Apocalyptica – Apocalyptica Plays Metallica by Four Cellos (remastered)

Playsmetallicabyfourcellos

Wszyscy pamiętamy początki działalności fińskiego kwartetu wiolonczelistów, którzy grali na swoich instrumentach mocno, ostro i głośno. Ostatnio panowie eksperymentują z rockiem (mają nawet wokalistę) i nie spotkało się to z tak świetnym odbiorem jak debiut. Ponieważ w tym roku mija 20 lat od debiutanckiej płyty Apocalyptiki, została ona wznowiona oraz zremasterowana dźwiękowo.

Cztery wiolonczele, znane kawałki zespołu Metallica – ta prosta formuła okazała się strzałem w dziesiątkę, a każdy utwór wywołuje ciary. Wystarczy odpalić choćby otwierającego „Enter Sandman” – smyki są równie ostre jak gitara Hetfielda, głośne niczym perkusja Ulricha i szybkie niczym bas Newsteda. A im dalej, tym mocniej. Epicki „Master of Puppets” (środek, gdzie jest przygrywane tło poza główną melodią – rewelacja), szorski inerwowy „Harvester of Sorrow”, liryczno-brudny „The Unforgiven”(w takiej formie mógłby zostać umieszczony w jakimś westernie) ze zwrotkami tak chwytającymi za wszystko, co tylko się da, ciężki „Sad but True” czy mroczny „Creeping Death”. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, odpowiednio ciężko i ma swój klimat.

Żeby jednak nie było nudno, w reedycji dostajemy jeszcze trzy dodatkowe kawałki. „Battery” zaczyna się krótkimi wstawkami wiolonczel granych palcami, by zagalopować i podostrzyć klimat. Następny jest nieśmiertelny klasyk, czyli „Nothing Else Matters” oraz dynamiczne „Seek and Destroy” zrealizowane z łomotem.

To jest album, który fani Metalliki mieć powinni, bo zrobić rovery dorównujące jakością oryginałowi za pomocą innego instrumentarium jest strasznie ciężkie. A Finowie zrealizowali to znakomicie, dając takiego kopa, że głowa jest mała. I mimo 20 lat brzmi to znakomicie, więc ocena może być tylko jedna.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sabaton – The Last Stand

Sabaton_-_The_Last_Stand_cover

Szwedzki metalowy zespół Sabaton znany jest jako muzyczny popularyzator współczesnej historii, ze wskazaniem na II wojnę światową, chociaż zarzuca się im toporność brzmienia oraz miałkość produkcji (za co odpowiada Peter Tagtgren). „The Last Stand” zapowiada kontynuację tego tematycznego szlaku, a jak jest z brzmieniem?

Otwierająca całość „Sparta” już zapowiada, czego – mniej więcej – należy się spodziewać: patosu, podniosłych klawiszy imitujących smyczki oraz fanfary, mocne uderzenia perkusji oraz niby-ciężką gitarę, z chwytliwą melodią. Nie brakuje i galopującego tempa („Last Dying Breath”), nawet okraszając takimi drobnymi smaczkami jak dudy („Blood of Bannockburn”) czy odgłosy strzałów („Diary of an Unknown Soldier”, będący wprowadzeniem do najlepszego w zestawie „The Lost Battalion”).

Innymi słowy – power metal w pigułce. Na szczęście nie brakuje tutaj potężnej energii (galopujący „Rorke’s Drift”), aczkolwiek trudno nie pozbyć się wrażenia wtórności (tytułowy utwór, który wyróżnia się chóralnym refrenem czy „Winged Hussars”, będący niemal kalką „Uprising”). Najgorsze jest to, że od połowy robi się po prostu nudno, a każdy utwór idzie niemal podobnym schematem: podniosły wstęp (galop gitarowo-perkusyjny), zwrotka, patetyczny refren (chór, klawisze), znowu zwrotka, mostek (popisówka solowa gitarzysty), refren i finał. Sam wokal Joakima Brodena jest na tyle wyrazisty, iż mamy pewność, że nie pomylimy Sabatonu z inną kapelą metalową.

