Illusion – Anhedonia

i-illusion-anhedonia-cd

Anhedonia to stan psychiczny, w którym człowiek nie odczuwa przyjemności oraz radości. Już sam tytuł sugeruje, że nowe dzieło zespołu Illusion nie będzie należeć do łatwych, lekkich i przyjemnych doświadczeń. Lipa i spółka znani byli z ostrego grania, co pokazali po reaktywacji w 2011 roku oraz zrealizowanych trzy lata później “Opowieściach”.

I już na dzień dobry dostajemy bardzo ciężki cios w brutalnym niczym polski kibic po przegranym meczu “Kto jest winien?”. Gitary tną aż do granicy wytrzymałości, w czym pomaga waląca pałkami perkusja oraz wokal przechodzący ze spokoju aż po siarczysty growling. Niewiele lepiej jest w “Okruchach odręki” z basowym wstępem, pozwalającym na chwile złapać oddech przed gitarowo-perkusyjną-wokalną rzezią, której nie jest w stanie powstrzymać nic. A im dalej, tym ostrość zostaje zachowana i czasem ozdobiona drobiazgami (wokalizy w “Niby” z wręcz bluesową solówką w środku, naparzająca niczym seria z karabinu maszynowego gitara z perkusją w “Metamorfozie”), nigdy jednak nie opuszczając mrocznych stron jak w grunge’owym “Od zawsze donikąd”, gdzie Lipa w tekście atakuje za wrodzoną skłonność do czynienia zła. Pozornie lżejszy (w każdym razie najbardziej przystępny) jest “Śladem krwi”, gdzie gościnnie gra oraz śpiewa Robert “Litza” Friedrich, jednak “Tchórz” przymierza kolejny siarczysty cios, a wokal wręcz pędzi na złamanie karku. Podobnie jak w zakrzyczanym “Do zobaczenia” czy jeszcze agresywniejszym “Dalej”.

Lipa na wokalu robi to, co potrafi najlepiej, zaś jego mroczne, pozbawionej nadziei teksty idealnie komponują się z bardzo ostrymi dźwiękami. Nie poczujecie się po tym albumie lepiej, ale chyba nie taki był zamysł. Ostre solówki, mocne teksty, wyrazisty wokal – tak wściekłego kawałka polskiego rocka nie było od dawna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Evanescence – Lost Whispers

Evanescence_-_Lost_Whispers

Pamiętacie takie utwory jak “Bring Me to Life” czy “My Immortal”? to najbardziej rozpoznawalne utwory próbującej w gotyckim rocku grupy Evanescence z bardzo charakterystycznym, emocjonalnym wokalem Amy Lee. Po wydaniu trzeciej płyty w 2012 grupa zrobiła sobie przerwę, by po trzech latach powrócić do nagrywania. Ale “Lost Whispers” z 2016 nie jest studyjną płytą, lecz kompilacją.

Ale nie jest to zestaw największych hitów grupy, tylko utwory znane głównie ze strony B singli z poprzednich płyt. Na początek zaś dostajemy świeżynkę, czyli krótkie “Intro” promujące trasę z 2009 roku (okraszone elektroniką) oraz nową wersję “Even In Death” zagrane na fortepian z wiolonczelą, przez co brzmi troszkę patetycznie. I te smyczkowe oblicze, ze sporadyczną ilością gitar, będzie nam jeszcze towarzyszyć jak w niemal kołysankowym “Missing” czy fortepianowe ballady z podniosłym “Breathe No More”. Ale I fani mocniejszych brzmień znajdą cos dla siebie jak siebie jak ostre “Farther Away” czy ciachające riffami “If You Don’t Mind”. I tak mamy tu przeplatankę dźwięków podniosłych (fortepian, smyczki) z mocnymi riffami gitar oraz (nad)ekspresyjnym głosem Amy Lee, które może doprowadzić nawet do bólu uszu.

I muszę przyznać, ze to bardziej rockowe wcielenie przemawia najbardziej oraz gdy dochodzi do złączenia obydwu styli jak w niemal operowo-orientalnym “A New Way to Bleed” czy rozpędzony “Say You Will”, dający kopa. A na koniec dostajemy wyciszający “Secret Door” z porywającymi smyczkami.

