Can You Ever Forgive Me?

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć trudno w to uwierzyć. Jest rok 1991 i dla Lee Israel był to paskudny rok, ponieważ ta autorka biografii nie może znaleźć zatrudnienia. Z kolei jej materiał na nową książkę nie cieszy się zainteresowaniem nawet jej agentki. A z czegoś trzeba opłacić rachunki, kupić leki dla kota. Przypadkiem decyduje się sprzedać list, jaki otrzymała od Katherine Hepburn, własnoręcznie podpisany. Dostaje za to całkiem niezłe pieniądze i decyduje się na pewne oszustwo – sprzedawanie listów znanych postaci z literatury. I nie tylko, w czym pomaga dawno nie widziany znajomy Jack „Przystojniak” Hock.

can_you_ever_forgive_me1

Reżyserka Marianne Heller przedstawia historię samotniczki, próbującej odnieść sukces na polu zawodowym. A ciężko jest to zrobić, jeśli nie jest się „gorącym”, gwarantującym spore zyski autorem w wieku średnim. Wszystko osadzone w realiach Nowego Jorku początku lat 90., który jest tutaj pięknie fotografowany – zwłaszcza nocne ujęcia w mocnej, żółtej kolorystyce. I znów, niczym u Woody’ego Allena, krążymy po świecie wyższych sfer tego miasta – tutaj są nimi wydawcy oraz kolekcjonerzy korespondencji od zmarłych i cenionych literatów. To wszystko ma taki słodko-gorzki posmak, gdzie humor (miejscami nie pozbawiony ironii) współgra z poważnymi dramatami oraz wątkiem kryminalnym. A to wszystko pozwala troszkę głębiej wejść w świat naszej bohaterki, bardzo nieufnej, zamkniętej w sobie, ale też dość egoistycznej, szorstkiej, z niewyparzonym językiem. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że zwyczajnie zależał i obchodził mnie jej los, bo… było mi jej zwyczajnie żal. Równie głęboko jest zarysowane coś na kształt przyjaźni między Lee a Jackiem – dwójką outsiderów, których podejście do życia różni się ogromnie. Z jednej strony, rozwaga, planowanie i opanowanie, z drugiej czerpanie z życia garściami, wręcz hedonizm, ale bez popadania w przesadę. I to ten wątek bardziej mnie pociągał niż cała akcja z fałszowaniem listów oraz ich sprzedażą. Choć całość może pod względem formy nie zaskakuje, film ma swój elegancki styl w czym pomaga rozluźniająca, jazzowa muzyka oraz dialogi.

can_you_ever_forgive_me2

Jeśli coś wyróżnia nowy film reżyserki „Wyznań nastolatki” to aktorstwo z wysokiej półki. Sporym zaskoczeniem było obsadzeniem w roli głównej Melissy McCarthy. Aktorka znana z dużego talentu komediowego, ostatnio jednak zaliczała mniejsze lub większe wpadki z rubaszno-wulgarnym humorem w tle. Tutaj jest wyjątkowo stonowana, subtelniejsza, co pokazuje jej inne oblicze. Bardzo dobrze sobie radzi z tą trudną kreacją lekko zołzowatej, ale jednak budzącej sympatię kobiety. Jednak film kradnie cudowny Richard E. Grant, tworząc bardzo wyrazistą postać „niebieskiego ptaka”, jakim był Hock. Gej, diler narkotykowy, drobny złodziej z czarującą prezencją skupia całą uwagę do samego końca, nie popadając w banalne stereotypy, o co byłoby warto. I ten duet Grant/McCarthy jest kołem zamachowym tego filmu.

Bardzo żałuję, że ten film nadal nie ma w Polsce dystrybutora, bo trafiłby na dobry grunt. To sympatyczny, słodko-gorzki komediodramat w starym, dobrym stylu. Ci, co nie przepadali za Melissą McCarthy powinni po tym filmie się do niej przekonać.

7/10 

Radosław Ostrowski

Agentka

Susan Cooper wydaje się niepozorną grubaską, ubraną niczym moherowa babcia, tylko młodsza.  Za duże ciuchy, za duże ciało, kumpli i przyjaciół brak. I nie uwierzylibyście, że jest ona analityczka CIA, dla której komputery nie mają żadnych tajemnic. A agentem, z którym najlepiej współpracuje jest Bradley Fine – taki przystojny i taki sam, że James Bond przy nim jest amatorem. Następną akcja miało być zlokalizowanie bomby atomowej, należącej do Rayny Bojanow, córki bułgarskiego bandziora. Akcja jednak kończy się porażką, Fine zostaje zamordowany, a kobieta zna wszystkich agentów w terenie. Dlatego CIA wysyła w teren Cooper jako jedyną agentkę, która nie została spalona.

