Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski

Cherry: Niewinność utracona

Zawsze interesujący jest moment, kiedy filmowcy wychodzą ze swojej strefy komfortu i chcą zaryzykować z czymś nowym. Tak postanowili zrobić braci Russo – obecnie chyba najlepsi reżyserzy pracujący dla Marvela. Ale czy przejście z blockbustera na o wiele bardziej kameralne „Cherry” zaskoczyło i pokazało inne oblicze filmowców?

Adaptacja autobiograficznej powieści Nico Walkera skupia się na młodym chłopaku oraz jego bardzo wyboistej drodze. Zaczęło się od poznania dziewczyny, miłosnych perturbacjach zakończonych złamanym sercem i pójściem do wojska. Stamtąd walczy w Iraku, gdzie nabawia się PTSD, z którym nie może sobie poradzić, co kończy się jednym z gorszych scenariuszy: narkomanią. Wciąga w to swoją żonę, lecz kończy się szybko kasa, a za coś trzeba zapłacić za koks. Co robi chłopaczek? Napada na banki.

cherry1

Sam opis „Cherry” nie brzmi jak coś, co mogłoby powalić kogokolwiek na kolana. Bracia Russo wydają się być tego świadomi i starają się zwrócić uwagę realizacją. Tu się zaczynają schody, bo historia jest opowiedziana w sposób co najmniej chaotyczny. Bohater grany przez Toma Hollanda pełni rolę narratora, co niby ma pomóc w połapaniu się tej historii. Nawet łamie też czwartą ścianę, lecz to nie pomaga. Russo rozbijają całość na rozdziały, zaś styl narracji próbuje naśladować „Forresta Gumpa”. Tylko, że tutaj wszystko zostaje wrzucone do jednego worka, na siłę rozciągnięte, z postaciami pojawiającymi się i znikającymi, że kompletnie mnie nie obchodziły. Brak perspektyw, trauma i okrucieństwo wojny, wykluczenie przez społeczeństwo, uzależnienie od narkotyków – Jezu, czego tutaj nie ma.

cherry2

Nawet nie chodzi tutaj o przesyt, ale bardzo przerażające marnotrawstwo: czasu (film ma ponad dwie i pół godziny), ekipy, tematu, aktorów. Bracia wielokrotnie wykorzystują wiele czasu na sceny zwyczajnie zbędne i wywołujące pewien zgrzyt w kwestii tonu. Mamy parę minut na temat pierwszej partnerki naszego bohatera (nawet jest taniec na imprezie) czy jakimś dalekim znajomym, by potem do tego nie wrócić. Albo wrócić nagle i niespodziewanie, nie wiadomo po co. Są też sceny co najmniej tak dziwaczne, że aż ohydne (badanie odbytu – tego nie da się odzobaczyć).

cherry3

Jeśli coś na mnie zadziałało, to segment poświęcony wojsku oraz wojnie. Nie chodzi tylko o zmianę formatu obrazu, lecz pokazanie tej brutalności, bezsilności i traumy. Krew się leje, świszczą kule, wybuchy oraz wiele trupów. Te sceny dają to, czego przez większość filmu nie ma – emocje, zaangażowanie, grozę. Bo zarówno momenty narkotycznego uzależnienia, napadów na banki za bardzo są efekciarskie, za bardzo bawią się formą, zaś treść jest w zasadzie miałka. I jeszcze te nazwy przewijające się – Bank Rucha Amerykę, Jakiś Bank. Jak mam to traktować poważnie?

cherry4

Prawda jest taka, że gdyby nie Tom Holland, który daje z siebie wszystko, „Cherry” byłoby nieoglądalną, pretensjonalnym, przestylizowanym badziewiem. Tym właśnie jest film braci Russo i absolutnie odradzam ten seans komukolwiek. Choć technicznie trudno się do czegoś przyczepić (zdjęcia są świetne), kompletnie nie angażuje i za bardzo na tej realizacji się skupia. A chyba nie taki był cel.

4/10

Radosław Ostrowski