Ta dwoistość Evanescence powoduje, że trudno ocenić to wydawnictwo. Z jednej strony bywa zbyt patetycznie, wręcz nie do słuchania. Ale kiedy do gry wchodzi gitara elektryczna jest więcej niż strawnie. “Lost Whispers” ma dwa oblicza, które rozkładają się na te dwie połówki, więc jak ktoś chce posłuchać jednego z tych oblicz powinien przewijać resztę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Neuoberschlesien – N.OS

3

Na pewno pamiętacie taki zespół Oberschlesien, który porównywano do samego Rammsteina, tylko śpiewającego po śląsku? Niestety, grupa się rozpadła wskutek wewnętrznych napięć i na jej miejsce powstała nowa formacja NeuOberschlesien. O bytności grupy może wskazywać fakt, że nagrali nowy album nazywany “N.OS” lub “3”.

Czy coś się zmieniło w brzmieniu? Absolutnie nie, co czuć już w tytułowym utworze: jest ostro, mocno, gitarowo oraz elektroniczne, czyli po staremu oraz bezkompromisowo. Równie ciężki, choć bardziej przebojowa jest “Polska” ze świdrującymi klawiszami na początku oraz wplecionym w tekst “Kto ty jesteś? Polak mały”, co robi piorunujące wrażenie. Spokojniejszy (jak na ten zespół) “Kalu” pozwala wziąć oddech oraz usłyszeć w refrenie… Piotra Połacia (albo ja się przesłyszałem), by troszkę podkręcić temperaturę “Innym światem”, a także bardziej mrocznym “Bogiem wojny”, gdzie niepokój budowany jest od samego początku. Równie chwytliwy jest “Plexi Sex”, gdzie klawisze pozwalają sobie na wiele, tak jak w nerwowym “Farcie”. Kompletnie mnie zaskoczył bardziej taneczny “Bez słów” (także śpiewana po polsku, by gorole mogli zrozumieć), ale wszystko to się układa w spójną całość.

Nadal zachwyca wokal Michała Stawińskiego – niski, surowy, wręcz chropowaty, ale bardzo ekspresyjny. W połączeniu z tekstami, niepozbawionymi lokalnego patriotyzmu (“Polska” czy “N.OS”), jak i bardziej osobistymi refleksjami składa się na bardzo interesującą, niegłupią mieszankę. Także dla nie fanów cięższych brzmień, łączących się z bardzo melodyjnymi dźwiękami.

8/10

Radosław Ostrowski

Percival Schuttenbach – Strzyga

R-9201943-1495457324-9345.jpeg

Co może powstać z połączenia muzyki ludowo-folkowej i heavy metalu? Na to odpowiedź daje grupa Percival Schuttenbach – szalony sekstet z Lublina, gdzie mamy trzy wokalistki (!!!), mieszankę ludowości w postaci smyczków, fletów oraz gitary elektrycznej. O grupie usłyszałem, gdy nagrali parę piosenek do trzeciej części “Wiedźmina”, a w zeszłym roku wydali (po raz pierwszy dla dużej wytwórni, a nie swoim sumptem) swój szósty album “Strzyga”. Czego należało się spodziewać?

Początek jest ciężki i szybki w postaci “Marysi” – ludowe przyśpiewki w zwrotkach, mocne riffy, grownling (także pań) oraz solo smyczków. Jeśli ten kawałek was nie odrzuci, to poczujecie się to jak w domu. Podobnie czaruje pozornie spokojne “Rodzanice”, gdzie cymbałki współgrają z gitarą, w tle wchodzi wokaliza, by od zwrotki znów trzymać za gardło, popisami gitarowo-perkusyjnymi. Szokiem był “Pocałunek”, zaczynający się łomotem, by wejść w niemal średniowieczny klimat za pomocą fletu, akustycznej gitary oraz delikatnego wokalu, bo później dorzucić do pieca niczym Metallica z początków kariery. Riffy potrafią się zapętlić w niemal spektakularnej “Alhambrze”, by w refrenie pokazać prawdziwy ciężar, ale instrumentalny popis fletu oraz “orientalnych” gitar to majstersztyk (tak samo rosyjski fragment). Podniosły “Lazare” zmieniający się w minimalistyczny walc, zmieniający się w długi popis gitarzysty, a nawet bas ma swoje pięć minut (niepokojący “Buba” z kapitalnym wstępem), by dalej przerazić godnym samego zespołu Halloween “Gdy rozum śpi”.