agentka1

Paul Feig to jeden z tych współczesnych speców od komedii, który balansuje czasami w okolice poniżej pasa, ale nigdy jej nie przekracza. Tym razem postanowił zrobić parodię kina szpiegowskiego, idąc szlakiem takich dzieł jak „Kingsman” i „Kryptonim U.N.C.L.E.”, jednak robi to absolutnie po swojemu. Czyli jest złośliwie, pieprzenie i wulgarnie, ale też w żaden sposób nie można mówić tu o prostactwie czy chamskich zagrywkach. Dodatkowo jest to mocno obśmiane i pokazane w krzywym zwierciadle – czołówka z iście bondowską w stylu piosenką, brzydkie oraz niezdarne agentki wchodzące po raz pierwszy w teren, a mężczyźni są pozornie twardzi, sprytni, lecz pierdołowaci. To kobiety tutaj odgrywają decydującą rolę i rozgrywają cała intrygę. Twórcy przenoszą nas jeszcze z miejsca na miejsce – Paryż, Bukareszt, Rzym. Nawet 50 Cent załapie się na akcję, sama intryga poprowadzona jest zgrabnie i jest to co być powinno – kamuflaż, bomby, strzelaniny oraz walki wręcz (potyczka między Susan a Lią w kuchni – rewelacja), pomysłowo zainscenizowane oraz zrobione z biglem. Dawno się tak nie uśmiałem, chociaż humor jest dość specyficzny.

agentka2

A skoro film robi Feig, to wiadomo, że musi zagrać Melissa McCarthy. I jako Susan jest znakomita, niepewna siebie, twarda suka z niewyparzoną gębą oraz atakująca swoim bezczelnym urokiem. Ta kobieta dokonuje takiej destrukcji i zadymy, że głowa mała (pierwsze zabójstwo czy pościg na skuterze, wpadając do… świeżego cementu), przypominając wszelkie ciosy karate. Panią McCarthy wspiera elegancki i czarujący Jude Law (Bradley Fine) oraz kompletnie ciapowaty agent-mitoman Jason Statham, robiący sobie jaja ze swojego emploi. Statham kradnie film swoimi opowieściami tak nieprawdopodobnymi, że nie można powstrzymać się ze śmiechu. I jeszcze jest wyrazisty czarny charakter w wykonaniu Rose Byrne. Rayna nie przejmuje się niczym, ma słabą pamięć do imion oraz nazwisk, a tak mięchem rzuca, jakby była facetem.

agentka3

Nie jest to jednak tylko bezczelna parodia i jaj z Bonda czy konwencji, ale przednia zabawa. Świetnie wyreżyserowana, zrealizowana z biglem oraz finezją (nawet jeśli są troszkę seksistowskie numery). Aż chciałoby się zobaczyć następną część. Ale to chyba nigdy się nie stanie, niemniej to najlepszy film Paula Feiga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorący towar

Sara Ashburn jest agentką FBI, która bije swoich kolegów inteligencją, co zniechęca jej kolegów swoimi popisami. W końcu dostaje szansę na otrzymanie awansu, ale jest jeden warunek: musi dorwać Simona Larkina – poważnego dilera narkotykowego, którego nikt nie widział, a ci co widzieli już nie żyją. Dlatego trafia do Bostonu, gdzie zostaje zmuszona do współpracy z policjantką Shannon Mullins – otyła, prymitywną kobieta, rzucającą mięsem.

towar3

Dawno, dawno temu (czyli tak ze 30 lat) wymyślono nurt w filmach, który zwał się buddy movies (kumpelskie kino). Były to filmy sensacyjne z zabarwieniem komediowym, opartym na przeciwieństwie głównych bohaterów. Tak powstały „48 godzin”, „Zdążyć przed północą” czy kultowa „Zabójcza broń”. Paul Feig, który dwa lata temu stworzył „Druhny” postanowił nakręcić żeńską wersję filmu Richarda Donnera, zastępując Mela Gibsona i Danny’ego Glovera duetem Sandra Bullock/Melissa McCarthy. I wyszła z tego niezła mieszanka.

towar1

Z jednej strony mamy prymitywne i wulgarne żarty, choć naprawdę zabawne (m.in. arsenał trzymany w lodówce czy przesłuchanie z groźbą odstrzelenia jaj) z ciętymi dialogami, z drugiej mamy jazdę po wszelkich kliszach oraz dość mocno pozbawioną logiki intrygę. W dodatku nie zawsze realizacja trzyma poziom (komputerowo zrobiony wybuch), a parę scen wydawało mi się zbędnych (popijawa w barze).

towar2

Niemniej jako całość wyszła całkiem nieźle, zaś chemia między bohaterkami jest namacalna i ona nakręca tą całą opowieść, która mogła być lepiej poprowadzona. Z drugiej strony jak się nie ma co się lubi, to można jeszcze raz obejrzeć „Zabójcza broń”.

6/10

Radosław Ostrowski