Dodatkowo jeszcze są dwa bonusowe kawałki, ale niewiele one wnoszą do całości. Innymi słowy, „The Last Stand” jest przeciętnym wydawnictwem, skierowanym głównie dla największych fanów Szwedów. Reszta, która się nie przekonała, teraz też się nie przekona.

5/10

Radosław Ostrowski

Tarja – The Shadow Self

Tarja_The_Shadow_Self_Album_Cover

Fińska wokalistka Tarja Turnen nas rozpieszcza w tym roku. Najpierw był krótki materiał zwany „The Brightest Void”, który był przystawką dla głównego dania, które dzisiaj trafiło do moich rąk. I w zasadzie jest jak zwykle – ciężkie gitary idą ręką w rękę z symfonicznym brzmieniem.

Otwierające całość „Innocence” mogło na początku wywołać konsternację swoim delikatnym wstępem pianistycznym. Ale daje wchodzą smyczki i wiolonczele, by potem dać miejsce dla gitary oraz mocnej perkusji. Utwór wali i trzyma za gardło, a Tarja w refrenie przypomina, że ino sens się liczy. A w połowie utworu pianista się popisuje, jakby był drugim Chopinem, dając przestrzeń dla orkiestry. Drugą niespodzianką jest „Demons in You”, zaczynający się niczym klasyczny, lekki rock’n’roll. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś podmienił płytę, ale po płynącym basie i skocznym riffie, zrobiło się ciężej i mroczniej. A w tle wyło coś dziwacznie, kontrastowało to jednak z gościnnym, anielskim wokalem Alissy White-Gluz, dodającej odrobiny lekkości. Wtedy pojawia się „No Bitter End” – spokojniejszy i bardziej wyciszony, ale nie pozbawiony nuty agresji.

I wtedy znowu gra przyjemnie fortepian w epickim „Love to Hate”, z bardziej zadziornymi smyczkami oraz… sitarem wplecionym w tle, razem z elektroniką. Ale Tarja zrobiła też cover „Supremacy” od Muse jest cięższe (gitarka) i ozdobione smykami przypominającymi troszkę „Kashmir” Zeppelinów. I kolejne wyciszenie w postaci akustycznego „The Living End”, gdzie gościnnie wsparła ją Sharon Den Adel z Within Temptation i… dudy. Brzmi dziwnie? To, co powiecie na brzmiącą niczym katarynka „Divę”? Pod koniec jeszcze zostaje wpleciona drobna rozmowa. Ale najlepsze dostajemy na sam koniec – 12-minutowy „Too Many”, który jest po prostu destylatem stylu Tarji – operowy wokal, patetyczne smyczki, ciężkie riffy, zmienne tempo oraz ten klimat, za który Finka jest najbardziej lubiana. Ale nie dajcie się zwieść tą ciszą po siedmiu minutach, bo po ciszy będzie taki fragmencik, jakiego się nie spodziewaliście.

Innymi słowy, Tarja nie zawiodła i zaprezentowała kolejny bardzo dobry album. Absolutnie godne uwagi.

8/10

Radosław Ostrowski

Motorhead – Clean Your Clock (Live in Munich 2015)

clean your clock

Motorhead był jedną z najbardziej znanych kapel grających dynamicznego i ostrego rocka. Po śmierci Lemmy’ego pod koniec zeszłego roku, postanowiła zakończyć działalność. Niejako na pożegnanie dostali oni płytę koncertową. „Clean Your Clock” to zapis koncertu z Monachium z dni 20 i 21 listopada 2015.

I tutaj słychać, jak świetną koncertową kapelą był Motorhead, który łoił równo, ostro i szybko aż miło. Zaczyna się od mocnego „Bombera”, by potem zaserwować takie numery jak „Metropolis” czy pochodzącego z ostatniego wydawnictwa „When the Sky Comes Looking for You” czy „Whorehouse Blues”. Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego „Ace of Spades”, ale to oczywisty zestaw. Muzyka jest głośna, a Lemmy daje z siebie wszystko, chociaż nie zawsze go słychać wyraźnie, co pewnie wynika ze sposobu śpiewania tego artysty. Nawet pojawia się krótka przerwa w postaci solowego popisu gitary.