I kiedy wydaje się, że już nic cię nie zaskoczy, to niespodzianką jest kompletny brak nudy, mimo pewnego połączenia ostrych riffów ze wstawkami średniowiecznymi. Każdy utwór potrafi zaskoczyć z mocnymi, soczystymi riffami, a umieszczona w wersji deluxe cover “Wóda zryje branie” miażdży. Wokale zarówno pań Bromirskiej, Lacher i Bogdanovej, jak Mikołaja Rybackiego mają to, co w tym gatunku wymagane: silną ekspresję oraz potężną dawkę energii, co słychać jeszcze w takich utworach jak “Miesiąc” czy “Sokol mi leta wysoko”. Nie wiem jak wy, ale zacznę szukać poprzednich dokonań Percivala, bo ta muzyka wręcz uzależnia. Jest moc metalu, słowiańska dusza oraz szeroko pojęty czad.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Korn – The Serenity of Suffering

Korn-The_Serenity_of_Suffering-album_cover

Był kiedyś taki czas, że Kron był jedną z popularniejszych grup nurtu muzycznego zwanego nu metalem. Ale ostatnie lata dla kapeli Jonathana Davisa nie były zbyt udane – eksperymentowanie z dubstepem, większa obecność elektroniki – odrzucała dawnych fanów, a nowych nie przybywało zbyt wielu. Więc Korn postanowił sięgnąć po sprawdzonego producenta Nicka Raskulinecza i wrócić do korzeni z zeszłorocznym albumem „The Serenity of Suffering”. Czy w pełni się to udało?

Jak najbardziej, co daje już otwierający całość „Insane” – jest ciężko, mroczno i duszno, gitara tnie, nawet obecność smyków nie łagodzi brzmienia. No i Davis growluje jak nigdy przedtem, ustawiając wszystkich do pionu. Także wybrane na single numery, mimo pewnej prostoty, dają prawdziwego kopniaka w cztery litery: mocarny „Rotting in Vain” oraz „Take Me”. Dominują tutaj surowe riffy, ostry i mroczny klimat, a Davis przypomina sobie jak to jest mocno dołożyć do pieca, nawet w tak niepozornym „The Hating” z wolnym wstępem, gdzie gitara gra jakby to był tykający zegar. Moc ma też „A Different World”, gdzie wsparcia wyjącego udzielił Corey Taylor ze Slipknota, a elektronicze tło tylko nakręca poczucie zagubienia i obłędu.  Całość jest bardzo wyrównana i trzyma poziom, choć dla wielu te kawałki mogą zlewać się w jedno. Ostrzejsze, ogrzane soczystym wstępem „Everything Falls Apart”, pełne mruczenia „Die Yet Another Night”, perkusyjne bombardowanie w „When You’re Next In Line” – dzieje się tu wiele.

Jedno nie pozostawia wątpliwości – mroczne czasy Korna, pełne zagubienia oraz gonienia za trendami zniknęły. Grupa wróciła do tego, co umie najlepiej i atakuje z całą wściekłością, mocą oraz surowością. Może nie wszystkie kompozycje zapadają w pamięć, ale i tak jest to dobre. Nawet dodane do wersji deluxe 3 utwory nie są tylko wypchanymi dodatkami, by wysępić dodatkowy szmal od fanów. Z obłędem  zdecydowanie im do twarzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nocny Kochanek – Zdrajcy metalu

zdrajcy_metalu

Kojarzycie taki zespół Night Mistress? Ja też nie słyszałem o nich, chociaż twórcę nazwy zespołu – Bartosza Walaszka (jedna druga składu Bracia Figo Fagot) – znałem nie od dzisiaj. Grupa ta pisała muzykę do kultowej (w wielu kręgach) serialu „Kapitan Bomba”, więc było gitarowo i ostro. Ci sami ludzie zmienili nazwę Night Mistress na Nocnego Kochanka i wydali do tej pory jedną płytę „Hewi Metal” w 2015 roku. Pora roszadą na stanowisku perkusisty (Dominika Wójcika zastąpił Tomasz Nachyła), pozostali muzycy w składzie: Artur Pochwała (bas), Robert Kazanowski (gitara), Artur Cieśla (gitara) i Krzysztof Sokołowski (wokal) na początku tego roku wydała drugi album – „Zdrajcy metalu”. Kto kogo zdradził i z czym to się je?

