Zabawy w Boga zawsze są niebezpieczne, ale podobno bez takich rzeczy, nauka by się nie rozwinęła. O tym już ostrzegał uważany za jednego z prekursorów literatury SF, Herbert George Wells w głośnej powieści „Wyspa doktora Moreau”. Powieść był trzykrotnie przenoszona na ekran kinowy, chociaż najbardziej pamięta się nieudany paździerz od Johna Frankenheimera z Marlonem Brando w roli głównej. Zamiast tego przypomnę zapomnianą ekranizację sprzed 40 lat.

Jest początek XX wieku, gdzieś na oceanie dochodzi do rozbicia statku. Dwóch mężczyzn przez wiele, wiele dni płynie kompletnie na pustkowiu. Aż wreszcie trafiają na pięknie wyglądającą wyspę, ale przeżył tylko jeden rozbitek – Andrew Braddock. Zmęczenie oraz głód doprowadził do wyczerpania. Kiedy się budzi jest w łóżku i poznaje tajemniczego dr Moreau – eleganckiego, opanowanego dżentelmena, który przeprowadza bardzo zaskakujące badania.

I muszę przyznać, że reżyser Don Taylor bardzo sprawnie prowadzi całą opowieść, stopniowo odkrywając kolejne elementy układanki. Sam Moreau sprawia wrażenie takiego stoika, którego nie jest w stanie nic wywrócić z równowagi. Jednak jego pytania o człowieka podczas kolacji, powinny dać do myślenia. Gdy w końcu poznajemy jego badania, wtedy można naprawdę zacząć się bać i dostrzec wielkie szaleństwo. Próba uczynienia ze zwierząt ludzi, tworzenie praw, niebezpieczna zabawa genetyczna – to miało wywołać przerażenie, a lokalizacja w zamkniętej wyspie otoczonej dżunglą, jeszcze bardziej potęguje poczucie zaszczucia oraz alienacji.

Wszystko toczy się bardzo powoli, co może działać bardzo usypiająco, w czym nawet nie pomaga mocno wybijająca się muzyka. Także zdjęcia robią dobre wrażenie, przez co nieźle wytrzymuje próbę czasu. Wszystko jednak kończy się brutalnie i krwawo, czyli tak jak oczekiwałem. Wiadomo było, ze takie eksperymenty muszą skończyć się porażką, a pytania o bycie człowiekiem, bycie twórcą nadal mają siłę. Jedyne, co zdradzę wrażenie, to charakteryzacja, która mocno się zestarzała. Także poczucie grozy powoli zaczyna opadać aż do finału.

Co się broni poza solidną realizacją? Dobre aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na świetnego Burta Lancastera w roli tytułowej. Moreau z jednej strony fascynuje i wydaje się opanowany, ale tak naprawdę kryje się w nim bezwzględny tyran oraz większe monstrum niż wszystkie te zmieszane Zwierzoludzie. W kontraście do niego jest Michael York jako ten bardziej ludzki, zagubiony Braddock. I obaj panowie dają wiele z siebie.
Choć nie jest to dzieło pozbawione wad, „Wyspa doktora Moreau” jest przykładem solidnej adaptacji, lekko nadgryzionej zębem czasu. Może nie będzie mocno straszył, ale zadaje wiele poważnych pytań etycznych oraz dotyczących człowieczeństwa. Więc nadal jest siła.
6,5/10
Radosław Ostrowski