Publika reaguje po każdym utworze, a Lemmy’emu zdarza się nawet z nimi krótko pogadać. Pojawiają się spokojniejsze numery („Lost Woman Blues”), ale to tylko chwile do złapania oddechu, by potem przyłożyć. Wymienianie poszczególnych numerów nie ma sensu, a wystarczy powiedzieć, ze Motorhead był w formie i nie zawiódł. To mocne, szybkie granie, gdzie sekcja rytmiczna z gitarą po prostu pędzą na złamanie karku. A godzina mija tak szybko, że ma się ochotę odpalić album jeszcze raz. Lemmy – wielkie dzięki za wszystko. Tak to się robi.

Radosław Ostrowski

Tarja – The Brightest Void

Tarja_turunen_--_the_brightest_void

Tarja Turnen to jedna z najbardziej charyzmatycznych wokalistek skandynawskiego heavy metalu. Przekonał się o tym każdy, kto słuchał Nightwash. Ale od pięciu lat wokalistka działa na własną rękę i to z powodzeniem. Potwierdza to też jej najnowsza EP-ka, gdzie nadal gra metal połączony z orkiestrą symfoniczną.

I dostajemy mocne uderzenie już na dzień dobry. Bo jak inaczej nazwać „No Bitter End”, gdzie gitara kosi obuchem razem z perkusją? I wtedy w połowie łagodzi to wszystko fortepian – na chwilkę. Ostro jest niemal przez cały czas, ale pojawiają się drobne smaczki pozwalające na niespodzianki. Szybki wstęp do „Your Heaven and Your Hell”, po którym wchodzą klawisze i dzwonki, by znowu przyspieszyć jak diabli. No i jeszcze wokal Michaela Monroe, dającego do ognia jak diabli. W wtedy w środku pojawia się anielska wokaliza Tarji plus… saksofon i harmonijka ustna. Nawet jak pojawiają się momenty spokoju, to nie trwają zbyt długo jak ballada „Eagle Eye”, gdzie Tarja jest wspierana przez perkusistę Chada Smitha oraz brat Toni.

Wtedy w połowie album staje się mroczniejszy, dzięki wykorzystaniu wszelkiej maści elektroniki. Tak jest w  „An Empty Dream” oraz „Witch-Hunt”, gdzie fortepian brzmi jak melodia z pozytywki, której w połowie towarzyszą smyczki. Po nich znowu dostajemy gazu w „Shameless” ze świdrującą gitarą. Ale to krótki zryw, gdyż „House of Wax” jest powrotem do mroku, gdzie przerażają smyczki i na końcu klawisze.

Jednak najciekawsze dostajemy na samym końcu – najpierw legendarny „Goldfinger”, czyli przebój bondowski. Zaczyna się dość wolno, by z hukiem weszła gitara z perkusją, a klawisze grają motyw przewodni. I wtedy dostaje po głowie „Paradise” z Within Tempation w nowym miksie.

Takie jest nowe wydawnictwo Tarji, zapowiadające zbliżający się nowy materiał – ostry, dynamiczny, zrobiony z rozmachem, pełen anielskiego głosu oraz dobrze dobranych gości. Może i ta pustka jest jasna, ale robi ogromne wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Luxtorpeda – MYWASWYNAS

Cover

Luxtorpada to jeden z najostrzejszych polskich zespołów rockowych, który od początku swojego istnienia (sześć lat) wypracował swój charakterystyczny styl, jakiego nie da się pomylić. Mocne, soczyste riffy, ambitne teksty oraz krzyczący Litza z rapującym Hansem na pokładzie. Najnowszy album konsekwentnie idzie utartym szlakiem poprzedników.

I to od samego początku dostajemy mocnym ciosem w postaci „Pozdrawiamy!”, gdzie wolniejszy jest tylko refren. Nie brakuje jednak pewnych drobnych smaczków jak orientalny początek „Mazanic” z mocnymi uderzeniami a’la P.O.D., wolniejszy, gitarowy początek „Silnalina”, marszowa „Jak husaria” z nośnym, stadionowym refrenem. W zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić, nawet elektroniczny kosmos w „Księgowym” czy wojskowo wykonana a capella „Mywaswynas” idealnie współgra z resztą. Perkusja potrafi mocno i szybko przyłożyć, gitary grają nie zawsze mocno, ale potrafią poruszyć (klasyczny riff pod koniec „Iglo” czy ognisty, melodyjny pazur w „Dziurach po ospie”).