Zaczyna się od „Poniedziałku” i coraz intensywniejszych dźwięków budzików. Dopiero potem dostajemy ciężkie riffy w stylu Slayera, z mocnymi perkusyjnymi uderzeniami (i obowiązkowym galopem) oraz wrzaskami Sokołowskiego, przypominając Bruce’a Dickinsona z Iron Maiden (środek brzmi fantastycznie). A to dopiero rozgrzewka – nie zabrakło i niemal epickiego wstępu perkusyjnego, by popędzić w melodyjne hiciory („Dżentelmeni metalu”, „Dziabnięty”), z wystrzałowymi refrenami, które będą śpiewane na koncertach. Swoje też ma do zrobienia bas (epicka „Pigułka samogwałtu”, gdzie gitary tną niczym piła drewno), ale to tak naprawdę riffy rządzą.Brzmi to profesjonalnie, a muzycy parę razy zaskakują. Trudno przejść obojętnie wobec rozbudowanego wstępu do „Łatwa nie była” (refren też jest zajebisty i partie gitarowe pod koniec), wariackiej szanty „De pajrat bej”, robiącej sobie jaja z metalu „Smoków i gołych babach” (strasznie szybki, jakby grany na sterydach muzyków), nastrojowej ballady w stylu Scorpions („Dziewczyna z kebabem”) czy prostej rąbanki a’la AC/DC („Pierwszego nie przepijam”).

O tekstach nie da się powiedzieć na poważnie, gdyż tutaj widać potencjał parodystyczny zespołu. Picie, kac, panienki, zgrywa z metalowców, piractwo (internetowe), seks, zdrada gustu muzycznego (jak zamiast Slayera można słuchać George’a Michaela? ;)) – dzieje się tu wiele, a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Sam Sokołowski bardzo dobrze się odnajduje w tym wariackim domu (nawet troszkę przypomina Marka Piekarczyka z czasów TSA), muzycy grają metal tak jak się to robić powinno. Nigdy nie znałem grup parodiujących kapele metalowe czy grającej ciężkiego rocka. Wiele osób może tego nie przeżyć do dzisiaj. Zrobione z kopem i powerem, jaki jest wymagany, pozwalając jednocześnie na dystans.

8/10 + znak jakości

Metallica – Hardwired… to Self-Destructed

hardwired

Kto nie pamięta lub kojarzy jednej z najpopularniejszych kapel metalowych kierowana przez charyzmatycznego Jamesa Hetfielda? Mało kto jednak chce pamiętać nagraną w 2011 roku płytę z Lou Reedem „Lulu”, będącą kompletną katastrofą. Dlatego trzeba było czekać pięć lat na nowe wydawnictwo i by zatrzeć złe wrażenie po poprzedniku wydano to aż na dwóch płytach, a wsparcia producenckiego udzielił Greg Fidelman, z którym nagrali „Death Magnetic”.

