Młody Frankenstein

Nie ma chyba nikogo na świecie, kto przynajmniej nie słyszał nazwiska Frankenstein. Nawet jeśli nigdy nie miał styczności z powieścią Mary Shelley. Jego powstały z martwych monstrum stał się ikoną popkultury, przewijając się przez różne inkarnacje na przestrzeni stuleci. A już niedługo pojawią się aż dwie nowe inkarnacje: od mistrza grozy Guillermo del Toro (nazwana – bardzo oryginalnie – „Frankenstein”) oraz Maggie Gyllenhaal („Narzeczona Frankensteina”). Zanim jednak zapoznamy się z tymi tytułami, rzućmy okiem na bardziej komediową wariację tej znanej historii.

„Młody Frankenstein” od Mela Brooksa nie jest stricte adaptacją powieści Shelley, choć wykorzystuje jej znane elementy. Jej bohaterem jest wnuk szalonego naukowca, dr Frederick Frankensteen (Gene Wilder) i kompletnie odcina się od swojego przodka. Nie chce bawić się w ożywianie zmarłych, wręcz przeciwnie. Jednak sytuacja komplikuje się, kiedy otrzymuje spadek. Czyli zamek swojego przodka, razem z gdzieś znajdującym się laboratorium. Do tego doktorowi pomaga wnuk asystenta, Ajgor (Marty Feldman) oraz Inga (Teri Garr). No i jeszcze jest pani Blucher (Cloris Leachman), od której wymowy nazwiska płoszą się konie. Czy to oznacza, że Frederick pójdzie w ślady sławnego przodka?

Brooks mocno stylizuje swój film na horror z lat 30. i 40., czyli z czasów świetności potworów Universala. Całość jest nakręcona na czarno-białej taśmie i nawet ma przejścia niczym z epoki, w tle gra bardzo staroświecka, gotycka muzyka. Nawet scenografia sprawia wrażenie żywcem wzięta stamtąd (udało się zdobyć twórcom prawa do użycia oryginalnej scenografii laboratorium), przez co wygląda niemal realistycznie. A wszystko to służy w zaserwowaniu gagów różnej treści: od prostego slapsticku (inspektor policji z mechaniczną ręką czy wizyta monstrum u niewidomego) przez pojawiający się oraz znikający garb Ajgora aż po dialogi (niepozbawione podtekstu). Ku mojemu zaskoczeniu było kilka przezabawnych sytuacji, które przetrwały próbę czasu.

To jednak by nie zadziałało, gdyby nie brawurowe aktorstwo. Sam Gene Wilder (także współautor scenariusza) jest wręcz nadekspresyjny w roli dra Frankensteina. Zarówno próbujący zachować spokój z powodu nazwiska, jak i coraz bardziej popadający w szaleństwo. Bywa wręcz do przesady teatralny, serwując pokręconą postać. Szoł kradł wiele razy Marty Feldman jako Igor/Ajgor: od bardzo ekspresyjnych oczu po zadziwiająco spokojną barwę głosu. I tworzy pokręcony duet z Wilderem, gdzie lecą iskry. Cudnie błyszczą tutaj panie: zwłaszcza Kahn jako narzeczona (ten głos oraz scena na dworcu) oraz teatralna w dobrym znaczeniu tego słowa Leachman, której postać skrywa pewną tajemnicę.

Nie znam zbyt wiele filmów Mela Brooksa, ale „Młody Frankenstein” jest zgrabną zgrywą z klasyki horroru. Czasem tempo jest nierówne, zaś niektóre żarty mogą być niezrozumiałe, niemniej ma w sobie masę uroku oraz miłości do klasyki. Zadziwiające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robin Hood: Faceci w rajtuzach

Był taki czas, że Mel Brooks był mistrzem filmowej parodii. Głównie w latach 60. i 70. zanim pojawiło się wariackie trio Zucker-Abrahams-Zucker, demolując całą konwencję do granicy absurdu. Nie oznaczało to, że Amerykanin sobie odpuścił, bo były „Kosmiczne jaja” (parodia Gwiezdnych wojen) czy „Dracula: wampiry bez zębów” (krwawe jaja z Draculi F.F. Coppoli). Ale ja nie o tym, tylko o pewnym przeoczonym przeze mnie tytule. Czyli parodii przygodowych filmów o najsłynniejszym brytyjskim łuczniku i rabusiu z lasu Sherwood (oraz jego filmowej wersji z Kevinem Costnerem).

