Acid Drinkers – 25 Cents for a Riff

25_Cents_for_a_Riff

Znajomość z tą grupą zaczęła się od jajcarskiego “Fishdicka Zwei” oraz mocniejszego “La part du diable”. Jednak poznańska grupa Acid Drinkers nie spoczywa na laurach i po dwóch latach pojawia się z autorskim materiałem. Jednak tytuł nie wróżył zbyt wiele – „25 Cents for Riff”, tanio się cenią panowie?

Błąd. Panowie z okazji 25-lecia wracają do swoich korzeni. Jest ciężko, mroczno, ostro i… melodyjnie? Choć początek (tytułowy utwór z wolnym basowym wstepem) wydaje się dziwaczny, ale dalej jest metalowo i riffowo. Inspiracji jest tutaj cała masa: od Guns’n’Roses (podrasowane „Me”, gdzie Titus śpiewa jak Axl Rose) przez Motorhead („God Hampered His Life”, które pędzi na złamanie karku, a śpiewający Jankiel ma bardzo zbliżony głos do Lemmy’ego) aż po Black Sabbath („Riot In Eden”). Nie brakuje też dość sporych zaskoczeń, jak melodyjny singiel „Don’t Drink Evil Things” pachnący southern rockiem. Riffy Popcorna i Jankiela łoją aż miło, perkusja Ślimaka nadaje tempo i łamie wszystko po drodze („Not By It’s Cover” pachnące Mastodonem m.in. z powodu nakładających się ech), a Titus śpiewa wszystko po swojemu drąc ryja po całości.

Ale jednego jestem pewny: Acid Drinkers kosi konkurencje mocno w środowisku metalowym. Jest ostro, agresywnie, jednak pojawiają się zaskakujące momenty (akustyczna ballada „My Soul’s Among the Lions” czy „Madman’s Jint” z wokalem perkusisty Ślimaka). 25 centów za riff? W tym przypadku niska cena nie oznacza słabej jakości.

8/10

Radosław Ostrowski

Unisonic – Light of Dawn

Light_of_Dawn

Niemiecki Unisonic kierowany przez wokalistę Michaela Kiske i gitarzystę Kaia Heisera, którzy tworzyli legendarny Helloween. Dodatkowo grupę tworzą basista Dennis Ward, perkusista Kosta Zarfou (obaj z Pink Cream 69) oraz gitarzysta Mandy Meyer (Asia). W tym składzie nagrali jedna płytę i dwie EP-ki. Pora na drugi pełny album.

Innymi słowy: ma być szybko, głośno i z pazurem. Gitarzyści łoją aż miło, w czym wspiera ich perkusista. Choć początek wydaje się dość spokojny (podniosły, instrumentalny „Virtual 2.0”), to dalej jest naprawdę ostra jazda bez hamulców, co pokazuje już „Your Time Has Come” pełen poweru i mocy. „Expectable” jest pozornie spokojniejszy, jednak popis sekcji rytmicznej oraz mocny wokal przykuwają uwagę na długo. Równowaga między tempem a patosem jest „For the Kingdom”, dalej tez jest różnorodnie jak marszowe „Not Gonna Take Anymore”, spokojniejszym, ale długim „The Night of Long Knives” z podniosłym refrenem czy balladowym „Blood” z pięknym akustycznym wstępem. Choć utworów jest aż 14 trudno wskazać jakiś słabszy czy mniej udany. A wokale zarówno Heisera jak i Kiske są po prostu świetne.

W zasadzie można śmiało stwierdzić, że Unisonic brzmi jak Halloween za swoich lat świetności. „Light of Dawn” tylko potwierdza ten kierunek drogi. Fani mocniejszych i ostrzejszych dźwięków wiedzą co mają robić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Accept – Blind Rage

Blind_Rage

Niemiecki Accept to kapela grająca ciężko i ostro. Zmienili wytwórnię (Nuclear Blast), zostawili producenta (Andy Sneap), ale nadal są pięcioosobowym składem pod wodzą Marka Tornillo (wokal) i po dwóch latach pojawiają się z nowym materiałem.

Jeśli spodziewaliście się złagodzenia dźwięków, delikatniejszych riffów i braku podniosłych refrenów – to znaczy, że nigdy nie słuchaliście Accept. Takiego kopniaka dostajemy na samym początku, gdy słyszymy podniosły „Stampede” z lekko „orientalną” gitarą czy szybki „Dying Breed”. Nawet jeśli pojawiają się wolniejsze kawałki jak „Fall of the Empire” to jest to spokój pozorny, zakłócony chóralnymi refrenami oraz marszowym tempem. Nie brakuje speedu („Trail of Tears”) czy delikatniejszych fragmentów (początek akustyczny „Wanna Be Free”), ale panowie tną i łoją tak jak w tego typu kapelach grać się powinno. Nie zabrakło tez obowiązkowego cytatu, tym razem w „Final Journey” wpleciono fragment „Peer Gyanta” Edwarda Griega. W dodatku ekspresyjny wokal Tornillo jeszcze bardziej podkręca atmosferę, choć pozornie nic się tu nie zmieniło (w porównaniu z ostatnim albumem).