I już od samego początku trzyma brutalnie za mordę. Bo nie inaczej można nazwać otwierający całość „Hardwired”, który jest czystą młócką z galopującą niczym polska kawaleria perkusją oraz krótkimi wejściami riffów duetu Hetfield/Hammett (w połowie). I kiedy spodziewamy się dalej czystej, bezkompromisowej rzezi dostajemy najlepszy kawałek, czyli epicki „Atlas, Rise”. Na początku dostajemy prawdziwą salwę od Ulricha, by potem otrzymać odrobinę żużlu na gitarze, by potem dać wskoczyć Hetfieldowi ze swoim głosem. A w refrenie znowu robi się bardziej podniośle (w połowie dominują huki perkusji oraz siarczyste riffy, jakie powinni grać giganci), by zakończyć po prostu z hukiem, niczym Iron Maiden. Na szczęście ekipa nie zapomina o nagrywaniu takich kawałków, żeby to w radiu puścili, ale robią je po swojemu. Wolne, ale siermiężne, hard rockowe „Now That We’re Dead”, gdzie bardzo ciekawie gra perkusja. Siarczyście i epicko robi się przy (pozornie) wolnym „Moth Into Flame” z zarąbistym i agresywnym niczym diabeł riffami zgranymi z perkusją. Wolniej oraz bardziej nastrojowo się robi przy mocarnym „Dream No More”, gdzie Hammett cudownie tnie swoimi riffami jakby to grało Black Sabbath. Podobnie wybrzmiewa ponad 8-minutowy „Halo on Fire”, wydawałoby się najspokojniejszy utwór na całym wydawnictwie. Ale tylko w zwrotkach, gdy w refrenie robi się coraz mocniej. Nie inaczej jest w przypadku marszowego „Confussion”, idącego niczym walec „Here Comes Revenge” czy najlepszego na drugim krążku „Spit Out The Bone”.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze Metallica wraca do znakomitej formy, w czym pomaga świetna produkcja. Hetfield ma głos mocny niczym dzwon, siarczysty jak diabli, a Hammett gra tak na gitarze, że słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. A jeśli komuś jest mało wrażeń to jest jeszcze wydanie deluxe z dodatkowym krążkiem. Co w nim dostajemy? Głównie utwory w wersjach koncertowych, ale są też umieszczone wcześniej w różnych tribute albumach covery m.in. Rainbow (potężny „Ronnie Rising Medley”) czy Deep Purple („When a Blind Man Cries”). I brzmi to znakomicie. Hetfield i spółka robią prawdziwą rzeź, przypominając wszystko, a co byli kochani – trasowa energia, ciężkie riffy, gwałtowne wejścia perkusji oraz silna charyzma Hetfielda. Najlepszy album Metalliki od bardzo dawna.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hunter – NieWolnOść

ru-1-r-640,0-n-22968550Ymc

Pochodząca ze Szczytna metalowa grupa Hunter to jedna z wyrazistych kapel od ostrego grania w Polsce, gdzie czuć silne inspiracje Metalliką oraz innymi klasykami tego gatunku, co jest także zasługą mocnej warstwy tekstowej. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem grupy Pawła Grzegorczyka, której tytuł mówi więcej, niż zwykle.

Agresywny i silny wokal, wsparcie ostrej sekcji rytmicznej oraz mocarnej gitary czuć od samego początku w utworze tytułowym. Nawet drobne wejście fortepianu i niepokojących fletów w środku, tylko potęguje poczucie niepokoju, mimo patetycznego charakteru. Ale jak widać o takich sprawach jak wolność (i jej brak) trzeba powiedzieć głośno i ostro. Nie inaczej jest w „NieWinnym”, gdzie na początku mamy przejmujące solo skrzypiec, którym towarzyszy szum wiatru uderzający o jakieś szklane przedmioty, by potem wejść w marszowe tempo oraz psychodeliczny środek (dziwacznie brzmiąca gitara). Patos pojawia się na początku „Gorzkiego” (ta perkusja), by pójść w mroczniejsze rejony, prowadzeni przez wolniejsze smyczki Jelonka oraz siarczyste solówki gitarowe, będące skutkiem przyspieszenia (brutalny „PodNiebny”).

Nawet jeśli pojawia się odrobina muzycznego uspokojenia, nie ma mowy o zmianie mrocznego klimatu. Tak jest w „Rzeźnickim”, gdzie do wolnych riffów oraz uderzeń perkusji, dochodzi plumkanie, by z każdą sekundą zrobiło się coraz ciężej i wściekle. Nie inaczej jest w nerwowym „Niewesołowskim” (nie, nie jest to utwór o pewnym polityku, znanym o ostrej retoryki), gdzie trudno zapomnieć smyków w tle. Pozornie kołysankowy wstęp „NieRządnickiego” (bas i klawisze niczym cymbałki), marszowe „NieMy” – kapela nie bawi się w półśrodki, a spójny klimat tylko pomaga w tym mrocznym świecie.

Drak swoim głosem może się nie bawi, ale współgra z tym całym dziełem – jest mroczny, ciężki, ekspresyjny i pełen siły. Gorzki portret świata, gdzie rządzi bezkarność, nieuczciwość, przemoc działa i trafia w punkt, unikając przy tym publicystyki. Mocne, aktualne i bezwzględnie szczere.

8/10

Radosław Ostrowski

Acid Drinkers – P.E.E.P. Show

peep show

Wielokrotnie poznawałem dorobek tej metalowej grupy kierowanej przez niezmordowanego Titusa. Kiedy pojawiły się wieści, że grupę opuszcza perkusista Ślimak, przyspieszyło to moją decyzję w zapoznaniu się z nowym, ostatnim materiałem w klasycznym składzie grupy.