Czy w ogóle jest sens streszczać fabułę „Facetów w rajtuzach”? To „Robin Hood: książę złodziei”, tylko mniej mroczny i mniej poważny. Czyli Robin (Cary Elwes) ucieka z arabskiego więzienia, przepływa przez suchy przestwór oceanu aż do Anglii (po czym poznać, że to Anglia? Bo na wzgórzu przed plażą jest wielki napis ANGLIA – wiadomo), cały jego majątek przejął zły szeryf, a krajem rządzi Jan. Jak to ujął Kazik: „wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga”. Kto może pomóc Robinowi w jego misji? Młody czarnoskóry chłopak Apsik (Dave Chappelle), niewidomy sługa Zezuj, Mały John i spółka oraz służący radą rabin Tuckmann (Mel Brooks).

Brooks serwuje typową dla siebie mieszankę humoru absurdalnego, żartów słownych (dla tłumaczy to gimnastyka, by zachować sens i humor w tego typu żartach), popkulturowych odniesień. Oraz wiele scen z filmu Reynoldsa w bardzo przerysowanej formie (finałowa konfrontacja, walka Robina z Małym Johnem o myto czy ślub z udziałem… króla Ryszarda). I muszę przyznać, że po 30 latach od premiery ten film nadal dobrze się trzyma, a humor działa. Od czołówki, gdzie łucznicy strzelają ognistymi strzałami (co kończy się spaleniem wioski) przez pełniący rolę prologu i epilogu średniowiecznych raperów (bo czemu nie), masę slapsticku (po coś jest ten niewidomy sługa, ale nie tylko on), a nawet… samego ojca chrzestnego, don Giovanniego (tak, to parodia Marlona Brando i to pyszna!!!).

Może i niektóre żarty wydają się zbyt oczywiste jak przejęzyczenia szeryfa z Rottingham czy slangowa nawijka Apsika. To na szczęście nie zdarza się zbyt często, by psuć frajdę z seansu, a Brooks cały czas niczym iluzjonista serwuje kolejne sztuczki. A to nagle będziemy mieli scenę musicalową niczym z burleski (z obowiązkowym kankanem), a to Robin staje się za bardzo podniosły, romantyczny (jak śpiewa serenadę do Marion – perełka) do przesady, a tu nagle pojawia się… ekipa filmowa. Więcej nie zamierzam zdradzić, bo im mniej się zdradza, tym większa frajda z odkrywania.

No i do tego cudnie dopasowana obsada, która znakomicie się znalazła w tej konwencji. Jeśli jednak miałbym kogokolwiek wyróżnić z tego grona, to zdecydowanie postawiłbym na Cary’ego Elwesa oraz Rogera Reesa. Ten pierwszy jest heroiczny aż do przesady, zaś ze swoimi patetycznymi słowami, obietnicami nie jest w stanie się zatrzymać. Czyli jeśli nie strzałą czy mieczem, to słowami by nas zabił. Z kolei Rees jako szeryf jest przerysowanym łotrem ze sporą skłonnością do przejęzyczeń oraz bardziej pierdołowaty wobec naszego herosa. Reszta też potrafi błyszczeć, nawet mając do dyspozycji 1-2 sceny, a wymienianie wszystko byłoby zbyt czasochłonne. Każdy się spisał, poważnie.

„Faceci w rajtuzach” godnie znoszą próbę czasu i nawet jak na parodię, budżet był spory. Scenografia i kostiumy nie pachną taniością, dowcipy ciągle są celne, a Brooks nic nie stracił ze swojej siły. Takie czary to tylko najwięksi w swojej kategorii potrafią. Czy to najlepszy film o Robin Hoodzie? Prawdopodobnie tak.

8/10

Radosław Ostrowski