Accept grał ciężko, szybko i ostro. „Blind Rage” podtrzymuje tą tradycję i serwuje naprawdę podniosły łomot zamiast ślepego gniewu. Mam tylko nadzieję, że fani nie odwrócą się i nadal będą chcieli poznać ten łomot surowy i prosty jak niemiecki cep. Sieg hail!

8/10


 

Judas Priest – Redeemer Of Souls

Redeemer_Of_Souls

Brytyjski metal nie byłby taki sam, gdyby nie kapela Judas Priest. Kapela pod wodzą Roba Halforda ogłosiła jednak, że kończy działalność i ruszają w pożegnalną trasę (trwa ona już dwa lata), ale na szczęście fanów zdążyli wejść do studia i nagrać ostatni (chyba) album pod mocnym tytułem „Redeemer of Souls”.

Tym razem za produkcję tej płyty odpowiada gitarzysta Glenn Tipton oraz Mike Exeter, który współpracował m.in. z Ianem Gillanem czy Cradle of Filth. I wierzcie mi, lekko nie będzie, skoro na dzień dobry dostajemy pioruny oraz cięższą gitarę oraz walącą perkusje w „Dragonaut”. Gitary grzeją i łoją aż miło, szybkiego grania nie brakuje, perkusja naparza i szaleje, nie brakuje tez obowiązkowego patosu i podniosłości. A i czasem zmienia się klimat (w „Sword of Damokles” w okolicy czwartej minuty pojawia się akustyczny fragment), tempo marszowe („March of the Dammed” czy „Hell & Back”), nawet chóry się pojawiają („Secrets of the Dead”), a wokal Haldorfa ma siłe i ogie, mimo ze nie stosuje żadnych przesadnych ekspresji.

Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i może nie jest ani zaskakujące, to jednak nadal jest moc i energia, a całość jest tak równa, że wymienianie poszczególnych utworów mija się zupełnie z celem. Pożegnanie iście godne legendy.

7/10

Radosław Ostrowski

Agnieszka Świta – Sleepness

Sleepless

Kojarzycie taką grupę Caamora? Nie szkodzi. To projekt grający progresywne dźwięki stworzony przez Clive’a Nolana oraz Agnieszkę Świtę. Do tej pory duet zrobił jedną operę („She”), jeden musical oraz multum tras koncertowych. Mieszkająca w Wielkiej Brytanii Polska zdecydowała się wydać solowy album, który mnie zaintrygował.

Do realizacji wokalistka ściągnęła najlepszych brytyjskich muzyków progresywno-metalowych: klawiszowca Clive’a Nolana (na co dzień gra w Pendragon), basistę Andy’ego Faulknera (Jump), gitarzystę Steve’a Harrisa (Ark) oraz perkusistę Dave’a Mackintosha (Dragon Force). I to słychać, że są to profesjonaliści w każdym calu. Gitara jest tutaj naprawdę mocna i ostra, klawisze tworza odrealniony klimat, a sekcja rytmiczna też daje do pieca ile wlezie. Słychac to mocno w trzyczęściowym „Cosmo”, ale są też małe perełki jak wstęp gitarowy (akustyczny) w „Borderland”, gdzie klawisze imitują najpierw smyczki, a potem nabierają… kosmicznego kolorytu, metalowa gitara w „Trapped”, płacząca gitara  i zgrana z organami w „Scarlet”. Każdy utwór bardziej lub mniej, ale porywa.

A jeśli dodamy do tego potężny i miejscami anielski głos samej Agnieszki, to efekt jest wręcz miażdżący. „Sleepness”, choć nie wymyśla niczego nowego, jest bardzo zgrabną i poruszającą muzyką, która skręca trochę w gotyk, metal, progresję. I to świetnie ze sobą współgra.

8/10

Sabaton – Heroes

Heroes

Szwedzka, muzyczna odpowiedź na “Sensacje XX wieku” – tak przedstawiam sobie zespół metalowy Sabaton, który na swoich albumach opowiada o wydarzeniach historycznych (ostatnia płyta “Carlous Rex” dotyczyła wojny trzydziestoletniej). Tym razem wracają do opowiadania o Ii wojnie światowej, co już widać na okładce „Heroes”.

Przy okazji doszło do poważnych roszad – ze składu zostali wokalista Joakim Broden i basista Par Sundstrom, za to przybyli perkusista gitarzyści Chris Rorland oraz Thobbe Englund i perkusista Hannes van Dahl. Ale brzmieniowo nic się nie zmieniło. I w zasadzie to dostajemy. Mocne uderzenia perkusji, podniosłe chórki, trochę tandetna elektronika (jednak w śladowej ilości) czy pędzące na złamanie karku gitary elektryczne z perkusją, czyli mamy muzyczną rzeźnię. Jednak kapela parę razy potrafi zaskoczyć np. wplatając melodię z pozytywki w „Inmate 4859” (trochę przypominające „Uprising”), balladowe „The Ballad of Bull” zagrane na fortepianie czy wrzucone „Dla Elizy” Beethovena w kończącym całość „Hearts of Iron”. W tych momentach Sabaton pokazuje trochę inne oblicze, choć nadal mają power i energię, która potrafi porywać, choć nic nowego nie wymyślają. Ale czy o to tu chodzi? Nie brakuje tutaj mocnych petard jak „Resist and Bite” (riff otwierający trochę przypomina „Thunderstruck” AC/DC) czy „To Hell and Back”, jednak jest ich trochę mniej, zaś tempo lekko się uspokoiło.

A o czym tym razem opowiadają? M.in. o radzieckiej, żeńskiej eskadrze bombowej, rotmistrzu Witoldzie Pileckim, belgijskim oddziale walczącym z Niemcami czy czechosłowackim bohaterze, zapomnianym potem przez komunistyczne władze. Więc jest heroicznie, podniośle i ostro, jeśli nie przekonaliście się wcześniej do wokalu Brodena, już się nie przekonacie. Mocne, dobre granie z misją, że się tak wyrażę.

7/10

Radosław Ostrowski

Black Label Society – Catacombs of the Black Vatican

Catacombs_of_the_Black_Vatican

Czasami trzeba po prostu posłuchać czegoś mocniejszego i ostrzejszego od spokojnego popowego grania. Coś takiego proponuje działający już pod koniec lat 90-tych zespół Black Rebel Society pod wodzą Zakka Wylde’a, jednak doszło do pewnej roszady, gdyż zmieniono perkusistę (Mike’a Froedge’a zastąpił Chad Szeliga, który po wydaniu płyty odszedł z zespołu). Jako trio (Wylde, Szeliga i basista John DeServio) wydali kolejny, po 4 latach album.

I jest to naprawdę ciężkie granie, pachnące starym, dobrym rockiem, co słychać już na samym początku. Surowa gitara, mocne uderzenia perkusji plus naprawdę świetne riffy, bardzo takie współczesne – a nad wszystkim czuwa duch Led Zeppelin (siła i energia) i Black Sabbath. Jest brudno (gitary w „My Dying Time” czy perkusja w „I’ve Gone Away”), czasami spokojnie („Angel of Mercy” ze smyczkami w tle czy „Scars” z fortepianem), szybko („Heart of Darkness”), ale cały czas mrocznie. W rocku trudno wymyślić coś nowego, dlatego sięganie po sprawdzone wzorce nie jest niczym złym. Pod warunkiem, że umie się to zrobić. I nie brakuje tutaj mocnych killerów jak „Empty Promises” (bardzo klimatycznie uderzenia perkusji) czy „Damm the Flood”. Żadna z piosenek nie sprawia wrażenia niepotrzebnej, zaś głos Wylde’a jest naprawdę mocny i bardzo rockowy (czy tylko mi się wydaje, czy troszeczkę on przypomina Ozzy’ego Osbourne’a – zwłaszcza w tych ostrych numerach).

Nie jest tu nic, czego by moje uszy do tej pory nie znały, ale jest to naprawdę bardzo dobrze podane i smakuje po prostu pysznie. Miało być ciężko i ostro – tak też było. Na szarą i brzydką pogodę naprawdę odpowiedni materiał.

8/10

Radosław Ostrowski

Ronnie James Dio: This is Your Life

This_Is_Your_Life

Tribute albumy są czymś normalnym w środowisku muzycznym oraz pretekstem do zbicia kasy. Zazwyczaj zatrudnia się najpopularniejsze i najbardziej znane zespoły, by na swoją modłę zagrany utwory z repertuaru osoby dedykowanej. Więc doprecyzujmy o kogo chodzi. Utwory pochodzą z repertuaru zmarłego w 2010 roku Ronniego Jamesa Dio – wokalisty thrash metalowego znanego z takich grup jak Dio, Rainbow czy Black Sabbath.

