z tego wyszło, gdyby nie… napad na bank. Nawet nie chodzi o to, że skradziono kasę i zastrzelono kierownika, ale porwano Sherry. I nasz „Nowokaina” postanawia na własną rękę odbić dziewczynę.

I już tutaj widać dokąd zmierza to wszystko. Duet reżyserski Dan Berk/Robert Olsen tworzy niby „Johna Wicka”, ale będącego kompletnie przypadkowym herosem. Skoro może znieść wiele w trybie pierdoła/superman (bicie, pchnięcia, postrzał, kłucia, nawet poparzenie), robiącego rzeczy wbrew sobie. I mającego więcej szczęścia niż przeciętny Kowalski, co postanowił zgrywać twardziela. Problem jednak w tym, że po mocnym uderzeniu oraz dobrze zrobionej pierwszej konfrontacji w kuchni restauracyjnej zaczyna brakować energii. Całość staje się przewidywalna (włącznie z kwestią złodziei/porywaczy), z krótkimi przebłyskami geniuszu (dom jednego ze złoli pełen pułapek), ale nie zapada za mocno w pamięć. Nawet humor też nie do końca trafia, co widać w przypadku duetu policjantów.

Sytuację częściowo ratuje uroczy i rozbrajający Jack Quaid w roli tytułowej, dając sporo frajdy. Same jego reakcje na absurdalne sytuacje, gdzie dokonuje bardzo brutalnych eliminacji, dostając solidny łomot to małe złoto. Może czasem przypomina Hughiego z „The Boys” (szczególnie na lunchu), jednak z czasem to zmienia się w coś własnego. Drugi plan nie ma tu zbyt wyrazistych postaci, choć nikt nie gra tu źle (najbardziej wybija się Amber Midthunder w roli „dziewczyny” oraz w drobnym epizodzie Jacob Balaton jako kumpel growy).

Nowokaina” przypomina granie w grę z wpisanym kodem na nieśmiertelność. Niby daje to frajdę z grania, ale nie czuć kompletnie stawki i po pewnym czasie przestaje angażować. Był tu potencjał na fajne, lekkie kino rozrywkowe, lecz nie do końca to zagrało.

6/10

Radosław Ostrowski

Pusty i głupi gest

Film jest próbą pokazania postaci Douga Kinneya. Nic wam nie mówi to nazwisko? A nazwa „National Lampoon”? to było w latach 70. najpopularniejsze czasopismo satyryczne, gdzie pisali ludzie kierowani przez Kinneya oraz kolegi ze studiów, Henry’ego Bearda. A wszystko to zaczęło wywracać amerykańską komedię do góry nogami.

pusty_i_glupi_gest2

Film Davida Waina wyprodukowany przez Netflixa jest oparta na biografii Kinneya. I muszę przyznać, że wreszcie udało się skleić dobry film. Nie jest to jednak stricte klasyczna biografia, tylko czysta komedia, gdzie znajomość postaci z tego okresu nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale jednocześnie twórcy bawią się tą konwencją (obecność narratora, łamanie czwartej ściany, zabawa chronologię), co bardzo oddaje wywrotowy charakter naszego bohatera. Imponujące wrażenie robi droga od pierwszych tekstów na studiach, będących parodiami książek literatury aż po wielkie nakłady do realizacji pierwszych filmów („Menażeria”, „Golfiarze”) i nagłej śmierci. Wszystko to tworzy bardzo przyjemny koktajl, gdzie mamy masę absurdalnych pomysłów, zgrabnych żartów (szybko pokazywany spis rzeczy, które zmieniono względem prawdziwych wydarzeń), ale i zaskakująco gorzkich obserwacji. Bo reguły szołbiznesu są bardzo okrutne, a jeśli się nie wyrabiasz, to możesz wejść w ciemną stronę sławy: alkohol, narkotyki. Wtedy ceną może być poczucie wypalenia, ciągłe udowadnianie swojej wartości, wreszcie autodestrukcja i zagubienie.

pusty_i_glupi_gest1

Te dwa elementy, czyli komediowe żarty oraz wręcz egzystencjalny dramat są wygrywane bez cienia fałszu, nie doprowadzając do zaburzenia balansu. Można się przyczepić tego, że aktorzy nie są fizycznie podobni do postaci, w jakie się wcielają, ale nawet to zostaje obśmiane.

Twórcy parę razy zaskakują montażem (rozstanie Douga z pierwszą żoną w formie… komiksowych kadrów, sposób realizacji okładek), w tle grają piosenki z epoki. Wrażenie też robi scenografia (siedziba redakcji), kostiumy z epoki oraz fryzury, co bardzo pozwala wejść w klimat lat 70. i 80. Ale kiedy trzeba, film potrafi wejść w dramatyczne tony, chwytając za gardło.

pusty_i_glupi_gest3

Swoje też robi świetne aktorstwo. Największe wrażenie robi Will Forte (Doug) oraz Martin Mull (narrator, czyli starszy Doug). Z jednej strony Doug to inteligentny, sypiący bon-motami jak asem z rękawa, ale też to facet naznaczony rodzinną tragedią, nie spełniający oczekiwań rodziców. Ta dziwna mieszanka błyskotliwości z brakiem akceptacji ma zaskakującą siłę ognia, jakiej nikt się nie spodziewał. Na drugim, bardzo bogatym, planie wybija się kompletnie nie do poznania Domhnall Gleeson, czyli Henry Beard. Druga połówka składu założycielskiego, ma w sobie z jednej strony wiele luzu, dystansu, otwartości na pomysły, z drugiej jest tym bardziej odpowiedzialnym, mądrzejszym, opanowanym facetem. Razem z Forte aktor tworzy bardzo mocny duet. Z pań najbardziej wybija się Emma Rossum (druga partnerka Douga, Kathlyn Walker), dodając wiele powagi do całego filmu.

pusty_i_glupi_gest4

„Pusty i głupi gest” to zaskakująco dobra komedia oraz jedna z bardziej przełamujących schematów dla kina biograficznego, co nie jest częste. Dowcipne, ale i miejscami gorzkie kino pokazuje do czego może doprowadzić sława oraz chęć rozśmieszania ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski