Oberschlesien – I

I

Nigdy nie specjalnie wierzyłem w talent show, bo o ich zwycięzcach mówi się dość długo, czyli z rok, a potem przepadają i znikają. Jednak czasem zdarzają się pewne wyjątki (m.in. Monika Brodka i Dawid Podsiadło), które pokazują sens tego typu programów. Jeden z takich programów prawie wygrała pewna grupa metalowa z Piekar Śląskich. Zespół Oberschlesien działający już od pięciu lat, dzięki programowi wydał swój debiutancki album, który wydało Mystic Production (wytwórnia, która wydawała albumy, m.in. Behemotu, KAT czy równie hardkorowych wykonawców jak Artur Andrus i Grzegorz Turnau).

Ekipa w składzie: Michał „Mody” Stawiński (śpiew), Bronek „Bronix” Lewandowski (gitara), Tomasz „Wyznawca” Dyrda (gitara), Wojciech „Jaś” Jasielski (gitara basowa), Marcel „Marschal” Różanka (perkusja) i Jacek „Kropka” Krok (klawisze) graja ciężko i mocno (perkusja i gitary), trochę przypominając brzmieniem niemiecką grupa Rammstein (nie przypadkowo jest tu cover „Ich will”, czyli po naszemu „Jo chca”). Ale Ślązacy brzmią nie gorzej i w dodatku śpiewają śląską gwarą, co wydawałoby się nie do pomyślenia i trochę przeszkadza mi w zrozumieniu o czym oni śpiewają. Niemniej jest moc, energia, a nawet patos („Powstaniec” z werblową perkusją i na wstępie jeszcze pojawia się akordeon i smyczki) i pewne delikatne fragmenty (ale drobne jak w piosence „Oberschlesien”, gdzie przy akompaniamencie fortepianu śpiewana jest „Kołysanka dla Wojtusia” czy w balladowym „Mamo”). Nie ma się co tu specjalnie rozpisywać, bo brzmi to naprawdę bardzo dobrze.

Skojarzenie z niemiecką kapelą, wywoływane są też przez zbliżona barwę głosu wokalisty Michała Stawińskiego, który albo recytuje albo podnosi i nadaje siły, bez przesadnej ekspresji. Zaś w tekstach dominuje Śląsk – praca w kopalni, przywiązanie do małej ojczyzny i historii, ale nie brakuje też bardzo osobistego pożegnania z matką („Mamo”) czy pieśni piłkarskiej („Fusballoki” – z czymś takim w tle, może by się nasza reprezentacja nie kompromitowała się).

Ekipa z Piekar zaczyna z wysokiego pułapu i trzyma równy poziom przez cały czas. Jak widać, końcówka roku jest naprawdę z przytupem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hunter – Imperium

Imperium

Polski zespół metalowy Hunter nie odpuszcza niczym śnieżyca nad Polską. Rok po „Królestwie” wracają z nowym materiałem, tym razem nazwanym „Imperium”. Czy będzie tak mrocznie i ostro jak ostatnio?

I to od samego początku, gdzie każdy utwór zaczyna się od słowa „Imperium”. Mocne uderzenia perkusji, szybkie i surowe riffy, a swoje jeszcze dokładają skrzypce Jelonka, budujące mocno surrealistyczny klimat. Takie tempo jest utrzymane jest przez 3 pierwsze utwory („Uboju” zaczynające się dźwiękami noży, „Maczety” i „Zawiści Orzeszpospolitej”), potem pojawia się „Imperium miłości”, które zaczyna się bardzo spokojnie, jednak atmosfera nadal pozostaje mroczna, a z pojawieniem się gitary robi się coraz bardziej psychodeliczne (nawet cymbałki brzmią niepokojąco). Marszowa perkusja w „Szczujszczura”, przygnębiające skrzypce w „Strachu” czy zmodyfikowany wokal na początku „Diabła” tylko uatrakcyjniają ten potężne uderzenia. Takiego mordowni to nie słuchałem od dawna i podobała mi się jak jasna cholera.

Mocny wokal Pawła Grzegorczyka pełen ekspresji i ognia plus porażające teksty opowiadające o wadach ludzkich z elementami demonicznymi. Sprawiają, że należy się zapoznać z „Imperium”. Mocna, poruszająca i przerażająca.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Turbo – Piąty żywioł

Piaty_zywiol

Opinie, że Polacy nie potrafią łoić i tworzyć mocnego grania od wielu lat są bzdurami, co pokazali m.in. Luxtorpeda czy Anti Tank Nun. Jedną ze starszych kapel jest Turbo znane dzięki przebojowi „Dorosłe dzieci” oraz silnym wokalem Grzegorza Kupczyka, który cztery lata temu opuścił zespół, zastąpiony przez Tomasza Struszczyka. Jak sobie poradzili tym razem?

Za produkcję odpowiada Przemysław „Perła” Wejnmann (były gitarzysta Acid Drinkers). I jest hard, a nawet heavy. Zaczyna się mocno punkowo i bardzo agresywnym „Myśl i walcz”. A dalej też jest moc i siła, choć nie zawsze aż tak agresywnie czy dynamicznie. Ciężkie uderzenia („Cień wątpliwości” trochę przypominające Saxon czy „Serce na stos” z marszową perkusją w refrenie), ale też bardziej delikatniejsze fragmenty (melodyjny utwór tytułowy, gdzie po lekkiej zwrotce refren jest mocniejszy ze żwawszą perkusją a’la Black Sabbath czy „Niezłomny”), ale także swoje potrafi pokazać bas („Przebij mur” czy „Garść piasku”). Pojawia się też jeden instrumentalny utwór (napieprzający po całości „Amalgamat”) i jeden po angielsku („This Machine War” z mocno piskliwym wokalem), pod koniec dostając 7-minutowe „Może tylko płynie czas” (akustyczny początek i po dwóch minutach mamy łojenie). Nie ma tutaj niczego nowego czy zaskakującego, ale za to z powerem, dynamiką i zadymą.

Tomek Struszczyk sprawdza się bardzo dobrze jako wokalista z mocnym głosem, czasami idąc w stronę Iana Gilliana (kiedy piszczy). Zaś teksty są mroczne i mówią ogólnie o rozczarowaniu i zagubieniu.

Powiem krótko, zespół nie zawodzi i pokazuje, że i u nas można ciężej zagrać. Łoją aż miło.

8/10

Radosław Ostrowski

Motorhead – Aftershock

Aftershock

Są zespoły, które bardziej lub mnie ewoluują ze swoją muzyką. Na pewno takim zespołem NIE JEST brytyjski Motorhead, która gra głośno, mocno i szybko. I tak już od lat 70-tych. Lemmy i spółka po zaledwie trzech latach pojawili się z nowym, 21 albumem.

Za produkcję odpowiada Cameron Webb, który współpracował m.in. z Megadeth, Alkaline Trio czy Disturbed. I w zasadzie ograniczyłbym się do stwierdzenia, że to Motorhead i nie ma zmiłuj. Jest ostro, gitara tutaj naprawdę się popisuje i trzyma tak naprawdę za mordę razem z sekcją rytmiczną (otwierające całość „Heartbreaker” i „Coup de Grace”), ale nie brakuje tutaj pójścia w stronę mocnego bluesa („Lost Woman Blues”) czy jeszcze bardziej łomoczącego grania („End of Time”). Jest ogniście, dynamicznie i praktycznie bardzo rzadkie są chwile na złapanie oddechu jak w „Dust and Glass”. Jednak to są tylko fragmenciki, które są mocarne jak „Silence When You Speak to Me” czy rock’n’rollowe „Crying Shame”.

Nie ma tu elementów zaskoczenia. Lemmy wokalnie robi swoje, pozostali z tria robią dźwiękową rzeź, waląc po perkusji i szalejąc na elektrycznej gitarze. To jest Motorhead, czyli szalona, rock’n’rollowa jazda po bandzie, bez kompromisów i po swojemu. Tak się gra rocka, panowie.

8/10

Radosław Ostrowski

Korn – The Paradigm Shift

The_Paradigm_Shift

Ta kapela jest uważana za jedną z pierwszych nu metalowych zespołów, obok Linkin Park i P.O.D.  Ostatnio eksperymentowali z dubstepem, ale do zespołu wrócił gitarzysta Brian Welch. Jak teraz poradzi sobie zespół Korn?

Produkcją ostatniego albumu zajął się Don Gilmore, który współpracował m.in. z Linkin Park czy Hollywood Undead. Jest głośno i ostro, gitara elektryczna i perkusja dają z siebie wszystko, co słychać od samego początku („Prey for Me”), nie zabrakło też eksperymentowania z elektroniką i dubstepem („Spike In My Veins”), czyli powinno być bardzo brudno i tak jak Korn nas do tego przyzwyczaił. Jest jednak jedno ale. Brzmi to głośniej, ale nie agresywnie czy metalowo, o czym świadczy singlowy „Never Never” czy „Lullaby for a Sadist”. Zespół okrasił każdy kawałek popową linia melodyczną, żeby było bardziej przyswajalne, gdyż utwory brzmieniowo zaczyna się powtarzać i nie ma tutaj nic zaskakującego, zlewając się w jedna całość. I nawet naprawdę świetny wokal Jonathana Davisa nie jest w stanie mnie przekonać.

Zaś teksty są szczerze mówiąc takie sobie – tematyka różnorodna (obłęd, szaleństwo, miłość czy zmarnowane życie), ale brzmi to dość banalnie i mało ciekawie. Po prostu się tego słucha i słucha.

Początek było dość obiecujący, ale potem okazało się to jedną mistyfikacją. Niezły album, trochę zbyt popowy i zachowujący pozory metalu. Nieładnie oszukiwać, panie Davis.

6/10

Radosław Ostrowski


Newsted – Heavy Metal World

Heavy_Metal_Music

Ten człowiek jest najbardziej znany jako basista Metalliki, którą opuścił w 2002 roku. Trochę niedoceniony muzyk potem współpracował m.in. z Ozzym Osbournem, ale od zeszłego roku działa na własny rachunek ze swoim zespołem nazwanym jego nazwiskiem. Jason Newsted zadebiutował ze swoją kapelą w tym roku EP-ką „Metal”. Teraz wychodzi pełnoprawny debiut.

Zespół poza Newstedem (bas, wokal) tworzą jeszcze: Jesus Mendez Jr. (perkusja), Jessie Farnsworth (gitara, wokal) i Mike Mushok (gitara). Pierwsza LP-ka nosi znamienny tytuł „Heavy Metal Music”, produkcją zajął się sam Newsted i wiadomo, co będzie zawierać – metalową muzę. Gitara gra jak szalona, perkusja i bas jej wtórują i mamy ostrą rozróbę („Soldierhead”), surowych brzmień nadających lekko epickiego brzmienia („…As The Crow Flies”), oraz krótkich momentów spokoju (początek z metalowym basem „King of the Underdogs” czy „Nocturnus”). Można się przyczepić, że trochę zajeżdża miejscami Metalliką, ale nie zmienia to faktu, że zespół Newsteda robi łomot jak trzeba. Mógłbym jeszcze coś powiedzieć o tych kawałkach, ale to by nic nie zmieniło. Oprócz tego, że frontman ma naprawdę dobry wokal – ekspresyjny, głośny i donośny.

Sam tytuł mówi wszystko – jeśli nie jesteście fanami heavy metalu (z przewagą metalu), unikajcie tej płyty jak ognia. Wszyscy inni natomiast, co nie boją się mocnego uderzenia, śmiało mogą brać.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Megadeth – Super Collider

Super_Collider

Każdy zespół metalowy żyje, nawet jak działa diablo długo będzie zawsze w cieniu Metalliki czy Black Sabbath. Ale poza Metalliką tzw. wielką czwórkę metalu tworzą Antrax, Slayer i Megadeth. I właśnie ci ostatni, którzy w tym roku obchodzą 30 lat działalności wydali swój nowy, 14 album.

„Super Collider” zawiera 11 kawałków wyprodukowanych przez Dave’a Mustaine’a (wokalista zespołu) oraz Johnny’ego K., z którym zrobili dwie poprzednie płyty. Dla mnie – osoby nie znającej dorobku tej kapeli, ten album jest naprawdę przyjemną rozróbą, choć dla wielu może się to wydawać zbyt spokojne i za lekkie jak na metalowców, co nawet taki laik jak ja wychwycił. Nie brakuje soczystych i szybkich riffów („Burn!”), szybko walącej perkusji („Built for War”), zmieniającego się tempa („Off The Edge”), rytmicznego basu („Beginning of Sorrow”) czy mrocznego klimatu („Dance in the Rain” z gościnnym wokalem Davida Draimana z Disturbed). Efekt jest zaledwie dobry i jest tutaj aż tak agresywnie jak u innych twórców metalowych, co może być niemiłym zaskoczeniem. Kompletnie dziwacznym utworem jest „The Blackest Crow”, które zaczyna się jak… country (smyczki, spokojna gitara, mandolina), które nam towarzyszy nawet w obecności gitary elektrycznej.

Muzyka jest dość lekka, ale wokal Mustaine’a świadczy, że to jednak metalowa kapela. Surowy, podniszczony głos brzmi bardzo przekonująco, zaś w tekstach jest pokazany brudny i nieprzyjemny świat.

Niby to jest lightowe Medagedth, ale wypada ona w porównaniu do innych kapel całkiem przyzwoicie. Może to nie jest jeszcze tu, ale pozostaje mieć nadzieję, że za dwa lata ekipa wróci do formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Black Sabbath – 13

13

Na ten album chyba najbardziej wyczekiwali fani ostrego grania. Legendarny zespół Black Sabbath zdecydował się powrócić w pierwotnym składzie. No, prawie. Złamał sie tylko perkusista Bill Ward, którego zastąpił Brad Wilk (Rage Against the Machine). Ozzy Osbourne, Tommy Iommi i Geezer Butler powrócili z kompletnie nowym materiałem, co wzbudziło różne odczucia i obawy, że jest to zwyczajny skok dla kasy. Jak jest naprawdę?

Za produkcję dziewiętnastego albumu pt. „13” odpowiada Rick Rubin – legendarny producent, który współpracował m.in. z Red Hot Chili Peppers, Johnnym Cashem czy Linkin Park. I z tej mieszanki powstało mroczne, ostre brzmienie heavy metalowe, z którym kojarzone jest Black Sabbath. Jest tu budowany mroczny klimat od samego początku za pomocą zmiany tempa (bas i perkusja) oraz ostrości riffów (od bardzo delikatnego i spokojnego na początku przez ostrzejszy w środku i pod koniec z powrotem). I mimo że ten zabieg jest wykorzystywany cały czas, nie ma tu miejsca na nudę. Słychać to zarówno w otwierającym całość „End of the Beginning”, wybranym na singla „God is Dead?”, gdzie gitara Iommiego naprawdę robi zadymę i słucha się jej z niekłamaną frajdą czy w „Age of Reason”. Ale nie tylko te długie utwory są warte uwagi. Tak jak w „Loner”, gdzie najbardziej wybija się perkusja (zwłaszcza w drugiej połowie) i lekko podrasowana gitara czy w najkrótszym „Zeitgeist” zaczynającym się śmiechem, który potem zastępuje akustyczna gitara i równie oszczędna perkusja. Dzieje się tu wiele, jest mocno i z łomotem.

No i najważniejsze: znów słyszymy Ozzy’ego Osbourne’a, który obojętnie co by zrobił i tak będzie się kojarzył z Black Sabbath. Jest on zazwyczaj spokojny i stonowany, ale gdy podnosi głos (choć nie nazwałbym tego darciem ryja) to czuć większą ekspresję i nadal posiada tą charyzmę, która przykuwała 40 lat wcześniej. Także tekstowo i tematycznie mamy mroczne klimaty z wiarą gdzieś w tle.

