Kiedy II wojna światowa dobiegła końca, a nazistowskie Niemcy przestały istnieć pojawił się pewien problem: co zrobić z najwyższymi urzędnikami oraz dowódcami Sztabu Generalnego? W ocalałym budynku Trybunału Sprawiedliwości w Norymberdze odbywa się proces sądowy organizowany przez międzynarodowy sąd. Proces trwał 10 miesięcy i zakończył się skazaniem 12 nazistów na karę śmierci, uniewinniono 3, pozostałych skazano na wyroki od 10 lat do dożywocia. O tym procesie postanowił opowiedzieć Jerzy Antczak w przedstawieniu dla Teatru Telewizji.

Nie da się opowiedzieć całego procesu w jakimkolwiek filmie. Reżyser decyduje się dokonać, jak mówi Andrzej Łapicki, syntezy całego wydarzenia, opierając się na zapisach z protokołów. M.in. dlatego nie ma na sali tłumaczy (wszyscy mówią po polsku, więc po co), dziennikarzy, skład sędziowski został zredukowany do przewodniczącego itd. Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz: udział w przedstawieniu jako komentatora Karola Małcużyńskiego. Był dziennikarzem opisującym przebieg całego procesu, a przy tym przedsięwzięciu pełni rolę konsultanta. Razem z aktorem Andrzejem Łapickim dopowiada pewne rzeczy, które nie zostały pokazane na ekranie oraz wyjaśnia pewne istotne fakty.

To na pewno dodaje realizmu tak samo jak sceny rozmów zbrodniarzy z psychiatrą, dr. Gilbertem. Wtedy Goering, Keitel, Frank i inni zaczynają mówić rzeczy, których nie powiedzieliby na Sali sądowej ani w swoim towarzystwie: wzajemne oskarżenia, pretensje. Zupełnie jakby próbowali przerzucać winę na innych oraz byli kompletnie przekonani, że kara ich ominie. Że ich obrońcy będą w stanie podważyć zeznania oraz masy dokumentów Sztabu Generalnego. Antczak buduje napięcie prostymi środkami za pomocą dużej ilości zbliżeń czy używając krzyżowego ognia pytań. To jak oskarżeni próbują się bronić jest zadziwiające: niepamięć oraz ciągłe zaprzeczanie, zwalanie winy na nieobecnych jak Hitler i Himmler, poczucie obowiązku nie pozwalające podważyć rozkazu przełożonych.

Same wypowiadane zeznania, mimo lat mają wielką siłę, pokazując bezwzględność zbrodniczego systemu nazistowskiego. Wtedy wydawało się to poza granicami ludzkiej wyobraźni, jednak decydującym momentem w kwestii wyroku było pokazanie ich okrucieństwa nagranego w filmie. Wtedy widać załamanie psychiczne oraz – jak mówi sam Małcużyński – świadomość, że nie będą w stanie się wykręcić ze swoich czynów. A najbardziej zadziwiające jest to, że to wszystko nadal potrafi uderzyć i nie miałem poczucia oglądania spektaklu. Że nie widziałem aktorów (znakomitych zresztą), tylko postacie. Niesamowite doświadczenie.
Radosław Ostrowski