A żeby było jeszcze ciekawiej dochód ze sprzedaży płyty zostanie przekazany fundacji, wspierającej badania przeciwko chorobom nowotworowym, założonej przez wdowę po muzyku, Wendy Dio. Moja nieznajomość oryginałów działa na moją niekorzyść, ale jedno jest bezsprzeczne – jest głośno, ostro i bardzo agresywnie. Ale czy może być inaczej, jeśli na jednej płycie pojawiają się takie kapele jak Antrax, Motorhead, Metallica czy Doro? Chyba nie. Perkusja i gitary działają głośno, dosadnie, ostro („Rainbow in the Dark” Coreya Taylora czy „Ronnie Rising Medley” Metalliki), choć zdarzają się momenty wyciszenia („The Temple of the King” Scorpionsów z wyrazistą solówka gitarową czy bluesowe „Catch the Rainbow” Glenna Hughesa z elektroniką w tle). Jednak ciężar brzmienia jest tutaj mocno odczuwalny i nie ma tu miejsca na wydziwianie. Także wokale są bardzo wyraziste, nawet pojawia się też zespół Dio w tytułowym utworze (ballada pianistyczna).

Jeśli kochacie ostre i mocne brzmienia, musicie mieć ten album. Świetne brzmienie, bardzo dobre gitary, silne wokale – metalowy raj.

8/10

Radosław Ostrowski


Luxtorpeda – A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki

000luxtorpedaa_moral_tej_historii_moglby_byc_taki_mimo_ze_cukrowe_to_jednak_burakipl2cd2014

Polska kapela metalowa pod wodzą Roberta Friedricha nadal trzyma formę i posiada coraz większe grono fanów. Tym razem na nowy materiał trzeba było poczekać rok dłużej niż zwykle. Ale chyba warto było.

Już sam tytuł albumu mocno rzuca się w oczy, ale nie będę go powtarzał, bo może zabraknąć mi miejsca. I czego można w zasadzie się spodziewać? Łomotu, energii oraz mocnych riffów, co słychać już w singlowym „Mambałaga”. Ale nie jest prawdą, że grupa stoi w miejscu i ciągle gra na jedno kopyto. Zdarzają się momenty spokoju (orientalna „Pusta studnia”, gdzie w refrenach dochodzi do mocniejszego ciosu), szybkiego dociśnięcia gazu („Cały cyrk”, „J’eu les poids”), „strzelającej” gitary połączonej z metalicznym basem („Nieobecny nieznajomy”) czy powolnego, ale bardzo ciężkiego grania („Smoła” z kapitalnym riffem pod koniec). Innymi słowy: niespodzianek nie ma, za to jest sporo energii i zadymiarstwa.

I jak zawsze mamy dwa charakterystyczny elementy: nawijka Hansa oraz wrzaski Friedricha, które się świetnie uzupełniają. Zaś teksty są naprawdę wnikliwe, pełne zaskakujących metafor oraz ważkich spraw (biurokracja, porządki, samotność czy chaos), które zawsze wypadają znakomicie. I jak zawsze dołączona jest druga płyta z piosenkami w wersjach instrumentalnych.

To jeden z nielicznych polskich zespołów, który ciągle trzyma formę. A jednocześnie serwuje taką energię, jakiej dawno tutaj nie było.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Within Temptation – Hydra

Hydra

Power metal jest gatunkiem dość popularnym, który polega głównie na energii, melodyjności i szybkim tempie. Zaś w tekstach jest odniesienie do historii, mitologii czy filozofii. Jedna z takich bardziej znanych grup (obok Sabatonu, Helloween czy Accept na początku drogi) jest holenderski zespół Within Temptation, który właśnie teraz wydał swój szósty album.

Za „Hydrę” odpowiada producent Daniel Gibson i wyszła z tego typowa rozwałka metalowa, tylko lżejsza i bardziej przyswajalna. Czyli tak jak być powinno. Razy 10 (bo tyle jest utworów). Podniosłe brzmienie smyczków (wziętych z syntezatorów) zderzone z mocnymi uderzeniami perkusji oraz ostrymi riffami gitary zmieszany z elektroniką. A żeby było jeszcze mocniej i potężniej dodajmy naprawdę operowy głos Sharon den Adel i już mamy potencjalną petardę. Jest kilka killerów („Paradise” czy „Dangerous”), ale i musza być momenty wyciszenia (początek „Edge of the World” z bębenkami i solówką skrzypiec). Można się czepiać, że miejscami jest to trochę zbyt popowe („Dog Days”), ale to taka konwencja. Swoje też dodają świetnie dobrani goście (Tarja, Howard Jones czy Dave Piner – w polskiej edycji płyty zastąpiony przez Piotra Roguckiego i dość średni raper Xzibit).

Mocne, dynamiczne i bardzo wpadające w ucho.

7/10

Radosław Ostrowski