I jest ostro, ciężko, agresywnie, ale i melodyjnie. To mordercze tempo jest odczuwalne już przy „Let’em Bleed”, gdzie wszystko pędzi w galopującym tempie, pozwalając sobie na odrobinę spowolnienia przy refrenie. Nie inaczej jest w przypadku speedowego „Monkey Mosh”, niemal pędzącej na sterydach czy bardziej surowym, ale pełnym popisów gitarowo-perkusyjnych „Sociopath” (w refrenie przewija się w tle takie echo, które buduje odrobinę niepokoju). Czasami gitara sprawia wrażenie lekko podchmielowej (początek „Become a Bitch”), unosi się mocno duch Black Sabbath (epickie i wręcz marszowe „Thy Will Be Done” z riffem w środku przypominającym… muzykę z Commodore czy innej starej konsoli gier) czy przyspieszonego punka („50? Don’t Slow Down”), wprowadzając chaos i zadymę („The Cannibal” z orientalnym środkiem czy „Diamond Throats”).

Miało być więcej łojenia oraz masakrowania przeciwników? I jest, aczkolwiek wyjątkiem od tej reguły jest powolny, ale ciężki finał w postaci „After The Vulture”. W zasadzie trudno wyróżnić i wyłuskać poszczególne utwory, a Titus ze swoim gardłem drze się, dając takiego ognia jakiego nie było na naszym podwórku od bardzo dawna. Kwasożłopy mocno trzymają za pysk i nie puszczają aż do samego końca. Mogę tylko pozazdrościć im energii, mimo ponad 30 lat grania na scenie, chociaż można odnieść wrażenie przesytu.

7,5/10

Flotsam and Jetsam – Flotsam and Jetsam

Flotsam_and_Jetsam

Muzyka heavy metalowa trzyma się dobrze, zarówno w wydaniu krajowym, jak i zagranicznym. Grupą, którą tu przedstawię działa od ponad 30 lat i pochodzi z Phoenix. Trzonem kapeli jest wokalista Eric Knutson, gitarzysta Michael Gilbert oraz basista Michael Spencer. Ostatni album wydali 4 lata temu i w tym czasie zmienili się perkusista (Craiga Nielsena zastąpił Jason Rittner), a także drugi gitarzysta (działającego od początku Edwarda Carlsona zmienił Steve Conley). W tym nowym składzie powstał 12 album nazwany po prostu „Flotsam and Jetsam”.

Zazwyczaj jest tak, gdy kapela wydaje album z tym samym tytułem, co zespół i nie jest to debiut, oznacza to powrót do korzeni. Nie do końca tak jest, ale otwierający całość „Seventh Seal” pachnie ciężkimi, trashowymi riffami wplecionym w galopującą perkusję. Czyli śmieciowo, agresywnie, a także w czaderskim riffem w środku. Jest energia? Nawet, jeśli pojawiają się momenty melodyjnego spokoju (epicki początek napierdalającego niczym rakieta „Life is a Mess” czy krótkie, niemal progrockowe „The Incarnation”), to są bardzo krótkie w imię klasycznej zasady: no ballads, no bullshit. Naładowany riffami „Taser”, bardziej melodyjny „Time to Go” wydają się potwierdzać tą tezę. Podobnie jak będący hołdem dla klasyków brytyjskiego ciężkiego grania „Iron Maiden” (poza wokalem ten utwór mogła nagrać grupa Bruce’a Dickinsona) czy najmroczniejszemu w tym zestawie (perkusyjno-gitarowy, wręcz epicki wstęp) do „Verge of Tragedy” – ciężkiego jak diabli, pod względem klimatu, w „Creeperze” zaś przewija się echo niczym odgłosy duchów wspartym przez metaliczny bas na początku.

Panowie wiedzą jak robić mocną rąbankę i działają na nerwy tak jak trzeba. Gitary tną jak trzeba, może nie wszystkim podobać się nadekspresyjny wokal Knutsona, jednak w tej konwencji pasuje do całości. Trudno właściwie wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystko trzyma wysoki poziom i nie zlewa się to w jedną całość. Na tą porę roku można brać zamiast grzańca.

7,5/10

Radosław Ostrowski