Za to teksty to inna para kaloszy. O jedności, uzależnieniu od Internetu, brak komunikacji, kult pieniądza, odkupienie. Może i bywa to czasami zbyt dosłownie, ale zrobione jest to z energią oraz pasją. Krzyczący Litza z Hansem tworzą mocny duet.

„Mywaswynas” nie zmieni pozycji Luxtorpedy na polskiej scenie rockowej. Nadal są mocni, ale i przebojowi, melodyjni, mając zawsze coś do powiedzenia. I nadal chce się tego słuchać, słuchać, słuchać.

8/10

Radosław Ostrowski

 

Black Sabbath – The End

The_End

Zaprawdę powiadam wam bracia i siostry w metalu: to już jest koniec. Legendarny zespół Black Sabbath ogłosił, że rusza w pożegnalną trasę i zwija majdan po ponad 40 latach. Na pożegnanie daje nam specjalną EP-kę pod jakże wymownym tytułem „The End”.

EP-ka zawiera tylko 4 kawałki, które nie zmieściły się na albumie „13”, ale to nie jest problem. Gdyż nadal jest w tym Moc i potężne kopyto, co daje nam do zrozumienia początek „Season of the Death” – wolny niczym walec, ale mający siłę uderzenia rakiety popis perkusyjno-gitarowy zmieniony w spokojny galop niczym za starych lat, w środku przyspieszyć i wyciszyć. Równie mroczny jest „Cry All Night” z niepojącym wstępem, który mógłby być ilustracją do horroru, by rytmicznie i wolniej naparzać niczym Metallica w instrumentalnej części „The Day That Never Comes”. I w 4 minucie dochodzi do zmiany tempa, nawet pojawia się dzwon. Najkrótszy w zestawie „Take Me Home” jest też najintensywniejszym łomotem na tym albumiku, a Brad Wilk tak naparza na perkusji, że chciałoby się, żeby trwało to jak najdłużej.  Podobnie dynamiczniejszy „Isolated Man”. W każdym utworów słychać, że to Black Sabbath, muzycy grają jak za czasów świetności i nie czuć znużenia.

Dodatkowo jeszcze dostajemy cztery utwory w wersji koncertowej. Co prawda tam słychać (przynajmniej w „God Is Dead?”) lekkie zmęczenie w głosie Wielebnego Ozzy’ego, jednak reszta zespołu z gitarzystą Tonym Iommi robi wielką zadymę, a widownia reaguje żywiołowo po każdym utworze. I szkoda myśleć, że to naprawdę koniec. Jedno mogę powiedzieć bez wątpienia: Black Sabbath odchodzi w glorii zwycięzców. I tą EP-ką tylko to potwierdzają.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Megadeth – Dystopia

MegadethDystopia

Dave Mustaine powraca. Po chłodnym przyjęciu „Super Collider” doszło do roszad w zespole (perkusistę Shawna Drovera oraz gitarzystę Chrisa Brodericka zastąpili Chris Adler z Lamb of God oraz Kiko Loureiro z Angra) i w zmienionym postanowili znów wejść do studia, by zaatakować słuchaczy.

A że będzie troszkę inaczej, czuć w „The Treat is Real” z ładnym, etnicznym wstępem (bębenki i żeńska wokaliza), który zmienia się w ostry galop gitary elektrycznej oraz przyspieszającej perkusji. A jeśli dodamy kozackie riffy, to będzie prawdziwa jatka. Nie brakuje zarówno skrętów w power metal (tytułowy utwór, gdzie dochodzi do zmiany tempa) czy zapętlonego, ostrego jazgotu („Fatal Illusion”). Gitary są wystarczająco pobrudzone i przesterowane, a wygrywane przez nich melodie orientalne mają potężne kopyto. Owszem, zdarzają się spokojniejsze i podniosłe momenty (akustyczny wstęp do werblowej perkusji w „Bullet to the Brain”), ale kapela miesza kompletnie style (pojawia się nawet flamenco w „Poisonous Shadows”, gdzie pamięta się tez smyki oraz żeńskie wokalizy czy w niemal instrumentalnym „Conquer or Die”) i od dawna nie serwuje takiego kopniaka.