Szczerze nie byłem przekonany do tego przedsięwzięcia wyczuwając w tym raczej chęć szybkiego zarobienia na fanach i na sentymentach. Ale nie tym razem. Może i Bóg nie żyje, ale bogowie metalu zmartwychwstali i wrócili w chwale. Cieszycie się z tego, prawda?

8/10


Anti Tank Nun – Fire Follow Me

Fire_Follow_Me

W zeszłym roku ta kapela w Polsce zrobiła zadymę i poważnie namieszała na naszym rynku. Titus na wokalu, 14-letni wówczas Igor Gwadera z gitarą robił co chciał, a sekcja rytmiczna naparzała aż miło. Teraz Przeciwpancerna Zakonnica kontratakuje i serwuje swój drugi album.

„Fire Follow Me” zawiera 10 heavy metalowych kawałków i wszyscy ci, którzy do tej pory traktowali tą kapelę jako ciekawostkę, po tym albumie zmienią zdanie. Kapela zaczyna szybko i ostro („First Spark”, „Fire Follow Me”) –  sekcja rytmiczna naparza, gitara brzmi wybornie (nadal uważam, że Iggy brzmi jak profesjonalista), a Titus drze ryja w zrozumiałym dla wszystkich jeżyku angielskim. Innymi słowy – szybcy i wściekli, tylko że zamiast samochodów mamy gitarę, perkusję, bas i Titusa. A nawet jeśli pojawia się spokojny fragment („Under the Big Black Tent” z akustyczną gitarą na pierwszym planie i szepczącym Titusem), to tylko na chwilutkę. Nie zabrakło tutaj bardziej rozbudowanych kompozycji (pachnące Black Sabbath „Iron Midget” czy najdłuższy w całym zestawie „The One Who’s Good”). Jeśli ktoś lubi ostre, rockowe granie, „Fire Follow Me” jest absolutnie dla niego. W innym wypadku, absolutnie odradzam. Siła i ogień w tym jest wielka, a ktoś nieobyty może się sparzyć.

9/10

Radosław Ostrowski


Rob Zombie – Venomous Rat Regeneration Vendor

Venomous_Rat_Regeneration_Vendor_CD

Ten rzeźnik był mi znany jako twórca horrorów („Dom 1000 trupów”, „Bękarty diabła” czy remake „Halloween” Johna Carpentera), ale to była ledwie część jego dorobku. Frontman zespołu White Zombie, od wielu lat działa solo jako zaprawiony w bojach heavy metalowiec. I teraz parę dni po premierze jego nowego filmu (jeszcze nie pokazywanego w Polsce „The Lords of Salem”) pojawia się jego nowa płyta (tytuł jest za długi, bym go zapamiętał).

Album ten zawiera 12 piosenek, a za produkcję odpowiada Bob Marlette (współpracował m.in. z Black Sabbath, Marilynem Mansonem czy Alice Cooper). I jeśli myślicie, że lubicie heavy metal, bo słuchacie Metalliki czy innego Slayera, to znaczy tylko jedno – nie znaliście Zombiego. Poza nim jeszcze grają John 5 (gitara), Piggy D. (bas) i Ginger Fish (perkusja). Pojawiają się tutaj elektroniczne wstawki („Rock and Roll (In a Black Hole))” czy pojawiające się zmodyfikowane odgłosy („Teenage Nosferatu Pussy”), ale i tak najważniejsze jest rockowa rzeź robiona przez Zombiego, który albo szepcze albo się drze. Stanów pośrednich nie stwierdzono. Gitara z sekcją rytmiczną grają głośno, ostro i jeszcze ostrzej. Niby jak w każdej płycie metalowej, ale tutaj to naprawdę może wywołać ból uszu (singlowe „Dead City Radio And The New Gods Of Supertown” czy „We’re An American Band”).

Powiem tak: słuchacie tego na własną odpowiedzialność i na własne ryzyko. Jest ostro i naprawdę heavy z domieszką metalu. Rzeźnicka jatka.

7,5/10

Radosław Ostrowski