Czarny młyn

Kolejna, troszkę mniej znana polska produkcja dla młodszego odbiorcy, choć powstała ledwie parę lat temu. Tym razem znowu siły połączyły reżyser Mariusz Palej i scenarzystka (a także aktorka) Magdalena Nieć, przenosząc kolejną (po „Za niebieskimi drzwiami”) powieść Marcina Szczygielskiego. I muszę przyznać, że poczułem dziwny powrót do przeszłości, czyli lat 90. Co wcale nie musi być wadą?

Wszystko dzieje się w małym miasteczku, gdzie sercem jest fabryka zwana Czarnym Młynem. Jednak pewnej nocy w budynek uderza… coś z nieba, doprowadzając do wielkiego pożaru oraz śmierci jednego z pracowników, Andrzeja (Marcin Dorociński). Na nieszczęście wszystko widziała jego ciężarna żona (Magdalena Nieć) oraz kilkuletni syn, Iwo. Parę lat później sytuacja rodzinna nie jest zbyt wesoła, gdyż córka rodzi się upośledzona umysłowo, co dla braciszka jest frustrujące i działa mu na nerwy bardziej niż wyniki wyborów prezydenckich u dorosłych. No i ziomki z ziomalką też podchodzą do niej z niezbyt dużą sympatią. A żeby było ciekawiej, to zaczynają się dziać dość dziwne oraz nieracjonalne zjawiska.

„Czarny młyn” to dość ciekawa mieszanka, przypominająca poprzedni film duetu Palej/Nieć. Bo z jednej strony dotyka poważnych kwestii (brak akceptacji, radzenie sobie z biedą, rodzice pracujący za granicą i zostawiający syna-gracza), ale z drugiej potrafi być zaskakująco lekka oraz obiecuje wielką przygodę. Jest aura tajemnicy, paczka kumpli oraz pewne drobne tarcia, a także dojrzewanie naszego bohatera. Do bycia bardziej odpowiedzialnym, bardziej empatycznym i skupiającym się tylko na SWOICH potrzebach. Może i jest to dość uproszczone oraz szybko pokazane, jednak działa. Chociaż niektóre dialogi mogą oscylować na granicy zażenowania (głównie wobec dziewczyn i ich emocjonalności), to jednak są bardzo rzadkie momenty.

Sama zagadka może wydawać się oczywista (dla wielu), jednak całość wygląda zaskakująco nieźle. Jest to ładnie oświetlone (szczególnie w trzecim akcie, gdzie pozwolono sobie na fajerwerki wizualne), w tle gra mocno elektroniczna muzyka (troszkę w stylu „Stranger Things”), a całość przechodzi bardzo zgrabnie. Problem zaczyna się w finale, gdzie zostają użyte efekty specjalne z komputera i… o mój Boże, ale to jest paskudnie zrobione. Jakby chciano na siłę zrobić aktorską wersję „Dragon Ball”, zaś wytworzone efekty kłują w oczy swoją sztucznością.

Dzieciaki aktorsko wypadają nieźle, czuć mocną chemię między paczką. Najbardziej wybija się Iwo Wiciński w roli protagonisty, przekonująco pokazujący emocje. Z dorosłych najmocniej wychodzi Magdalena Nieć w roli matki Iwo, zaś w epizodach pojawią się znane twarze jak Janusz Chabior, Krzysztof Kiersznowski i Marcin Dorociński. Sam film okazuje się niepozbawioną wad bardzo kompetentną produkcją z niegłupim morałem, intrygującym klimatem oraz solidnym aktorstwem. Gdyby bardziej dopracować efekty specjalne albo inaczej rozegrać finał, byłby to film kultowy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt

Pierwszy polski horror – tak reklamowano najnowszy film Bartosza M. Kowalskiego, który ostatecznie trafił na Netflixa. Marketingowcy troszkę minęli się z prawdą (w Polsce pierwszym horrorem był „Dybuk” Michała Waszyńskiego z 1937 roku), chyba że mówimy tutaj o pierwszym polskim slasherze. To wtedy tak – to już bliżej prawdy. Czy warto sięgnąć po „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, czy lepiej sięgnąć po polską komedię romantyczną? Bo jest bardziej przerażająca niż śmieszna.

Punkt wyjścia jest tutaj prosty: mamy grupę nastolatków trafiającą do obozu offline. Z dala od Internetu, telefonów komórkowych mają przejść coś jakby obóz survivalowy. Wiecie, składanie namiotów, zbieranie jedzonka i takie tam. Skupiamy się na piątce z nich oraz ich opiekunce, co niejeden obóz przeżyła. Jednak na to, co czeka ich w lesie, nie można być przygotowanym. No i są bardzo duże szanse, że nie wszyscy z tego wyjdą cało.

Widać, że reżyser niejeden slasher widział i wie, jak to wszystko ma działać. Jednocześnie wie, że nie może za bardzo trzymać się tych szablonów, bo dziś strachu to nie wywołuje. Zbyt wiele już widzieliśmy, znamy te klocki oraz tricki, więc wyjścia są dwa. Albo ubrać to wszystko w nawias i polać humorem jak w „Krzyku” czy „Domu w głębi lasu”, albo zalać wszystko wiadrami krwi, rzeźnią oraz posoką. Kowalski idzie gdzieś tak pośrodku tymi ścieżkami. Jest to samoświadomy slasher, gdzie oblewa to żartem, zna reguły gry (wypowiadane są przez jednego z bohaterów – nerda Julka) oraz szablonowe postacie: twarda laska z mroczną przeszłością, wysportowany chłopak, nerd, puszczalska blondynka. Las wygląda pięknie i imponująco, co jest pewną niespodzianką. Bohaterowie niby są znani, a jednak niektórzy mnie obchodzili. To drugie zaskoczenie, choć jest tutaj parę wad.

Po pierwsze, tempo czasem szwankuje. Gwałtownie przyspiesza, by równie szybko się zatrzymać. I nie zawsze można zaangażować się w tą historię. Po drugie, jest to przewidywalne jak cholera, a ludziom podczas zagrożenia IQ spada na łeb na szyję. Ale tego po gatunku należało się spodziewać. To tak jakby się czepiać, że w komedii jest dużo żartów. Chociaż nie wszystkie trafiają w punkt (ostatnia scena). No i jeszcze chciałoby się dać więcej czasu kilku postaciom pobocznym (komendant obozu, smolarz, ksiądz, policjant). Ale zakończenie w pełni satysfakcjonuje i daje obietnicę na ciąg dalszy.

Jeszcze bardziej dziwi, że jest tutaj co grać. Zarówno cała ta młoda ekipa z Julią Wieniawą oraz Wiktorią Gąsiewską na czele wypadają dobrze. Mają też troszkę zarysowaną przeszłość, więc ich los potrafi zaangażować. Z doświadczonej ekipy najbardziej zaskakiwał Mirosław Zbrojewicz (smolarz) oraz Piotr Cyrwus (ksiądz) w innej roli niż zwykle. No i niezapomniany epizod Wojciecha Mecwaldowskiego jako komendanta obozu – tak nakręcony oraz pełen energii, że głowa mała. Szkoda, że potem znika.

Jest to dla mnie pewna niespodzianka, bo mimo znajomych tropów oraz szablonów „W lesie dziś…” to bardzo porządny, kompetentny slasher. Aż dziwne, że do tej pory nikt nie spróbował tego gatunku. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się naśladowcy, idąc krok dalej, czego sobie życzę.

6,5/10

Radosław Ostrowski