Sam Mustaine, którego barwa głosu będzie przypominać Jamesa Hetfielda, jest dodatkowym wsparciem dla całego brzmienia. I jedno jest pewne: dawno Megadeth nie brzmiało tak znakomicie. I pozostaje mieć nadzieję, że Dave utrzyma tą formę na długie lata.

8/10

Radosław Ostrowski

Oberschlesien – II

Oberschlesien II

Słynni śląscy rockmani naśladujący styl Rammsteina powrócili w zeszłym roku. W albumie nazwanym konsekwentnie „II” nie ma tutaj żadnego coveru niemieckiej kapeli, jednak estetyka pozostała i ślonsko gadko w tekstach.

Na „II” wyprodukowanej przez wytwórnię S.P. Records jest kontynuacja ścieżki poprzednika, czyli industrialny metal z ciężkimi gitarami, perkusja niczym grana przez robota, do tego w tle szaleje elektronika, dodatkowo jeszcze pojawiają się chóralne wokalizy, a niski głos Michała Stawińskiego nadal potrafi uwieść. I co najważniejsze – jest moc oraz taki power, jakiego by niemiecka kapela może zazdrościć. Ale panowie nie zapominają o melodyjności, za co kolejny plus. Po kolei jednak.

Na początku dostajemy dwie petardy – wgniatającą w fotel „Ajzę” (sprytnie wykorzystany theremin) oraz mroczny „Samotny” z zapętlonym . Nie zapominają serwować kilku niespodzianek (przerobiona regionalna pieśń „Górniczy walczyk” w patriotycznym „Śląskim pieronie” czy wpleciona w tekst wyliczanka dziecięca w „Strachu”) oraz drobnych dźwiękowych dodatkach. Odgłosy syreny i ognia w – nomem omen – ognistym „Fojermanie”, eteryczny wokal w tle epickiego „Króla olcha” (wspierany przez dęciaki), akordeon w finale „Orła” (w tle słychać dźwięki morza), marszowa perkusja w „Krzyżu” czy melancholijny fortepian w mrocznym „Bożym gniewie”. Całość jest bardzo równa, świetnie zrealizowana, a teksty opowiadają o życiu na Śląsku, a także śmierci i samotności. W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek numer, bo każdy jest po prostu znakomity.

„II” to album, który przebija debiut i pokazuje, że po zniknięciu ze sceny Rammsteina (raczej nie zanosi się na powrót) jest możliwość stworzenia muzyki opartej o styl Niemców, jednak bez sięgania po covery. Jest dojrzalej, mocniej i ostrzej. Ciekawe, co na następnym albumie pokarzą chłopaki z Piekar Śląskich.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Frontside – Sprawa jest osobista

Sprawa_Jest_Osobista

Zespół Frontside to jedna z legend polskiego metalcore’u, czyli agresywnego i ciężkiego grania gitarowego. Grupa pod wodzą Aumana w tym roku wydała album „Prawie martwy”, który był przyjemnym albumem. Utwory te zostały nagrane jeszcze w trakcie pracy nad poprzednim materiałem, więc postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zaczyna się od krótkiego, ale mocnego wejścia, czyli „Tych kilka słów”. Przesterowana i grająca jak echo gitara elektryczna, mroczne głosy i ciężka perkusja. Potem jest dynamiczne, ostre łojenie z wyrazistym głosem Aumana, zgrana sekcja rytmiczna, a wszystko niepozbawione melodyjności. Czasami jeszcze pojawią się dęciaki („Wszystko albo nic” czy spokojniejsza, garażowa „Ewolucja albo śmierć” z wokalem Piotra Roguckiego), agresywny wokal („Jestem” z growlingiem w refrenie), wolne uderzenia zmieszane z ostrymi gitarami („Mieć czy być”) i pędzenia na złamanie karku („Legenda” z bardzo niskim głosem).  Całość jest tak równa i ostra, a teksty krytycznie i dosadnie mówiące o naszej rzeczywistości.

Frontside poszedł w hard rocka, z naciskiem na hard. Razem z „Prawie martwym” stanowi solidną porcję mocnego rocka. I to takiego, którego nie musimy się wstydzić.

8/10

Radosław Ostrowski